poSZTUKOwany kończy…

to już jest koniec

I nadszedł ten dzień, w którym ogłaszam zakończenie działalności poSZTUKOwanego…

Już od dłuższego czasu – ponad pół roku – na łamach tego bloga nie opublikowałem żadnego nowego artykułu. Ten jest pożegnalnym.

Przyznaję, sztuka i kultura są nieodłączną częścią mojego życia. Od momentu, w którym pokochałem muzykę, nie rozstaję się z nią na krok. Efektem tej miłości (i przy okazji uwielbienia pisania) stał się ten blog. To tutaj dzieliłem się z Wami przemyśleniami na temat książek, utworów, filmów, koncertów i tego, co dzieje się wokół nich. Bywało, że pisałem często. Bywało, że miałem dłuższe przerwy. Ale teraz to już definitywny koniec.

Od dłuższego czasu pracuję nad moim nowym blogiem – tym razem dotyczącym rozwoju osobistego, motywacji i ogarniania się w życiu. Od około miesiąca można znaleźć już w sieci moje nowe artykuły. Ostateczne jednak ukazanie go światu nastąpi w piątek, 30 czerwca 2017 roku. Wtedy też edytuję ten tekst i podam adres, pod jakim można go znaleźć.

Adres nowego bloga: powerwalk.pl.

Wszystkich z Was, którzy do tej pory czytaliście moje artykuły (lub którzy dopiero teraz trafiliście na moją stronę), serdecznie zachęcam do zajrzenia także i tam. Może akurat tematyka, której teraz się podejmuję, nie jest Wam do końca bliska, ale chociaż zerknąć nie zaszkodzi 😉

Czy to naprawdę koniec poSZTUKOwanego? Tak. Co prawda myślałem trochę nad tym, by co jakiś czas jeszcze coś tutaj publikować (przecież wciąż słucham muzyki, czytam książki, chodzę na koncerty, oglądam filmy), ale ostatecznie uznałem, że nie ma to sensu. Wolę skupić się na jednym projekcie, by go dopracowywać, niż energię rozbijać na drobne. Wszelkie pomysły dotyczące sztuki i kultury, jakie pewnie jeszcze nie jeden raz przyjdą mi do głowy, powędrują już na nowego bloga. Oczywiście będą tam przedstawiane pod kątem rozwoju osobistego i motywacji.

Ten blog jednak nie zniknie z sieci. Cały czas będzie dostępny, cały czas będziecie mogli do niego wracać. Kto wie, może i ja będę jeszcze czerpać z niego pomysły i inspiracje. Przecież sztuka i kultura to niezwykłe zjawiska nieodłącznie towarzyszące każdej innej dziedzinie naszego życia.

Serdecznie pozdrawiam,
poSZTUKOwany, Bartosz Zdzienicki

Reklamy

Lion. Droga do domu – okiem poSZTUKOwanego

Flaga Indii

Czas czytania: około 4 minuty

Wasz ulubiony wujek – wujek poSZTUKOwany – dobrze wam radzi: wybierzcie się do kina. „A na co iść mamy?” zapytacie. Ano na film „Lion. Droga do domu”.

W skrócie

„Lion. Droga do domu” to australijsko-amerykańsko-brytyjska produkcja z roku 2016. Oparty na prawdziwej historii dramat reżyserowany przez Gartha Davisa. Jeden z najlepszych filmów (o ile nie najlepszy), jakie ostatnio obejrzałem.

Ten trwający 2 godziny i 9 minut film podzielony jest na dwie główne części. W pierwszej dowiadujemy się, w jaki sposób zgubił się pięcioletni Saroo – główny bohater – i obserwujemy jego walkę o przetrwanie na ulicach kompletnie mu obcej Kalkuty. W drugiej – dziejącej się 20 lat później – widzimy go już jako dorosłego człowieka poszukującego swej rodzinnej wioski i matki, do której wciąż wraca myślami.

Tytuł

Zacznę trochę przewrotnie: wiecie, dlaczego w tytule filmu występuje słowo „Lion”? „Bo tak się tłumaczy imię głównego bohatera?” odpowiecie? Nie!

Ale spokojnie, wszystko zostaje wyjaśnione. W stosownym czasie, czyli oczywiście już w napisach końcowych filmu…

Nie zdradzę wam tajemnicy, więc jeśli chcecie ją rozwikłać, to wybierzcie się do kina.

Tymczasem prezentuję wam kilka szczegółów, które szczególnie zwróciły moją uwagę i które moim zdaniem sprawiają, że naprawdę warto obejrzeć to dzieło.

Recenzja

Chcecie się wzruszyć? Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepsze scenariusze pisze życie. Gdyby przedstawiona w filmie historia powstała w głowie scenarzysty, jej siła oddziaływania byłaby zdecydowanie mniejsza: „Ot, wszystko fajnie, ale przecież to tylko fikcja”. Tymczasem świadomość, że te niezwykłe wydarzenia miały miejsce naprawdę (i to parę lat temu), działa na emocje z ogromną siłą. Oto bowiem 25-letni mężczyzna staje przed mapą potężnych Indii, by odnaleźć swoją małą, rodzinną wioskę. Nie mając nawet pojęcia, jak się ona nazywa ani w której części kraju leży…

Nie interesują was cukierkowe, bollywodzkie historie? To świetnie, bo „Lion. Droga do domu” przedstawia rzeczywiste życie nie garstki bogaczy, a setek milionów „zwykłych” obywateli Indii. Obywateli – zwłaszcza kobiet i dzieci. Ich los jest tam naprawdę ciężki: prześladowania, odrzucenie, wykorzystywanie i traktowanie jako istoty gorszego gatunku, których życiem nie przejmuje się prawie nikt. Spanie na dworcach? Głód? To codzienność dla tysięcy hinduskich dzieci…

A kobiety? Dla tych pochodzących z nizin społecznych przyszłość w żaden sposób nie rysuje się w świetlanych barwach. Praca? Ależ oczywiście: na przykład w kamieniołomie, tak jak matka Saroo…

Film porusza, ale też nie emanuje zbędnym okrucieństwem. To, co najgorsze, pozostaje w sferze domysłów (choć i to wystarczy, by porządnie wstrząsnąć): jacyś mężczyźni porywają dzieci z dworca. Po co? Przecież nie po to, by im pomóc…

Do tego dochodzą przejmujące porównania, choć nie na zasadzie skrajności. Nie widzimy nędzy i przepychu, żebraków i bogaczy. Widzimy raczej nędzę i normalność. To porusza zdecydowanie bardziej, bo porównuje z ludźmi takimi, jakimi jesteśmy my sami.

(Uwaga: kolejne dwa akapity zawierają kilka szczegółów z filmu).

Jedna ze scen przedstawia na przykład brudnego i obszarpanego Saroo (to już przecież kilka miesięcy życia na ulicy). Trzyma on w dłoniach starą, zniszczoną łyżkę znalezioną gdzieś w śmieciach i naśladuje ruchy młodego mężczyzny, siedzącego w pobliskiej restauracji i jedzącego zupę. Nie widzimy bogacza degustującego wyszukane potrawy. Widzimy zwykłego człowieka, takiego, z którym sami możemy się identyfikować: ot, młody mężczyzna w białej koszuli jedzący coś, do czego każdy z nas ma codziennie dostęp.

Rozterki. Dorosły Saroo nie jest niezniszczalnym bohaterem odpornym na ciosy, jakie przynosi życie. Ciosy i rozdzierającą świadomość, że bez tego zagubienia się nigdy nie wyrwałby się z nędznego życia w Indiach… Poszukiwanie rodzinnej wioski też nie należy do zajęć, które daje odprężenie… Chociaż sami pewnie nigdy nie byliśmy i nie będziemy w sytuacji takiej, jak on, to mimo wszystko potrafimy się wczuć w jego położenie, emocje i rozterki.

A lubicie inne kultury? Super, bo „Lion…” to nie tylko przedstawienie nędzy i usilnych poszukiwań domu. To także barwne dziedzictwo kulturowe Indii: rytuał pogrzebowy nad rzeką, świątynia hinduistyczna i tamtejsi duchowni, targ z mnogością smakowitego jedzenia i przedmiotów…

Co spodoba(ło) się wam?

Ogólnie rzecz biorąc, nie przepadam za tego typu życiowymi filmami. Ale po przeczytaniu artykułu opisującego prawdziwe wydarzenia stanowiące kanwę tego obrazu poczułem, że muszę go obejrzeć. I dzisiaj potwierdzam, że wybranie się do kina na ten dramat było naprawdę słusznym wyborem.

Zachęcam więc i was. Może spodoba się wam z tych samych powodów, które wymieniłem powyżej? A może znajdziecie w nim jeszcze coś innego?

Wielka trójka ESKI, czyli dobrobyt w nadmiarze

Mississippi w dymie

Czas czytania: około 2 minuty

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeżeli coś jest dobre, to należy to promować. A jeśli jest wybitne, to trzeba robić to ze zdwojoną siłą. Dotyczy to zarówno literatury, muzyki, filmu, jak i innych form sztuki. Chociaż oczywiście trzeba robić to z głową: uważać, aby nie stać się w tym promowaniu nachalnym. Bo przecież „co za dużo, to niezdrowo”.

Organek

Z całą pewnością do rzeczy, które zasługują na jak najszerszą promocję, należy utwór „Mississippi w ogniu” Tomasza Organka. Kawałek ten – pochodzący z jego najnowszej, drugiej w karierze, wydanej 4 listopada 2016, płyty „Czarna Madonna” – bije na głowę wszystko to, czym karmi nas (zwłaszcza ostatnio) świat polskiej muzyki.

Przepis na sukces? Poruszający, logiczny tekst utworu, świetna muzyka i ogrom emocji. Tak, tekst! Ten utwór posiada tekst w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie ma tutaj zbędnych wypełnień typu „la la la”, „na na na”, „łu hu hu” itp. (idiotycznie brzmią, prawda?), którymi raczą nas „artyści” nie bardzo już wiedzący, o czym mają śpiewać. U Organka wszystko jest przemyślane, sensowne i wnosi konkretną wartość.

ESKA

Lubicie słuchać muzyki w czasie pracy? Ja jak najbardziej. Koledzy i koleżanki z mojej pracy również podzielają to zdanie, więc włączenie radia jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie robimy po wejściu do biura. Ostatnimi czasy o ukulturalnianie nas dba internetowe radio ESKA Rock. I to właśnie playlista tej stacji popchnęła mnie do napisania tego tekstu…

Ileż można?!

Lubicie miód? Albo czekoladę? Albo jabłka? Moglibyście jeść je kilogramami? Pewnie tak, ale raczej dość szybko by się wam przejadły i później nie moglibyście na nie nawet spojrzeć.

Podobnie rzecz ma się z muzyką. Nawet jeśli lubi się jakiś utwór, to jego częste słuchanie jest prostą drogą do znudzenia się nim lub nawet znienawidzenia go. Do tego ostatniego stanu jeszcze nie doszedłem (nie doszliśmy), chociaż pewnie niedługo to nastąpi.

Mianowicie: wspomniane internetowe radio dość często serwuje kilka konkretnych piosenek. Przez osiem godzin (czas naszej pracy) każdy z tych utworów – „Mississippi w ogniu” Organka, „Pielgrzym” T.Love’u i „Madryt” Kultu grany jest mniej więcej po trzy razy! (Nawet boję się pomyśleć, ile razy pojawiają się one w eterze w ciągu 24 godzin…).

Rozumiem, że są to nowe utwory, „Mississippi…” jest do tego wręcz świetne, ale czy to już nie przesada? Są przecież jeszcze inne kawałki, warte poświęcenia im tych kilku minut czasu antenowego. A tak – przynajmniej w naszych oczach – promocja staje się antypromocją. I o ile Organka słucha się bardzo dobrze, to T.Love i Kult zaczynają już naprawdę nudzić. „Łu-hu!” dźwięczy w uszach, a „romantyczne tło” męczy już wzrok.

Chyba czas zmienić stację…

***

Zauważyliście nowość w artykułach na poSZTUKOwanym? To podany na początku orientacyjny czas, jaki potrzebujecie na przeczytanie tekstu. Takie proste ułatwienie, które podpatrzyłem w artykułach na blogu Andrzeja Tucholskiego. A co, trzeba się uczyć od najlepszych!

Co cię powstrzymuje przed rozpoczęciem…?

Stary rower

Hej, ty! Tak, mówię właśnie do ciebie!

Pamiętasz, że masz/miałeś/miałaś zacząć ćwiczyć? Biegać? Jeździć na rowerze? Zrzucić pięć kilo, żeby zmieścić tyłek w te fajne kąpielówki? Rozpocząć pisanie książki? Wywołać zdjęcia z ostatniej wycieczki? Kupić przez internet ceramiczny domek zapachowy w kształcie dłoni? Zalegalizować gaśnicę w samochodzie? Zadzwonić do babci ot tak, że niby nie tylko w celach zdobycia funduszy? Zacząć uczyć się hiszpańskiego? Nagrać pierwszy odcinek vloga o motywacji?

Aha, mówisz, że coś cię powstrzymuje/powstrzymało… A co? Źle się czułeś… Nie masz siły po ośmiu godzinach w pracy… Zapomniałeś… Nie chciało ci się… Nie masz motywacji… Zaczniesz od najbliższego poniedziałku, miesiąca, nowego roku… (O kwestii finansowej nawet nie wspominaj. To temat na zupełnie inny artykuł).

Hmm… Szukasz usprawiedliwienia/wytłumaczenia/zrozumienia? Tutaj go nie znajdziesz.

Jeśli masz 4 minuty i 16 sekund wolnego czasu (po prostu wyłącz już tego facebooka), obejrzyj poniższy klip. A potem jeszcze raz odpowiedz mi na pytanie, co cię powstrzymuje/powstrzymało przed rozpoczęciem XXX (wstaw dowolną rzecz).

To mówisz, że co jest tą przeszkodą nie do pokonania? Powtórz, bo nie usłyszałem.

Zestarzałem się szybciej niż The Cure…

The Cure w Atlas Arenie

Dzień, w którym osiągnę wiek będący jednym z warunków niezbędnych do starania się o członkostwo w słynnym Klubie 27, zrzeszającym wiele sławnych osobistości, jeszcze półtora miesiąca przede mną. Ale i tak od 20 października czułem się wyjątkowo staro…

(Uwaga: artykuł pisany tak, jakby wciąż był czwartek, 20 października 2016).

Kjurzy…

Wesoły autobus

Świadomie rezygnując z przywilejów, jakie daje bycie pasażerem, zasiadam za sterami wesołego autobusu, by pomimo deszczowej pogody poprowadzić pozytywnie nastawioną, pięcioosobową gromadkę asfaltową szosą wprost do Łodzi. Okazja całkiem zacna: pierwszy od ośmiu lat koncert zespołu The Cure w Polsce. Bilety na to wydarzenie posiadamy już od roku… Oprócz kumpla, który na co dzień para się filmowaniem. Ten swoją przepustkę kupuje spontanicznie w dniu imprezy…

Pozostawiamy pojazd na stacji Lukoil (miejsce przy krawężniku, Al. Adama Mickiewicza 2, Łódź – gorąco polecam) i udajemy się w pieszą, kilometrową wędrówkę do Atlas Areny. Mijając przedsiębiorczych koników machających tekturkami z napisem „Sprzedam bilet” oraz zdesperowanych fanów machających tekturkami z napisem „Kupię bilet”, docieramy do celu.

Niczym do Koloseum, wkraczamy na arenę, tzn. do Areny. I tak jak gladiatorzy dumnie wymachujący mieczami, tak my z biletami w dłoniach udajemy się w poszukiwaniu szatni, w której byłyby jeszcze jakieś wolne miejsca na nasz chroniący przed zimnem i deszczem przyodziewek. Znajdujemy takowe i pozostawiamy obciążające nas puchowe zbroje, oczywiście płacąc haracz w wysokości 2 polskich złotych od łebka. Eee, chciałem napisać: uiszczając stosowną opłatę…

Schodzimy na dół, na płytę. Wysłuchujemy tego, co ma do zaproponowania support. Oczywiście nie w całości, bo się na niego najzwyczajniej w świecie spóźniamy. Wiadomo: podróż niemalże prosto z pracy, trudne warunki na drodze, standardowo zakorkowana Łódź itd.

WC

Chwilę przed 20:30 – planowaną godziną rozpoczęcia najważniejszego występu, jaki tego wieczora (wieczoru?) odbywa się w Polsce – czujemy wołanie natury. Tatusia oszukasz, mamusię oszukasz, kolegów oszukasz, ale życia nie oszukasz… I z powrotem po schodach na górę, by oddać się poszukiwaniu stosownego miejsca. Ha, jest! Trzeba jeszcze tylko zejść innymi schodami na dół i grzecznie odstać swoje w kolejce. Ale udaje się: ważący parę litrów mniej odnotowujemy powrót na płytę jeszcze przed wydobyciem się z głośników pierwszych dźwięków utworów. W przeciwieństwie do widowni, która już wydaje okrzyki uwielbienia, chociaż scena jeszcze spowita mrokiem…

Zaczyna się…

Kilkakrotnie zmieniamy miejsce: a to dźwięk nie jest idealny, a to gorąco, a to nie widać… Wreszcie znajdujemy swój kawałek podłogi i już na spokojnie pogrążamy się w muzycznym transie.

Dziadzieję?

Sam koncert i moje wrażenia z nim związane są godne osobnego artykułu (ale czy takowy powstanie, nie obiecuję). Przeskoczmy więc w czasie do momentu, w którym zaczynam odczuwać gwałtowne posunięcie się w latach…

Oto bowiem na scenie gra zespół The Cure (powstały w roku 1976 w brytyjskim Crawley. Lider – natapirowany Robert Smith, lat 57 [ur. 21.04.1959] – mógłby być moim ojcem).

Kjurzy, znani z dawania długich koncertów, i tym razem nie zawodzą: grają, grają i grają. 2 godziny i 40 minut… Przy „standardowym” czasie – półtorej do dwóch godzin – jaki na koncerty przeznaczają najczęściej inne zespoły, prawie trzy godziny tego muzycznego spektaklu wydają się długością wręcz kosmiczną. A chłopaki ciągle dają radę…

A na widowni jest Bartosz aka poSZTUKOwany (powstały [choć odpowiedniejsze byłoby słowo „urodzony”] 14 lat później niż zespół i 31 lat później niż Smith). I nie może już wytrzymać. Ok, The Cure nie są moim ulubionym zespołem. Wielu ich piosenek nie znam. Do tego dochodzi jakieś całodniowe zmęczenie. No i zaczynam już stąpać z jednej owłosionej nóżki na drugą równie owłosioną nóżkę.

Ale litości… W tym wieku nudzić się już koncertem? Naprawdę dziadzieję?

Cure znaczy „lekarstwo, kuracja, uzdrowienie”

(Wróćmy już do właściwego czasu, tj. 23 listopada 2016 – to właśnie dzisiaj piszę ten tekst).

Na szczęście Robert Smith i spółka ostatecznie okazali się dla mnie – zgodnie z nazwą swojego zespołu – skutecznym lekarstwem. Oni plus pewna osoba (tak: to Ty, mój kumplu wstający codziennie o zabójczej dla 99,99% ludzi godzinie), dali mi skutecznego kopa w tyłek i zmotywowali do działania.

Minął miesiąc, zdziadzienie minęło. I oby już nigdy się nie pojawiło. Będę się o to starał ze wszystkich sił.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Travelbay. Wykonał je podczas koncertu zespołu The Cure w łódzkiej Atlas Arenie 20 października 2016. Umieścił je w darmowych zasobach Wikipedii, skąd je pobrałem.

Moje zdziadzienie spowodowało, że nie zrobiłem nawet jednego zdjęcia…

***

I jeszcze jedno: nie mam najmniejszego zamiaru wstępować do Klubu 27 (chociaż towarzystwo miałbym tam wyborne: Kurt, Amy, Jim, Janis, Jimi…). To wyjaśnienie na wypadek, gdyby ktoś opacznie zinterpretował wstęp do tego artykułu.

„We don’t speak very good spanish, but we speak rock & roll pretty good! Let’s go!!!”

akadaka

Pierwotnie artykuł ten miał nosić tytuł „Legendy też się kończą…”. Ale co tam! Do życia trzeba być nastawionym pozytywnie!

„¡Hola, Buenos Aires!”, czyli Argentyna rażona prądem

Ciągle patrzę na nich przez pryzmat trzech koncertów, jakie w roku 2009 – w ramach „Black Ice World Tour” – dali na stadionie w Buenos Aires w Argentynie. Występy te – oglądane na żywo przez łącznie ponad 200 tysięcy fanów – wydane zostały później jako jeden film „Live At River Plate” na DVD oraz Blu-Ray.

Ech, do dzisiaj pamiętam, gdy razem z kumplem oglądaliśmy u niego ten koncert (w formacie Blu-Ray), popijając sobie whisky…

AC/DC – bo to o nich przecież mowa – rozgrzewają tłumy pierwszym utworem: „Rock & Roll Train” (ach, ta potężna lokomotywa pojawiająca się na scenie…). Po nim wokalista – Brian Johnson – wita się z publicznością po hiszpańsku. A potem rzuca zdanie stanowiące tytuł tego artykułu. I zaczyna się rockowe show, bo w tym AC/DC są naprawdę dobrzy…

AC/DC

Dom starców? Nie pod tym adresem (przynajmniej wtedy…)

W roku 2009 członkowie zespołu mieli odpowiednio:

  • Brian Johnson – wokalista: 62 lata
  • Angus Young – gitarzysta prowadzący: 54 lata
  • Malcolm Young – gitarzysta rytmiczny: 56 lat
  • Cliff Williams – gitarzysta basowy: 60 lat
  • Phil Rudd – perkusista: 55 lat

Patrzenie na gości mających po mniej więcej 60 lat i ruszających się po scenie żwawiej niż niejeden nastolatek stanowi doświadczenie bezcenne i skłaniające do refleksji: ja, mogąc być (pod względem wieku) ich synem albo i nawet wnukiem, chyba nie dałbym rady tak szaleć. Chociaż (oj, będzie to zgryźliwe) gdybym miał zarobić na tym tyle, co oni (cała ta trasa powiększyła konto AC/DC o jakieś 450 milionów dolarów)…

Ale nie patrzmy przez pryzmat pieniędzy. Spójrzmy z perspektywy wirtuozerii i zabawy. Muzyka AC/DC klasyfikowana jest najczęściej jako hard rock, tymczasem sami muzycy mówią, że grają rock & roll. I swoją radością, optymizmem oraz żywiołowością naprawdę zarażają fanów. To genialny i cudowny widok: kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących rytmicznie do granych przez nich utworów…

Wspomnienie tego koncertu jakiś czas temu skłaniało mnie do napisania tekstu o – może nie nieśmiertelności – ale bardziej o zadziwiającej (choć i pozornej) odporności rockmanów na ich styl życia, zamykający się często w trzech słowach: sex, drugs and rock & roll.

Ostatecznie nie napisałem tego tekstu. I może dobrze. Bo spojrzenie z obecnej perspektywy skłania do zupełnie innych refleksji.

AC/DC

Oddajmy sprawiedliwość rzeczywistości

Od tamtego wydarzenia – koncertu (albo poprawniej byłoby napisać: koncertów) – minęło już 7 lat. Co – oprócz wieku – się zmieniło?

No niby AC/DC wciąż grają. Ale skład jest już trochę inny…

Angus Young – założyciel, ostoja, mózg i prawa ręka zespołu – przeszedł już na muzyczną emeryturę. Udar mózgu doprowadził bowiem do demencji. Nie było więc innego wyjścia, jak w roku 2014 zawiesić gitarę na kołku.

Phil Rudd. Jemu zdrowie dopisuje aż za bardzo: posiadanie narkotyków i grożenie śmiercią jednemu z byłych współpracowników przełożyło się na osiem miesięcy aresztu domowego. O nieudowodnionym zleceniu zrobienia poważnej krzywdy skracającej żywot (na tym łez padole) dwóm osobom nie ma co nawet wspominać…

Brian Johnson. Przypadek to ciekawy, bowiem lekarze… zabronili mu dawać koncerty. Powód? Żeby do reszty nie stracił słuchu…

Akadaka po nowemu, czyli „umarł król, niech żyje król”…

  • Briana Johnsona w szeregach AC/DC zastąpił (gościnnie?) Axl Rose z Guns N’ Roses;
  • Phila Rudda zmienił Chris Slade (znany m.in. z zespołu Uriah Heep i gry w AC/DC w latach 1989 – 1994);
  • zamiast Malcolma Younga na scenie pojawia się jego raptem trzy lata młodszy bratanek – Stevie Young;
  • no i Cliff Williams – we wrześniu 2016 roku (po 39 latach gry w AC/DC) opuścił szeregi zespołu…

Ech, jak się muszą czuć „odwieczni” fani, gdy na scenie z „oryginalnego” składu widzą już tylko Angusa „Duckwalk” Younga…

Życie…

Krótko mówiąc: rockowe dinozaury też mają swoje problemy. Chociaż na scenie świetnie się bawią, poza nią świat nie jest już taki kolorowy. I chociaż może przez pewien czas dają radę znieść hulaszczy tryb życia, to jednak w pewnym momencie dopadają ich „zwykłe” choroby oraz skutki takiego funkcjonowania.

Muzyczni „bogowie” okazują się zwykłymi ludźmi…

I pozytywne nastawienie (o którym wspominałem na początku artykułu) jest już pozytywne mniej.

Jaki tu spokój, na na na na….

Cisza w lesie...

Zawarty w tytule cytat z piosenki zespołu Stauros to jedyne słowa, jakie przychodzą mi do głowy, gdy wchodzę na mojego bloga. Poprzedni artykuł pojawił się bowiem niemal dwa miesiące temu!!!

Wstyd… Wstyd… Wstyd…

Trochę weny dopadło mnie dzisiaj: odkurzyłem podłogi, zmieniłem delegację domeny znajomego na nowy serwer, pogrzebałem trochę przy stronie drugiego, teraz skrobię kilka zdań.

Może winne temu wszystkiemu jest to, że nie piszę tak jak Stephen King, czyli codziennie? Może za mało czytam? Może za szybko się zniechęcam, gdy w trakcie pisania zaczyna mi brakować słów lub pomysłów na kolejne linijki?

Muszę po raz kolejny przeczytać książkę mistrza literatury grozy, z którą zapoznałem się w czasie wakacyjnego plażowania: „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. To podstawowa pozycja dla każdego, kto chce pisać i tworzyć w ogóle. Po raz kolejny przeczytać, tym razem zrobić notatki i napisać o tym artykuł. Taki, który zachęci was do zapoznania się z tym pamiętniko-poradnikiem oraz pomoże mi ugruntować zdobytą wiedzę.

Tymczasem…

… jest czego żałować

Minęły niemal dwa miesiące i obok przemknęło tyle tematów, w których śmiało mógłbym się wypowiedzieć… Jakie na przykład? M.in. 25 rocznica wydania albumu „Nevermind” przez Nirvanę, wydanie albumu przez Comę, koncert Kabanosa w częstochowskim TfP, koncert legendarnej grupy The Cure w łódzkiej Atlas Arenie… Chociaż może nic straconego i o Comie oraz Kjurach jeszcze artykuły powstaną. Wszak ich zaczątki już są i biedne oraz prawie zapomniane kurzą się w odmętach szkiców w moim wordpressowskim kokpicie.

Nikt się nie bawi?

Na zakończenie tych mało uporządkowanych wywodów jeszcze jeden kawałek, który ostatnio chodzi po mojej głowie (a o którym artykuł raczej nie powstanie. A może jednak?). Przed wami lekka, przyjemna i humorystyczna „Lola” autorstwa brytyjskiego zespołu The Kinks z roku 1970:

I niech kawałek ten zwiastuje nową jakość na poSZTUKOwanym. Wszak właśnie dzięki niemu – jak podaje Wikipedia – „zespół [The Kinks, przyp. autora], po chwilowym załamaniu popularności, odzyskał rynek brytyjski i amerykański”.

Dobranoc.

Pierwsza rocznica, czyli kilka powodów, dla których warto pisać

pierwsza rocznica

Ostatnio trochę się zakręciłem i rozleniwiłem… Nie, nie jestem z tego powodu dumny. Zatrzymała się realizacja przynajmniej dwóch interesujących, perspektywicznych projektów… A w blogowej chronologii powstała też półtoramiesięczna wyrwa.

No i odnośnie bloga: stała się rzecz straszna, a mianowicie przegapiłem pierwszą rocznicę jego powstania! 28 sierpnia 2015 roku pojawił się bowiem na nim mój pierwszy artykuł – Welcome To My World. A dzisiaj mamy już 2 września 2016…

No trudno. Stało się. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, tzn. przegapionym świętem, chcę się skupić na korzyściach, jakie w ciągu tego roku stały się moim udziałem dzięki pisaniu.

Bartuś, przyjacielu, czytaj uważnie. Pamiętasz, jak jakiś czas temu zadałeś mi pytanie, co ja mam z tego blogowania?

1. Doświadczenie

To chyba najbardziej oczywista korzyść. Chociaż w ciągu tych 365 dni powstało tylko 30 artykułów (2,5 na miesiąc. Średnia miała wynosić 4… A 31 tekst opublikowałem już po rocznicy), to i tak zdecydowanie poprawiły się moje umiejętności pisarskie. Takiego artykułu, jak ten któryś z pierwszych, na pewno bym już dzisiaj nie napisał. Poza tym odnosząc się do pisarskiego skilla:

2. Nowa praca

Gdy zaczynałem tworzyć poSZTUKOwanego, robiłem w fabryce (jedną rzecz tu wtrącę poza tematem, żeby nie wyszło, że narzekam: sporo się wtedy nauczyłem, np. odporności na stres, gdy czas pomyka, a rzeczy do zrobienia przybywa).

Od prawie pięciu miesięcy pracuję: biurko, komputer, kawka, świetna atmosfera i „witaminki E”, którymi w postaci chipsów raczy nas Damian (dzisiaj – zamiast chrupek – były ciastka kokosanki). Wiem, że w osiągnięciu tego pomogło mi na pewno doświadczenie (patrz punkt wyżej) zdobyte w pisaniu (oprócz tworzenia bloga i jeżdżenia „rydwanem” w fabryce, dorabiałem bowiem też trochę jako copywriter). Nie mogę również nie wspomnieć tu oczywiście o znajomości HTML-a i CSS-a, które także w obecnej pracy są mi niezbędne (za nie dzięki składam Piotrkowi K. i pr0d1r2’owi).

A rozmowa kwalifikacyjna do tej pracy? Najlepsza, na jakiejkolwiek byłem.

(I słówko wyjaśnienia, żeby nikt się nie poczuł urażony: dla mnie „robota” to coś, gdzie chodzi się bez przyjemności, raczej z przymusu. Natomiast „praca” jest czymś, co wykonuje się z chęcią i gdzie idzie się z radością. Tak więc ktoś może czuć zupełnie odwrotnie niż ja: siedzenie osiem godzin za biurkiem będzie dla niego karą, a bieganie po hali czymś idealnym).

praca za biurkiem
to nie jestem ja, chociaż też pracuję przed komputerem i mam wąsy

3. Kontakty w radio

Pierwszą osobą, która zaczęła obserwować mojego bloga i śledzić w ten sposób moje pisanie, jest Ola pracująca w radiowej Trójce. Tak więc dzięki blogowaniu mam teraz znajomą na Myśliwieckiej w Warszawie i artykuł o przekleństwach w muzyce (bez pomocy Oli by nie powstał). Dzięki wielkie!

4. Skupienie na sobie wzroku mistrza

Pamiętacie mój artykuł o Ambiancé – powstającym najdłuższym filmie wszechczasów, reżyserowanym przez szwedzkiego artystę, Andersa Weberga? Za tekst ten w komentarzu pod nim podziękował mi sam reżyser, właśnie Weberg. Z głową w chmurach chodziłem przez kilka dni!

Tak na szybko

Te cztery rzeczy to coś, co tak na szybko przychodzi mi do głowy w temacie korzyści odniesionych z blogowania.

O czym warto jeszcze wspomnieć?

Swoimi tekstami w pewnych środowiskach wzbudziłem całkiem sporo kontrowersji. Np. artykułem o Kurcie Cobainie i o tym, czego możemy się od niego nauczyć. Polecam. Według mnie daje do myślenia.

Czytaliście książkę „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga? Mojemu Idealnemu Czytelnikowi – mojej żonie Marcie – nie podoba się tylko jeden z do tej pory napisanych przeze mnie artykułów: ten o Lanie del Rey. Polecam. Mnie się podoba.

I jeszcze o prędkości: niektóre teksty napisałem szybko. Na przykład relacja z koncertu Kabanosa powstała w 2 i pół godziny. Nad innymi posiedziałem dłużej: wspomniany już tekst o przekleństwach w piosenkach kształtował się przez 6 miesięcy…

czas pisania
pisanie najczęściej zabiera jednak sporo czasu…

Perspektywy

Przewidywania na przyszłość? Muszę wprowadzić w życie rady Kinga ze wspomnianej wyżej książki, przeczytanej (na czytniku) na gdańskiej plaży podczas ostatnich wakacji: pisać, pisać, pisać. Codziennie. I czytać, czytać, czytać. Codziennie. A wtedy – gorąco w to wierzę – nie będzie już na moim blogu tak długich odstępów pomiędzy kolejnymi artykułami.

Trzymajcie się, poSZTUKOwany.

Tych 8 dni sierpnia…

Rok ma 12 miesięcy. Ale na moje szczególne uznanie zasługują tylko dwa: maj i sierpień. Wybacz, styczniu, luty, aktualnie trwający wrześniu i wy pozostali.

Maj, bo dni są coraz dłuższe i cieplejsze. Bo wzbudza takie odczucia, jak te opisane w utworze „Ballada majowa” zespołu Stare Dobre Małżeństwo.

A sierpień, na którym w tym artykule chcę się skupić? Koniec żadnego z miesięcy nie wywołuje we mnie tylu emocji, co ostatnie dni tegoż…

W tym momencie przychodzą mi do głowy dwa tego powody. Oto one:

Sierpniowe komety

Nie chodzi mi tylko o perseidy, które regularnie każdego roku pojawiają się na nocnym sierpniowym niebie. Mam na myśli ten niezwykły utwór, którego każde przesłuchanie wywołuje we mnie ten specyficzny rodzaj dreszczy:

Ech:

Spotkajmy się pod koniec sierpnia
Mam Ci tyle do powiedzenia
Prawie wcale Cię nie znam
To nie powinno mieć znaczenia

Koniec sierpnia to dla mnie jego ostatnich osiem dni: począwszy od 24-ego, na 31-szym kończąc. W czasie słuchania tego utworu Komet (drugiego wcielenia zespołu Partia) w tych właśnie konkretnych dniach, ogarnia mnie niesamowita nostalgia. Czuję, że ten kawałek symbolicznie kończy lato i wakacje. Zapowiada koniec niedługich już, lecz ciągle jeszcze ciepłych dni. Zwiastuje początek chłodnej, deszczowej jesieni.

I kojarzy mi się z jakąś tajemniczą dziewczyną, której – tak jak w utworze – ‚prawie wcale nie znam’…

Resztę odczuć zostawiam już dla siebie.

Jedno wyraźne wspomnienie

I – jak wspominam na początku artykułu – jest jeszcze drugi powód, dla którego sierpień traktuję tak wyjątkowo. Wyraziłem go słowami już parę lat temu. Tutaj przytaczam je wszystkie, nic w nich nie zmieniam. Pozwalam sobie tylko wprowadzić akapity, by łatwiej się czytało.

Nisko na niebie płonęły czerwienią ostatnie okruchy słońca. Zachód… Żółty, pomarańczowy, czerwony. Kontrast z ciemno-niebieskim już niebem…

Obstawiam, że było już po godzinie dwudziestej pierwszej. Która dokłanie? Nie wiem. Nie miałem wtedy zegarka. Albo wcale, albo akurat na ręce. I przecież ponoć szczęśliwi czasu nie liczą…

Zresztą, Boże!, jakie znaczenie ma świat, gdy ma się za sobą dopiero kilka lat!!! Nie wie się, czym są wojny. Czym gospodarka. Czym huragany i trzęsienia ziemi. Brzuszek jest pełny. Grzbiet ubrany. Czego więcej chcieć…

Jestem na podwórku. Lecz nie sam. Są tam chyba jeszcze dwie osoby. Jedną z nich jest najprawdopodobniej tata. Drugą dziadek? Nie, chyba nie… To już nie wiem…

Jestem na rowerze. Siedzę na siodełku, stopy stoją na ziemi. Nie jadę. Stoję. Patrzę. Na zachód. Rozmawiamy. Mając kilka lat nie tylko wojny nie mają znaczenia. Znaczenia nie ma też to, że rower jest różowy, jest to „damka” i ma bagażnik z tyłu. Za parę lat byłoby to dla większego już dzieciaka sporą traumą wyjechać takim rowerem pośród inne dzieci. Ale teraz… Jakie to ma znaczenie…

Ubrany jestem w białą podkoszulkę bez rękawów i krótkie spodenki. Nic dziwnego, jest przecież lato. Robi się jednak chłodniej. Przecież wieczór już… I to już koniec sierpnia… Nie martwię się zbliżającą szkołą. Jeszcze do niej nie chodzę.

W sumie nic więcej już nie pamiętam…