Miesiąc: Wrzesień 2015

Powrót z wojny

Kilka dni temu (a dokładniej: w sobotę) zakończyłem pochłanianie ostatniego tomu „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego. W miejscu tym chciałbym bardzo serdecznie podziękować przeziębieniu i spowodowaną przez nie koniecznością siedzenia w domu. Gdyby nie taki „przyspieszacz”, pewnie zeszłoby mi jeszcze trochę czasu, nim dotarłbym do końca tej powieści. A tak, w ciągu dwóch dni przeczytałem 2/3 książki.

Dzięki temu już teraz mogę podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami, wnioskami i przemyśleniami. Takimi jeszcze świeżutkimi – „na gorąco” – i takimi już odstanymi. Wszak te trzy fantastyczno-historyczne powieści: „Narrenturm” (czyli: Wieża błaznów), „Boży bojownicy” i „Lux perpetua” (czyli: Światłość wiekuista), to naprawdę konkretne tomy: zarówno pod względem objętości jak i treści, przeczytanie ich trwało więc trochę dłużej niż przyswojenie sobie „Naszej szkapy” czy nawet „Lalki”.

Wnioski i wrażenia, przemyślenia i spostrzeżenia

Nie bez kozery powiem: powieść Andrzeja Sapkowskiego to najlepsza lekcja historii, jaką kiedykolwiek dane mi było odebrać.

Całe tło historyczne i mnóstwo szczegółów, takich jak nazwiska władców, królów, duchownych, przywódców wojskowych, stronnictw, a także dat, wydarzeń, bitew i sposobu ich prowadzenia jest zgodnych ze stanem faktycznym: wojny husyckie w XV wieku, Jan Žižka, Prokop Wielki zwany Gołym, Konrad IV Starszy (oleśnicki) – biskup wrocławski, Jan Ziębicki, Sierotki, bitwa pod Starym Wielisławiem, Tabor… Nie mówiąc już o nazwach geograficznych i miejscach – te bez problemu można odnaleźć na mapach i wśród źródeł historycznych, np. Zamek Troski (zbudowany na dwóch skałach, zwanych Baba i Panna. Jego ruiny można dzisiaj oglądać w tzw. Czeskim Raju). To właśnie z tej książki, a nie z lekcji w szkole, po raz pierwszy dowiedziałem się o wojnach husyckich! I to od razu z tyloma szczegółami.

Andrzej Sapkowski rewelacyjnie odtwarza też realia epoki: obyczaje, zachowania, język postaci. Co prawda zdarza się, że pewne sprawy trochę przeinacza albo przyspiesza. Chociażby jeden z bohaterów – Szarlej – posługuje się praską strzelbą, tzw. „rucznicą zdradną”, czyli krótką, noszoną w ukryciu (np. pod płaszczem) bronią. Tymczasem w rzeczywistości strzelb takich zaczęto używać dopiero jakieś 70 lat później, niż ma to miejsce w powieści.

Jednakże do wszystkich takich historycznych i chronologicznych „przekrętów” autor „przyznaje się” w przypisach i dodatkach kończących każdy tom trylogii. Zresztą przypisy te stanowią naprawdę bogate źródło informacji dodatkowych, a także zawierają wyjaśnienia wielu obcojęzycznych (zwłaszcza czeskich i łacińskich) słów i tekstów występujących w powieści. Oczywiście nie wszystkich, czym Sapkowski daje możliwość wykazania się czytelnikowi, jeśli ten chce zdobyć więcej informacji.

Wracając do takich historycznych „przekrętów” – gdyby nie przypisy, 99% (szacowanie to nie jest poparte badaniami) czytelników, w tym i ja, nawet by się nie domyśliło takich niezgodności.

Oczywiście wiele postaci (w tym główny bohater – Reinmar z Bielawy – oraz jego towarzysze: demeryt Szarlej i Samson Miodek), wątków i wydarzeń zrodziło się w głowie autora i zostało przez niego dodanych. To jasne jak słońce, wszak „Trylogia husycka” nie jest biografią, dokumentem czy ścisłą relacją historyczną. Do głowy przychodzi mi tu porównanie jej  z „Potopem” Henryka Sienkiewicza. Niby także opisuje on wydarzenia historyczne, ale czy na pewno Andrzej „Babinicz” Kmicic był na Jasnej Górze i brał udział w obronie klasztoru? Jednakże nawet wielu kronikarzy opisując prawdziwe wydarzenia i historie też mocno naściemniało, mnóstwo rzeczy – zwłaszcza bohaterskich sukcesów – podkoloryzowało, a o wielu – głównie porażkach – „niechcący” zapomniało. Dlaczego więc od powieści fantastycznej mielibyśmy wymagać całkowitej zgodności z faktami?

Mało historyczny w trylogii Sapkowskiego jest za to wątek magiczny. Trzeba jednak przyznać, że dodaje on powieści niesamowitego kolorytu i ani trochę nie przeszkadza. A opis egzorcyzmów, jakie odprawiali Reinmar i Szarlej? Jedna z najgenialniejszych scen książki!

Ale ciekawe były nie tylko egzorcyzmy. W całej trylogii nie było ani jednego fragmentu, który mógłbym określić mianem nudnego. Co więcej, większość książki czytałem z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać jak dana sytuacja się rozwinie i jak zakończy. A gdy dotarłem już do samiuteńkiego końca serii, pierwszą myślą było: „To już?!” Nie, nie dlatego, że historia nagle urwała się niewyjaśniona. Dlatego, że chciałoby się więcej takich genialnych motywów, opisów i fragmentów.

No i jeszcze znajdujące się na początku każdego rozdziału krótkie streszczenie tego, co będzie się w nim działo. Mistrzostwo przez wielkie, pogrubione M!

The best of

W czasie czytania wiele z takich tekstów, które najbardziej mi się spodobały, sobie zaznaczałem (sporym ułatwieniem było to, że trylogię czytałem na moim Kindlu. Wystarczyło więc przycisnąć paluszkiem na początku interesującego fragmentu, przeciągnąć nim na jego koniec, tam zwolnić wciśnięcie i kliknąć na słówko „Highlight” w menu, które wyskakiwało na ekranie). Teraz bez problemu mogę powrócić do tych fragmentów i czytać je do woli, napawając oczy i umysł genialnymi, błyskotliwymi i niesamowicie śmiesznymi tekstami. A tych naprawdę nie brakowało. Częścią z nich podzielę się z wami w osobnym artykule. Częścią, nie wszystkimi, żeby jeszcze bardziej zachęcić was do zapoznania się z tą powieścią.

To już jest koniec

I jak? Czujecie się choć trochę zachęceni do przeczytania tej książki? Jeśli tak, to mam jeszcze jedną uwagę: charakterystyczne dla twórczości Sapkowskiego jest używanie przekleństw. Jeśli uważacie, że będą was one razić, to nie bierzcie się za lekturę. Chociaż z drugiej strony nie ma ich też zbyt wiele. Pytacie może, czy naprawdę była konieczność używania ich w książce? Odpowiadam: Spróbujcie wyobrazić sobie XV-wiecznego rycerza, dowódcę wojskowego lub przestępcę, który, np. opatrywany w warunkach polowych, mówi: „Ach, ten nicpoń mnie skaleczył. Bardzo mnie boli. Czy może pan, Panie Medyku, mnie opatrzeć i podać coś na uśmierzenie tego bólu? Bardzo Pana o to proszę, bo długo tak już niestety nie wytrzymam…”.

To co, przeczytacie?

Wypożyczcie z biblioteki, pożyczcie od znajomego, kupcie w księgarni lub zamówcie przez Internet albo ściągnijcie w formie e-booka na swoje tablety, smartfony, czytniki bądź komputery. I niech te coraz dłuższe jesienne wieczory płyną wam w towarzystwie Reinmara z Bielawy, jego towarzyszy i XV-wiecznej historii.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia namalowany w 1562 roku obraz Piotra Bruegla Starszego, malarza niderlandzkiego, zatytułowany „Triumf śmierci”. Trzy fragmenty tego obrazu znajdują się na okładkach książek wchodzących w skład trylogii.

***

Tomku N., serdeczne dzięki za polecenie mi tej książki.

***

Nie, nie pomyliłem się – tam rzeczywiście ma być słowo „demeryt”, nie „emeryt”. Dla wszystkich tych, którym nie chce się sprawdzać znaczenia, podaję je tutaj. Demeryt (lub: demeryta) – ksiądz skazany na pokutę w odosobnieniu za wykroczenie przeciwko prawu kanonicznemu.

***

Jak napisałem powyżej, trylogię czytałem na Kindlu. Ale przyznaję – taka książka pięknie by się prezentowała na półce. Tak więc jeśli ktoś z was chciałby dać mi jakiś prezent, to już wie, co może kupić…

Reklamy

„Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty”

Prolog

Przyznaję: od pojawienia się pomysłu do powstania tego artykułu w takiej właśnie formie minęło troszkę czasu (prawie dwa tygodnie. Ale opłacało się). Powstało kilka(naście) jego wersji, w tym jedna na papierze. Pisałem też „w locie”, idąc do sklepu z piwami regionalnymi. Podróż ta przyniosła dwa wnioski, którymi chciałbym się tu tak przy okazji podzielić:

  • Pisanie w telefonie to droga przez mękę. Aplikacja zacinała się tak bardzo, że przez niemal cały czas wyzywałem sobie cichutko pod nosem.
  • Choć w okolicy tej mieszkam już ponad rok, to po raz pierwszy wybrałem się do tego sklepu na piechotę. Okazało się, że droga tam i z powrotem wynosi 1100 metrów. A razem z dokonaniem zakupów i rozmową na temat piwa z najwyższym IBU, jakie znajduje się obecnie na stanie, zajęła mi raptem piętnaście minut. Co kupiłem? Ciemnego, owsianego Kormorana za 4,50 zł. Pychotka…

Ok, rozpisałem się. Wracam więc do tematu książek i czytania. Ale mam też nadzieję, że rozbudziłem wasze apetyty na temat o piwach regionalnych. A taki też na pewno się pojawi. Zdziwieni? Przecież wśród alkoholi również trafiają się dzieła sztuki…

Treść właściwa

Stwierdzeniem stanowiącym tytuł tego artykułu zaczyna się pełen sarkazmu i ironii utwór „I can’t get no gratisfaction” zespołu Strachy na Lachy. A wy? Zgadzacie się z takim właśnie poglądem?

W sumie nie trudno jest go zrozumieć. W większości przypadków ceny tego typu rzeczy są naprawdę wysokie. Nic więc dziwnego, że nie każdy z nas może sobie pozwolić na kupowanie nowych książek, komiksów, płyt, biletów na koncerty, do kin czy teatrów. A szkoda, gdyż odpowiednio dobrane tego typu treści potrafią nas w znaczący sposób rozwinąć.

Garść numer 1

Co więc możemy począć w sytuacji, gdy nie stać nas na kulturę? Oto kilka rozwiązań (Uwaga! Wszystkie podane w tym artykule dotyczą książek):

  • Siadamy i rzewnie płaczemy nad swoim losem.
  • Krytykujemy rząd i pracodawców za niskie pensje.
  • Krytykujemy artystów, ich managerów/menadżerów/menedżerów (jak jest poprawnie?) oraz wydawców za „ceny z kosmosu”.

Podobają się wam takie rozwiązania? Mnie średnio… W żaden sposób nie poprawiają bowiem naszej sytuacji: jak nie było nas stać, tak nie stać nas nadal. Przynoszą tylko nerwy i stres.

Garść numer 2

Druga garść pomysłów i rozwiązań? Proszę bardzo:

  • Robimy zakupy w składzie taniej książki. W takim właśnie miejscu w Częstochowie kupiłem kiedyś „Erystykę, czyli sztukę prowadzenia sporów” Artura Schopenhauera za 4 (słownie: cztery) złote, a „Krotochwile i maksymy imć pana Zagłoby” za 50 (słownie: pięćdziesiąt) groszy! Jeszcze ich nie przeczytałem… Wstyd, wstyd, wstyd!
  • Idziemy po książkę do wypożyczalni lub czytelni.
  • Przez kilka dni pod rząd odwiedzamy najbliższy Empik i czytamy na sofie.

Już lepiej? A jest jeszcze jedno rozwiązanie.

Zawierająca jedną rzecz garść numer 3

  • Bookcrossing.

Cóż to takiego?

Przeczytaliście jakąś książkę? Uważacie, że warto byłoby się nią podzielić z innymi? No więc zostawiacie ją w jakimś miejscu publicznym. Może to być na przykład ławka w parku, budka telefoniczna, parapet w przychodni, siedzenie w autobusie, kanapa w kawiarni… I to jest właśnie bookcrossing.

A żeby ktoś jej nie potraktował jako zguby lub śmiecia, warto umieścić w niej odpowiednią informację. Chociażby taką (ta akurat pochodzi ze strony prowadzonej przez polskich bookcrosserów – bookcrossing.pl):

NIE jestem książką ZAGUBIONĄ!
Jestem książką znalezioną przez Ciebie.
I jestem ZA DARMO.

Jeśli lubisz czytać, weź mnie do domu,
przeczytaj, a następnie przekaż dalej.

W niektórych miastach takie „uwalnianie” książek jest nawet bardziej zorganizowane: ustawiane są specjalne półki/regały, gdzie można pozostawić przeczytaną publikację i przygarnąć kolejną.

Przyznacie, że pomysł w swojej prostocie jest wręcz genialny? Zamiast odkładać książkę na półkę (żeby się kurzyła), przekazuję ją komuś innemu. A co tam! Niech kurzy się u kogoś innego… tfu! Miałem na myśli: niech niesie kaganek oświaty dalej!

Plan działania

Przygotowałem dla was (i dla mnie też) plan działania:

  • Podejdźcie do regału z książkami.
  • Wybierzcie jedną publikację.
  • Jeśli jej nie przeczytaliście, to ją wreszcie przeczytajcie!!! (Tak jak ja „Erystykę”. Może wreszcie nauczę się, jak właściwie się z kimś spierać).
  • Wydrukujcie karteczkę ze stosowną treścią i umieśćcie ją w środku. W razie braku drukarki lub tuszu w takowej, napiszcie notatkę ręcznie, ale czytelnie i starannie.
  • Idźcie do parku / przejedźcie się autobusem / zadzwońcie z budki telefonicznej / odszukajcie w swoim mieście specjalny regał.
  • Zostawcie tam książkę.
  • Jeśli skorzystaliście ze specjalnego regału, weźcie sobie jakąś pozostawioną tam przez kogoś innego.
  • Wróćcie do domu lub idźcie w jakieś ulubione miejsce i czytajcie, czytajcie, czytajcie!
  • Powróćcie do punktu pierwszego i wykonajcie plan punkt po punkcie po raz kolejny…

To co? Podejmiecie wyzwanie i zostaniecie bookcrosserami?

Epilog

W niniejszym tekście świadomie pominąłem książki elektroniczne, tzw. ebooki, dostępne chociażby w formatach pdf, epub czy mobi, które można czytać na komputerze, w telefonie (albo smartfonie – ach, tak nowocześnie to brzmi…), na tablecie lub czytniku. W Internecie istnieje mnóstwo stron, np. Wolne Lektury, z których można pobrać tysiące darmowych publikacji tego typu. Na ten właśnie temat – ebooków – powstanie osobny artykuł.

***

Zdjęcie tytułowe (wybaczcie średnią jakość) przedstawia fragment z „Iteracji Piątej” książki „Maszyna Różnicowa” autorstwa W. Gibsona i B. Sterlinga.

Tak, przeczytałem ją. Nie, nie zostawię jej ani w autobusie, ani na ławce w parku. Tak, możecie przeczytać ją u mnie w domu (na sofie jak w Empiku). Nie, nie pożyczę jej, bo później zapomnicie i nie oddacie.