Miesiąc: Kwiecień 2016

Pora na Skubasa

Czasami tak mam: spędzę sporo czasu nad jakimś tekstem, wprowadzę poprawki, otaguję go, wybiorę zdjęcie tytułowe… I pozostaje mi już tylko kliknąć „Opublikuj”. Ale nie klikam…

Bo jeszcze coś mi nie gra… Coś mi nie pasuje… Czegoś mi brakuje…

A potem tracę wenę do danego tematu i artykuł wędruje sobie na bok.

A może powinienem napisać: „odkładam, by dojrzał”…?

I tak było z niniejszym tekstem o Skubasie. Ale swoje odleżał (do pół roku – PÓŁ ROKU!!! – brakło kilku dni), dojrzał, przyszła wena i nowy pomysł. I oto jest gotowy!

Ludzie, ludziki i ludziska, oto przyszła pora na Skubasa!

O Skubasie

Skubas, czyli Radosław Skubaja, to pochodzący z Lublina polski piosenkarz, gitarzysta i kompozytor. W roku 2012 wydał swój debiutancki album: „Wilczełyko”. Na stronie wytwórni Kayax napisano o tym tak: „Wilczełyko” to pierwszy autorski projekt muzyczny Skubasa, wokalisty o wyjątkowej, bardzo charakterystycznej barwie głosu. Do tej pory znany głównie z kooperacji ze Smolikiem (pod pseudonimem Sqbass) tym razem zaskakuje w zupełnie nowej odsłonie. Muzyka to niezwykle klimatyczne, akustyczne gitarowe brzmienia o lekko folkowym, grunge’owym charakterze. Skubas w swoich autorskich kompozycjach łączy brudne, gitarowe riffy z melancholijnym wokalem, tworząc nostalgiczne, melodyjne piosenki. W produkcji postawił przede wszystkim na atmosferę i przestrzeń. „Wilczełyko” wypełnia lukę na polskiej scenie muzycznej i jest swoistym powrotem do prostoty i autentyczności.

Skubas - Wilczełyko

A co o Skubasie i jego dziele sądzę ja?

Jak chyba większości z tych, którzy spotkali się z jego twórczością, spodobał mi się przede wszystkim utwór „Linoskoczek” (chyba jedyny promowany przez media. Chyba, bo już teraz nie pamiętam. Było to tak dawno temu, że mogę się mylić). No i zacząłem wałkować tenże album, swoje szczególne sympatie i wyrazy uznania kierując w stronę właśnie „Linoskoczka” oraz utworu „Nie pytaj”. Płytę miałem w samochodzie i słuchałem, słuchałem, słuchałem. Nie zwracałem zbytniej uwagi na formę i treść, ale raczej na to, że mi się podoba… Ot, tak po prostu i banalnie: „fajna muzyka”. Ciekawe porównania i aranżacje zauważam dopiero teraz – słuchając tego „po latach”.

Dorosłem… I do twórczości Skubasa, i tak ogólnie.

Chyba coś przegapiłem

Niedługo po wydaniu tej płyty (przypominam: w roku 2012), powstała piosenka nosząca tytuł „Nie mam dla ciebie miłości”. Odkryłem ją jednak dopiero stosunkowo niedawno. Na osi czasu fakt ten można by umiejscowić gdzieś między trzecim a czwartym kwartałem roku 2015.

Jeśli dobrze łączą mi w głowie styki, to pierwsze jej wysłuchanie nie wprawiło mnie w zachwyt lub chociażby jakiekolwiek głębiej uzasadnione uznanie. Jednakże w tym momencie – z pełną świadomością – mówię: jak dla mnie, to jedna z naprawdę nielicznych genialnych piosenek o miłości, jakie powstały w ostatnich latach. Inne, które przychodzą mi teraz do głowy, to „This I Love” Guns N’ Roses, o której pisałem w grudniu ubiegłego roku, a także „Gdybym” Voo Voo, o której artykuł jest w fazie dojrzewania…

Co wpływa na taką moją ocenę: uznania „Nie mam dla ciebie miłości” za jeden z lepszych utworów?

Kilka słów „za”

Słuchając tego utworu Skubasa, w mojej głowie rysuje się tylko jeden obraz. I nie jest to wcale jakieś tandetne romansidło, jakaś południowoamerykańska telenowela lub wynalazek próbujący ją naśladować.

Oto mężczyzna i kobieta. Ona go kocha, a on dobrze o tym wie. Jednakże jego uczucia do niej są zgoła całkowicie inne. Parafrazując: ‚on nie ma dla niej miłości’, nie kocha jej, traktuje ją bardziej jak zwykłą koleżankę. Nie kryje tego, wręcz otwarcie o tym jej mówi, nie pozostawiając jej już żadnych złudzeń:

Jeśli chcesz, możesz przyjść, kupić wino, zostać na noc
Nie przytulę Cię potem, odwrócę, rzucę „dobranoc”
Jeśli chcesz, możesz przyjść, zdjąć bluzkę, zostać do rana
Nie odprowadzę Cię potem, do drzwi trafisz sama

Jeśli chcesz, troszcz się o mnie, tylko pozbądź się złudzeń
Nie zacznę Cię kochać, choć przy Tobie się budzę
Jeśli chcesz, to dbaj o mnie, bądź zawsze pod ręką
Jeśli pójdę z inną, nie mów – serce Ci pękło

… jeśli mogę zacytować tu w całości obie zwrotki utworu.

I gdzie tutaj ta miłość? Dopowiada to refren:

Nie mam dla Ciebie miłości, ktoś tu był przed Tobą
Nie ma we mnie miłości, odchodząc zabrała ją ze sobą

Mężczyzna ten tak bardzo kocha kobietę nieobecną już w jego życiu (śmierć? rozwód? rozstanie?), że nie jest w stanie pokochać już nikogo innego. Widać w tym niesamowite oddanie, przywiązanie, tęsknotę, żal, ból spowodowany stratą.

Mnie to porusza. Bo czyż nie jest to bardziej życiowe, niż wszystkie te cukierkowe historie?

Klip do utworu

Nie mogę oczywiście pominąć klipu, jaki powstał do tego utworu, a który wyreżyserował Maciej Bieliński.

Sprawy techniczne pominę, bo po prostu na tym się nie znam. (Gdybym chciał je opisać, musiałbym zwrócić się o pomoc do kumpla Czarka). Bez gdybania (i pomocy) mogę za to napisać o moich wrażeniach.

Klip porusza mnie na równi ze słowami utworu i idealnie też do niego pasuje, chociaż nie przedstawia wydarzeń z tekstu dosłownie. Głównym bohaterem jest tutaj postać grana przez wybitnego polskiego boksera, medalistę olimpijskiego i wielokrotnego Mistrza Polski – pana Krzysztofa Kosedowskiego.

Budzi się on rano do kolejnego dnia. Pacierz, poranna kawa, ćwiczenia, wyszykowanie się (do tego momentu jest sam, w domu brak kobiety) i wyjście do klubu, w którym trenuje młodych adeptów boksu. Po drodze mija przywiązanego do drzewa psa. Dzieli się z nim swoim skromnym śniadaniem. Wracając z treningu podejmuje decyzję: zabiera psa ze sobą, być może nawet ratując mu w ten sposób życie…

Nie wiem jak was, ale cierpienie zwierząt porusza mnie o wiele bardziej niż cierpienie ludzi. Czy jest to normalne? Nie chcę wiedzieć i nie chcę się w to zagłębiać. Może jest tak po prostu dlatego, że zwierzęta są od nas, ludzi, o wiele bardziej bezbronne i o wiele łatwiej wyrządzić im krzywdę – krzywdę, której w przeciwieństwie do człowieka, nie są w stanie sobie w żaden sposób wytłumaczyć.

Kosedowski

Paradoksalnie, najbardziej poruszającym mnie momentem teledysku nie jest scena, gdy ukazany jest pies przywiązany do drzewa. Najbardziej porusza mnie moment, gdy pan Krzysztof niesie tego biednego, brudnego, zlęknionego psa na rękach. Napisałbym, że dla mnie to chwila, w której zespalają się dwie cierpiące dusze (w sumie trzy: pana Krzysztofa, psa i podmiotu lirycznego). Ale tak nie napiszę, bo – jak dla mnie – brzmi to jakoś dziwnie, zbyt podniośle i sztucznie… I te emocje widoczne wtedy na twarzy bohatera – zwykłego, prostego człowieka.

Ostatnie przemyślenie

Bardzo się cieszę, że dnia 25 czerwca roku bieżącego Skubas wystąpi w Częstochowie „na Frytce”, czyli podczas VI edycji Częstochowskiego Festiwalu Kultury Niezależnej Frytka OFF. Nareszcie go zobaczę i posłucham na żywo. Sprawdzę, czy „w realu” jest tak samo przekonujący i trafiający do uczuć, a potem się z wami tym podzielę na łamach tego bloga.

I mam nadzieję, że relacja z tego wydarzenia pojawi się tutaj już kolejnego dnia, a nie po pół roku…

***

I co bardzo, bardzo, baaardzo ważne: będę „na Frytce” choćby grzmiało i ziemia się rozstępowała. Tym bardziej, że tego samego dnia, na tymże właśnie festiwalu, zagra też Voo Voo… Aaa, kolejne spotkanie z Waglem!!!

***

Autorką zdjęcia tytułowego jest Anna Tomczyńska. Pobrałem je z profilu Skubasa na stronie wydawnictwa muzycznego Kayax.

Reklamy
Nowy Jork

Lounge – mój prywatny teleport do Nowego Jorku

Grubo ponad rok temu opublikowałem na moim poprzednim blogu pewien artykuł. Jego tytuł najprawdopodobniej brzmiał tak: „Moje miejsca na ziemi”. Najprawdopodobniej, bo nie jestem w stanie już go sobie dokładnie przypomnieć. Czego on dotyczył? Opisałem w nim kilka lokalizacji, w jakich chciałbym pędzić swój żywot.

I co ostało się z tych – bądź co bądź – marzeń?

Nie będę się specjalnie rozpisywał nad miejscami, które już mnie zbytnio nie pociągają. Skoncentruję się zaś na tym jednym – nie tylko wciąż, ale też i coraz bardziej żywym w moim umyśle.

Uwaga, uwaga, oto przed wami:

Nowy Jork

Najpierw puśćcie sobie podkład do artykułu…

… i dopiero teraz kontynuujcie czytanie.

Nigdy nie byłem ani w tym mieście, ani w żadnym innym na amerykańskiej ziemi. Ba, nigdy nie przekroczyłem nawet granic europejskiego kontynentu.

Nic więc dziwnego, że jedno z moich marzeń przedstawia się tak:

Żyję w Nowym Jorku lub w jakimś innym wielkim amerykańskim mieście. Mieszkam w apartamencie na którymś z wysokich pięter w drapaczu chmur. I oto stoję sobie w minimalistycznie urządzonym pokoju. Konkretnie: w sypialni. Znajduje się w niej tylko parę mebli: łóżko, dwa fotele, mała szafka i stolik, niższy nawet od tego tak zwanego kawowego. Oświetlenie główne jest wyłączone. Na niebiesko świecą się tylko dekoracyjne LEDy umieszczone gdzieś w okolicach zagłówka łóżka.

Ja zaś stoję sobie przy samym oknie – takim „ciągnącym się” od podłogi aż po sufit (zresztą apartament ten byłby w wieżowcu mieszkaniem narożnym, więc dwie ściany tego pokoju byłyby całkiem przeszklone). Rolety w tych potężnych oknach są całkowicie podniesione.

Piszę po raz trzeci: i tak stoję w tym oknie, trzymając w dłoni kieliszek z drinkiem (w takiej sytuacji obowiązkowo Metropolitan). No i patrzę sobie na późno-wieczorne (ewentualnie wczesno-nocne) miasto cały czas tętniące życiem. W wielu oknach w innych budynkach świecą się już lampy, po ulicach ciągną się jeszcze smugi świateł licznych samochodów. (Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu tytułowym. Ze wszystkich obejrzanych jakoś to najbardziej pasuje mi do mojego wyobrażenia).

Gdzieś z dołu dociera powoli cichnący gwar metropolii. Jednakże do moich uszu dobiegają głównie dźwięki jednego z ciekawszych rodzajów muzyki: wspomnianej w tytule – i mam nadzieję, że i lecącej właśnie w tle – muzyki lounge.

Czuję, że cały świat żyje własnym życiem, a ja jestem gdzieś ponad tym wszystkim – spokojny, wyciszony, patrzący na przerażające piękno cywilizacji, tego dziwnego ludzkiego tworu.

Troszkę teorii, by – choć na chwilę – zejść na ziemię…

Muzyka lounge (co w języku angielskim oznacza po prostu „wypoczynek”) to, według definicji, zbiorcze określenie wywodzących się z jazzu stylów muzyki easy listening popularnych w USA w połowie XX wieku, kojarzonych z holami, barami lub kasynami hoteli, gdzie muzyka ta była (i często nadal jest) wykonywana w celu wytworzenia specyficznej atmosfery.

Dziękuję ci, ciociu Wikipedio. Sam nie ująłbym tego lepiej…

Lounge a ja

Uwielbiam ten styl. To mój prywatny teleport… Przebywając w moim mieszkaniu, zwłaszcza gdy na zewnątrz robi się już ciemno, w wyszukiwarce na YouTubie wpisuję najczęściej coś w stylu: luxury lounge, metropolitan luxury lounge, night lounge, night chillout. Cudowne są zwłaszcza sety zawierające w swojej nazwie te dwa słowa: „New York”…

Minimalistyczne, niezagracone drobiazgami mieszkanie w Częstochowie (choć mój pokój – moja artystyczna pracownia – trochę odbiega od tego opisu…), na zewnątrz już ciemno, w moich uszach luxury lounge, a moja dusza przenosi się na 50-te piętro nowojorskiego drapacza… W dole widzę sznury aut, światła w oknach innych wieżowców, a w dłoni trzymam kieliszek z drinkiem Metropolitan… Ale to już znacie.

Ach, potężną mają siłę marzenia wsparte dźwiękami… Choć czasami bywa też tak, że nawet nie muszę włączać tej muzyki. Zarówno ona, jak i moje marzenia są bowiem tak silne, że wystarczy mi tylko o niej (lub o nich) pomyśleć, a już przenoszę się myślami do Nowego Jorku…

Praca domowa

Podobno zadawanie dzieciom w szkołach prac domowych jest sprzeczne z prawem, więc moje zadanie jest „dla chętnych”:

W jaki sposób wam muzyka pomaga marzyć? Gdzie was wtedy przenosi?

Odpowiedzi w formie pisemnej umieszczajcie w komentarzach pod artykułem.

A ja, jak wrócę z Nowego Jorku, to je przeczytam i na nie odpowiem…

The Beatles

Żuczki nie żyją od 46 lat

Istnieli raptem przez 10 lat. Ale tyle czasu w zupełności wystarczyło, by skutecznie zawrócić w głowach setkom milionów ludzi i zainspirować tysiące współczesnych muzyków.

Dlaczego piszę o nich właśnie dzisiaj? 10 kwietnia to oficjalna data rozpadu The Beatles – czterech żuczków z Liverpoolu.

Ktoś kiedyś napisał, że jedyną rzeczą jaka im wyszła, było przejście przez jezdnię (to oczywiście nawiązanie do słynnej okładki albumu „Abbey Road”). Ale to oczywiście żart, bo jak można tak powiedzieć o zespole, którego 13 z 16 płyt (!!!) znalazło się na liście 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone? W tym cztery w pierwszej dziesiątce…:

  • 1. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
  • 3. Revolver
  • 5. Rubber Soul
  • 10. The Beatles

No cóż… Chapeau bas, panowie.

Bogactwo informacji

Wiele o nich już powiedziano i napisano. I wiele jeszcze można by powiedzieć i napisać. O genialnych albumach i utworach, które weszły do kanonu muzyki. O „inwazji brytyjskiej”. O beatlemanii: zbiorowemu, histerycznemu szałowi, jaki dopadał głównie młode fanki już na sam widok tych czterech chłopaków. O eksperymentach z narkotykami. O konfliktach i problemach. O kłopotach z fanami, którzy blokują ruch i stwarzają zagrożenie próbując zrobić sobie zdjęcie na pasach na wzór swoich idoli. O popularnej miejskiej legendzie, według której Paul McCartney zginął w wypadku samochodowym w roku 1966 i został zastąpiony przez sobowtóra. O… O… O… I o wielu innych rzeczach, sprawach i aspektach. O… O… O…

Ale nie ma co się powtarzać.

Koniec

Nie mam zamiaru też wnikać w dokładne powody rozpadu tego zespołu: konflikt między muzykami po śmierci ich menedżera – Briana Epsteina – oraz zamieszanie z osobą Johna Lennona. Jedno jest pewne: 10 kwietnia 1970 roku, dokładnie 46 lat temu, z zespołu odszedł Paul McCartney (a może jego sobowtór?), pieczętując ostatecznie koniec działalności The Beatles.

Można ich kochać, można nienawidzić. Można coverować ich utwory, bezczelnie z nich zżynać albo pisać o nich własne piosenki. Jak chociażby Jacek Kuderski z zespołu Myslovitz:

Jedno jest pewne – po zespole tym pozostała naprawdę ogromna spuścizna. I mało prawdopodobne, by ktokolwiek i kiedykolwiek im dorównał.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia członków zespołu po przybyciu na lotnisko im. Kennedy’ego w Nowym Jorku w USA, rok 1964. Od lewej: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr.

Zbigniew Wodecki

Zacznij od Zbyszka

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować trzem osobom: moim rodzicom za ufundowanie biletów oraz mojemu brygadziście za udzielenie mi wolnego i tym samym pozbawienie się bardzo cennego pracownika. Bo dzięki temu i dzięki nim mogliśmy razem z żoną wziąć udział w poniedziałkowym koncercie Zbigniewa Wodeckiego (4 kwietnia, godzina 19:00, Filharmonia Częstochowska).

Relację z tego wydarzenia chciałem opublikować jeszcze w poniedziałek, ale cóż… Jak śpiewa sam Wodecki w utworze „Lubię wracać tam gdzie byłem”:

Co dzień nas gna
W nowe strony zadyszany czas.
Sto dat, sto spraw
Wciąga nas, gna nas.

I moje dni
Wszechobecny pośpiech, czasu znak

Mamy więc już sobotni wieczór, a ja dopiero teraz gryzmolę ten artykuł.

Na początek tak ogólnie

Jesteście ciekawi, jak prezentowała się setlista? Notowałem ją na bieżąco, skrupulatnie, by nie pominąć ani jednego utworu. Proszę bardzo, oto ona:

  1. Opowiadaj mi tak (Słoneczko)
  2. Rzuć to wszystko co złe
  3. Znajdziesz mnie znowu (Muszla)
  4. Oczarowanie
  5. Teatr uczy nas żyć
  6. Zacznij od Bacha
  7. Czardasz Montiego
  8. Ciao ciao Bambino
  9. Raj
  10. Pszczółka Maja

Bisy:

  1. Szczęście jest we mnie
  2. Niech się w nas goi

Poza tym, pomiędzy siódmym a ósmym utworem, miejsce na scenie zajęła Renata Zarębska, która zaprezentowała swój krótki program artystyczny, na który składały się trzy utwory oraz wesoła konferansjerka.

O Artyście

A cóż mogę napisać o Zbigniewie Wodeckim? Co jak co, ale głos, talent, energię, włosy i gadane to on ma…

Na skalach głosu i technikach śpiewania jeszcze się nie znam. Ale wiele o tym wcale wiedzieć nie musiałem, by i tak wielokrotnie w czasie słuchania koncertu przeszywały mnie ciarki. Ale Zbigniew Wodecki to nie tylko piosenkarz. To także multiinstrumentalista: gdy w swoje ręce brał trąbkę lub skrzypce, już było wiadome, że zaraz usłyszę coś niezwykłego. Nie zawiodłem się ani razu: grać to on potrafi (ach, genialna fuga wykonana na skrzypcach i „Czardasz Montiego”)… Do tego niesamowita energia. Artysta ten ma już 66 lat, ale w ogóle tego nie widać. Zachowanie na scenie wręcz kłóci się z datą wpisaną do jego dowodu.

I ta jego niezwykła komunikacja z publicznością. Nie ograniczała się ona do przywitania i zachęcania, by śpiewać razem z nim. W sumie pomiędzy każdym utworem Zbigniew Wodecki raczył słuchaczy jedną lub nawet kilkoma genialnymi historyjkami i żartami, po których co rusz wybuchały salwy śmiechu.

Jeśli nie było was na tym koncercie, żałujcie. Poniżej spróbuję przywołać kilka z tych anegdot i tekstów, ale tak w skrócie, to nie jest już w żaden sposób to samo. (Może będzie to nawet bardziej dla mnie, bym za jakiś czas, wracając do niniejszego artykułu, przypomniał sobie niezwykłą atmosferę tego koncertu).

Przykłady tekstów

  • Po wykonaniu dwóch pierwszych utworów Zbyszek rzucił dwa słowa: „Udało się!”. A po chwili przerwy dodał: „Bo rano Geriavitu zapomniałem…”.
  • Mówiąc o wartości finansowej nagrody, którą razem z kolegą dostali za jakąś piosenkę lub album (chyba podczas któregoś z festiwali): „Kolega kupił sobie buty. Ja zegarek…”.
  • Inny tekst? O sobie i współczesnych artystach: „Kiedyś były takie czasy, że żeby śpiewać… trzeba było umieć śpiewać”.
  • O sobie i swoim wyglądzie? Anegdota o trzech amantach, którzy poszli do nieba. W skrócie prezentuje się ona tak: „Trzech amantów – Robert Redford, Robert De Niro i Zbigniew Wodecki – trafiło do nieba. Roberta Redforda przydzielono do pokoju numer 36, w którym przebywała bardzo brzydka kobieta. Głos Boga: Robercie Redfordzie, za twoje liczne grzechy już po wieki trafiasz do pokoju 36. Roberta De Niro przydzielono do pokoju numer 38, w którym przebywała jeszcze brzydsza kobieta. Głos Boga: Robercie De Niro, za twoje liczne grzechy już po wieki trafiasz do pokoju 38. Zbigniewa Wodeckiego przydzielono do pokoju numer 37. Otwiera on drzwi, zagląda do środka, a tam cudowna, przepiękna kobieta – Claudia Schiffer. Głos Boga: Claudio Schiffer, za twoje liczne grzechy…
  • Odnośnie włosów, których – gdy będę w jego wieku – też chciałbym mieć na głowie jeszcze tyle, i kolegi z towarzyszącego mu zespołu: „Mirek, świetny kolega. Pożyczył mi włosy na dzisiejszy koncert”. Mirek kłania się publiczności i ściąga przy tym z głowy czapkę – och, pięknie błyszczy się ta króciuteńko przystrzyżona glaca…

Napiszę wam tak: gdy w waszej okolicy zobaczycie kiedyś plakat zapowiadający koncert Zbyszka Wodeckiego, od razu zaklepcie sobie ten termin i nie poskąpcie pieniędzy na bilet. Jeśli człowiek ten kojarzy wam się tylko z Pszczółką Mają, Chałupami lub popularnymi w telewizji programami, po takim koncercie od razu zmienicie zdanie. Ja osobiście wybrałbym się bardzo chętnie jeszcze raz.

I nie ważne, że Zbigniew Wodecki ma lat 66, a ja czterdzieści mniej. To nie jest artysta zarezerwowany tylko dla „dziadków” i hipsterów. To chodzący genialny głos, prawdziwy talent, żartowniś i zwykły, miły człowiek, emanujący ze sceny szczerą przyjaźnią. Naprawdę warto go posłuchać i poznać.

***

Autorem zdjęcia tytułowego, pochodzącego z Wikipedii, jest Tomasz Ziober.

***

Artyście, w czasie koncertu, towarzyszył zespół w składzie: Zbigniew Stelmasiak, Mirosław Wiśniewski, Jarosław Zawadzki, Paweł Twardoch.

Lubię to! I co z tego?

Ile warte są fejsbukowe lajki? Wyraźną odpowiedź na to pytanie otrzymałem w czwartek wieczorem.

Od początku, czyli od poniedziałku

Poniedziałek, godzina 11:28. Idę sobie przez miasto, załatwiam różne sprawy. SMS: to kumpel informuje mnie o darmowym koncercie, jaki w czwartkowy wieczór ma odbyć się w częstochowskim pubie Twoja Kolej.

Nie zastanawiamy się długo – idziemy. (Jak wjazd za free, to trzeba korzystać. Tym bardziej, że ponoć kapela fajnie gra).

Jako support „gwiazdy wieczoru” – kompletnie mi nieznanego niemieckiego zespołu o wdzięcznej nazwie Dead Cats On Mopeds – wystąpić ma częstochowska grupa Strado. Akurat o tych już coś niecoś słyszałem.

Koncert ma się zacząć o 20:00…

Dzień zero, czyli czwartek

W pubie meldujemy się gdzieś w okolicach godziny 20:30. I co? Strado jeszcze nie gra, Niemcy jeszcze nie dojechali… Szybko podjęta decyzja – także pod wpływem dźwięków płynących gdzieś z pustych żołądków – idziemy na kebsa.

Stoimy więc sobie obok budki i wcinamy kebaby, zręcznie przy tym manewrując stopami, by uniknąć spadających kawałków surówki (czy co to tam jest w tej bułce). Po chwili dociera jeszcze jeden kumpel. Po drodze zahaczył on o pub i teraz zdaje nam relację: support już gra, ale nagłośnienie jest fatalne – mega głośno, nic nie idzie zrozumieć. No nic. Kończymy kebsy i idziemy na własne uszy przekonać się o prawdziwości jego słów.

Wchodzimy, siadamy przy stoliku. Nie słyszymy własnych myśli… No dobra, może nie jest aż tak tragicznie, ale rzeczywiście bardzo, bardzo głośno. W związku z tym i bardzo niewyraźnie. Jest zdecydowanie głośniej, niż podczas (również darmowego) koncertu dwóch włoskich hardcore punkowych kapel (Have It All z Padwy oraz On A Ship z Wenecji), na którym byliśmy w tym samym pubie jakieś pół roku wcześniej. A przecież Strado to żaden punk, tylko zwykły rock…

Ale pomijając już fatalne nagłośnienie (kto je ustawiał?!): gdzie są fani? Powtarzam: gdzie…? są…? fani…?

Ach, te tłumy…

Nasza ekipa liczy cztery osoby. Niedaleko nas siedzi przy stoliku i sączy browarka jakaś dziewczyna. Trzech lub czterech gości w średnim wieku spoczywa nieco dalej. Na „parkiecie” przed sceną dwóch (!!!) fanów rytmicznie buja sobie czuprynami…

Nie mogąc znieść hałasu (czyżbyśmy już dziadzieli?), wychodzimy na zewnętrzny ogródek. Tu fanów brak. Przynajmniej idzie pogadać i wymienić się licznymi uwagami na temat stylu gry zespołu, nagłośnienia i tych tłumów ludzi.

No właśnie, gdzie są ci ludzie? Sprawdzam na fejsbukowym profilu grupy Strado: „lubię to!” kliknęło 1251 osób. Macie ochotę na odrobinę matematyki? No to jedziemy. Odejmijmy od tej liczby członków zespołu i ich rodziny. Nie jest to raczej kapela znana szerzej, no ale odrzućmy też osoby z dalszych stron, bo i pewnie takie dały lajka. Niech też ktoś akurat ma drugą albo trzecią zmianę. No i ile nam zostanie? 1000 dusz? 900? No mniej więcej tak może być. Na twarzoksiążkowej tablicy grupy informacja o wydarzeniu jest… O DARMOWYM wydarzeniu!!! Więc co się stało? Powtarzam po raz kolejny: gdzie są ci fani? Czyżby były to tylko puste lajki, no bo to przecież koledzy albo rodzina, więc „lubię to!” dać wypada?

OK, przyznaję, że przecież nie każdy z fanów przyjść musi. W moich polubieniach widnieje chociażby zespół Depeche Mode, a gdy grali koncert w Polsce, także się nie wybrałem.

No ale litości, z tysiąca osób „lubiących” na DARMOWYM gigu pojawia się dwoje? Gdyby jeszcze trzeba było kupić bilet za 15 zł (toż to przecież jakieś osiem VIPków)… Ale wejściówka „kosztuje” okrągłe zero! (Zresztą chyba jak wszystkie koncerty organizowane w „kolejce”). Nawet nie musimy kupować piwa lub czegokolwiek innego, obsługa nikogo nie wyprasza…

Lubię to! I co z tego?

Wyraźnie widać, jak zmienia się świat. Kiedyś fani wieszali na ścianach z trudem zdobyte plakaty. Z gazet wycinali artykuły i artykuliki dotyczące swoich ulubieńców. Z wypiekami na policzkach słuchali nagrań z kaset. Tych oficjalnych i bootlegów. Jechali za „swoją” kapelą na drugi koniec kraju.

Dzisiaj przeskakuje się na YouTubie z piosenki na piosenkę. A miłością i uwielbieniem obdarza zbyt wiele różnych treści. Przykre. Bo to uwielbienie często jest po prostu puste i bez znaczenia.

Aż szkoda mi członków zespołu: bo zagrali, no ale dla kogo?

Przydałoby się pozytywne zakończenie artykułu

Chciałem zakończyć tekst pozytywnym akcentem. Chciałem, ale chyba mi tym razem nie wyjdzie. Ogólnie rzecz biorąc zespół Strado zagrał poprawny koncert. Jednakże jakość nagłośnienia zepsuła wszystko. Nawet nie wiem, o czym śpiewała wokalistka… Może kiedyś jeszcze się wybiorę na jakiś ich występ i lepiej poznam ich twórczość.

Słówko o kotach

Piszę o fatalnym nagłośnieniu, braku fanów i supporcie – zespole Strado. A gdzie chociaż jedno krótkie słowo o gwoździu programu – Dead Cats On Mopeds? Ależ proszę bardzo.

Jest już po dwudziestej drugiej. Strado kończą swój występ, pakują się do samochodu i odjeżdżają. A niemieckiej kapeli wciąż nie widać… Więc my też ładujemy się do aut i rozjeżdżamy do domów.

Ale przed snem jeszcze szybkie przejrzenie twarzoksiążki i Instagrama. A nuż ktoś zasłużył na lajka…