Powrót z wojny

Kilka dni temu (a dokładniej: w sobotę) zakończyłem pochłanianie ostatniego tomu „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego. W miejscu tym chciałbym bardzo serdecznie podziękować przeziębieniu i spowodowaną przez nie koniecznością siedzenia w domu. Gdyby nie taki „przyspieszacz”, pewnie zeszłoby mi jeszcze trochę czasu, nim dotarłbym do końca tej powieści. A tak, w ciągu dwóch dni przeczytałem 2/3 książki.

Dzięki temu już teraz mogę podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami, wnioskami i przemyśleniami. Takimi jeszcze świeżutkimi – „na gorąco” – i takimi już odstanymi. Wszak te trzy fantastyczno-historyczne powieści: „Narrenturm” (czyli: Wieża błaznów), „Boży bojownicy” i „Lux perpetua” (czyli: Światłość wiekuista), to naprawdę konkretne tomy: zarówno pod względem objętości jak i treści, przeczytanie ich trwało więc trochę dłużej niż przyswojenie sobie „Naszej szkapy” czy nawet „Lalki”.

Wnioski i wrażenia, przemyślenia i spostrzeżenia

Nie bez kozery powiem: powieść Andrzeja Sapkowskiego to najlepsza lekcja historii, jaką kiedykolwiek dane mi było odebrać.

Całe tło historyczne i mnóstwo szczegółów, takich jak nazwiska władców, królów, duchownych, przywódców wojskowych, stronnictw, a także dat, wydarzeń, bitew i sposobu ich prowadzenia jest zgodnych ze stanem faktycznym: wojny husyckie w XV wieku, Jan Žižka, Prokop Wielki zwany Gołym, Konrad IV Starszy (oleśnicki) – biskup wrocławski, Jan Ziębicki, Sierotki, bitwa pod Starym Wielisławiem, Tabor… Nie mówiąc już o nazwach geograficznych i miejscach – te bez problemu można odnaleźć na mapach i wśród źródeł historycznych, np. Zamek Troski (zbudowany na dwóch skałach, zwanych Baba i Panna. Jego ruiny można dzisiaj oglądać w tzw. Czeskim Raju). To właśnie z tej książki, a nie z lekcji w szkole, po raz pierwszy dowiedziałem się o wojnach husyckich! I to od razu z tyloma szczegółami.

Andrzej Sapkowski rewelacyjnie odtwarza też realia epoki: obyczaje, zachowania, język postaci. Co prawda zdarza się, że pewne sprawy trochę przeinacza albo przyspiesza. Chociażby jeden z bohaterów – Szarlej – posługuje się praską strzelbą, tzw. „rucznicą zdradną”, czyli krótką, noszoną w ukryciu (np. pod płaszczem) bronią. Tymczasem w rzeczywistości strzelb takich zaczęto używać dopiero jakieś 70 lat później, niż ma to miejsce w powieści.

Jednakże do wszystkich takich historycznych i chronologicznych „przekrętów” autor „przyznaje się” w przypisach i dodatkach kończących każdy tom trylogii. Zresztą przypisy te stanowią naprawdę bogate źródło informacji dodatkowych, a także zawierają wyjaśnienia wielu obcojęzycznych (zwłaszcza czeskich i łacińskich) słów i tekstów występujących w powieści. Oczywiście nie wszystkich, czym Sapkowski daje możliwość wykazania się czytelnikowi, jeśli ten chce zdobyć więcej informacji.

Wracając do takich historycznych „przekrętów” – gdyby nie przypisy, 99% (szacowanie to nie jest poparte badaniami) czytelników, w tym i ja, nawet by się nie domyśliło takich niezgodności.

Oczywiście wiele postaci (w tym główny bohater – Reinmar z Bielawy – oraz jego towarzysze: demeryt Szarlej i Samson Miodek), wątków i wydarzeń zrodziło się w głowie autora i zostało przez niego dodanych. To jasne jak słońce, wszak „Trylogia husycka” nie jest biografią, dokumentem czy ścisłą relacją historyczną. Do głowy przychodzi mi tu porównanie jej  z „Potopem” Henryka Sienkiewicza. Niby także opisuje on wydarzenia historyczne, ale czy na pewno Andrzej „Babinicz” Kmicic był na Jasnej Górze i brał udział w obronie klasztoru? Jednakże nawet wielu kronikarzy opisując prawdziwe wydarzenia i historie też mocno naściemniało, mnóstwo rzeczy – zwłaszcza bohaterskich sukcesów – podkoloryzowało, a o wielu – głównie porażkach – „niechcący” zapomniało. Dlaczego więc od powieści fantastycznej mielibyśmy wymagać całkowitej zgodności z faktami?

Mało historyczny w trylogii Sapkowskiego jest za to wątek magiczny. Trzeba jednak przyznać, że dodaje on powieści niesamowitego kolorytu i ani trochę nie przeszkadza. A opis egzorcyzmów, jakie odprawiali Reinmar i Szarlej? Jedna z najgenialniejszych scen książki!

Ale ciekawe były nie tylko egzorcyzmy. W całej trylogii nie było ani jednego fragmentu, który mógłbym określić mianem nudnego. Co więcej, większość książki czytałem z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać jak dana sytuacja się rozwinie i jak zakończy. A gdy dotarłem już do samiuteńkiego końca serii, pierwszą myślą było: „To już?!” Nie, nie dlatego, że historia nagle urwała się niewyjaśniona. Dlatego, że chciałoby się więcej takich genialnych motywów, opisów i fragmentów.

No i jeszcze znajdujące się na początku każdego rozdziału krótkie streszczenie tego, co będzie się w nim działo. Mistrzostwo przez wielkie, pogrubione M!

The best of

W czasie czytania wiele z takich tekstów, które najbardziej mi się spodobały, sobie zaznaczałem (sporym ułatwieniem było to, że trylogię czytałem na moim Kindlu. Wystarczyło więc przycisnąć paluszkiem na początku interesującego fragmentu, przeciągnąć nim na jego koniec, tam zwolnić wciśnięcie i kliknąć na słówko „Highlight” w menu, które wyskakiwało na ekranie). Teraz bez problemu mogę powrócić do tych fragmentów i czytać je do woli, napawając oczy i umysł genialnymi, błyskotliwymi i niesamowicie śmiesznymi tekstami. A tych naprawdę nie brakowało. Częścią z nich podzielę się z wami w osobnym artykule. Częścią, nie wszystkimi, żeby jeszcze bardziej zachęcić was do zapoznania się z tą powieścią. 

To już jest koniec

I jak? Czujecie się choć trochę zachęceni do przeczytania tej książki? Jeśli tak, to mam jeszcze jedną uwagę: charakterystyczne dla twórczości Sapkowskiego jest używanie przekleństw. Jeśli uważacie, że będą was one razić, to nie bierzcie się za lekturę. Chociaż z drugiej strony nie ma ich też zbyt wiele. Pytacie może, czy naprawdę była konieczność używania ich w książce? Odpowiadam: Spróbujcie wyobrazić sobie XV-wiecznego rycerza, dowódcę wojskowego lub przestępcę, który, np. opatrywany w warunkach polowych, mówi: „Ach, ten nicpoń mnie skaleczył. Bardzo mnie boli. Czy może pan, Panie Medyku, mnie opatrzeć i podać coś na uśmierzenie tego bólu? Bardzo Pana o to proszę, bo długo tak już niestety nie wytrzymam…”.

To co, przeczytacie?

Wypożyczcie z biblioteki, pożyczcie od znajomego, kupcie w księgarni lub zamówcie przez Internet albo ściągnijcie w formie e-booka na swoje tablety, smartfony, czytniki bądź komputery. I niech te coraz dłuższe jesienne wieczory płyną wam w towarzystwie Reinmara z Bielawy, jego towarzyszy i XV-wiecznej historii.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia namalowany w 1562 roku obraz Piotra Bruegla Starszego, malarza niderlandzkiego, zatytułowany „Triumf śmierci”. Trzy fragmenty tego obrazu znajdują się na okładkach książek wchodzących w skład trylogii.

***

Tomku N., serdeczne dzięki za polecenie mi tej książki.

***

Nie, nie pomyliłem się – tam rzeczywiście ma być słowo „demeryt”, nie „emeryt”. Dla wszystkich tych, którym nie chce się sprawdzać znaczenia, podaję je tutaj. Demeryt (lub: demeryta) – ksiądz skazany na pokutę w odosobnieniu za wykroczenie przeciwko prawu kanonicznemu.

***

Jak napisałem powyżej, trylogię czytałem na Kindlu. Ale przyznaję – taka książka pięknie by się prezentowała na półce. Tak więc jeśli ktoś z was chciałby dać mi jakiś prezent, to już wie, co może kupić…

Reklamy

3 thoughts on “Powrót z wojny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s