Lounge – mój prywatny teleport do Nowego Jorku

Nowy Jork

Grubo ponad rok temu opublikowałem na moim poprzednim blogu pewien artykuł. Jego tytuł najprawdopodobniej brzmiał tak: „Moje miejsca na ziemi”. Najprawdopodobniej, bo nie jestem w stanie już go sobie dokładnie przypomnieć. Czego on dotyczył? Opisałem w nim kilka lokalizacji, w jakich chciałbym pędzić swój żywot.

I co ostało się z tych – bądź co bądź – marzeń?

Nie będę się specjalnie rozpisywał nad miejscami, które już mnie zbytnio nie pociągają. Skoncentruję się zaś na tym jednym – nie tylko wciąż, ale też i coraz bardziej żywym w moim umyśle.

Uwaga, uwaga, oto przed wami:

Nowy Jork

Najpierw puśćcie sobie podkład do artykułu…

… i dopiero teraz kontynuujcie czytanie.

Nigdy nie byłem ani w tym mieście, ani w żadnym innym na amerykańskiej ziemi. Ba, nigdy nie przekroczyłem nawet granic europejskiego kontynentu.

Nic więc dziwnego, że jedno z moich marzeń przedstawia się tak:

Żyję w Nowym Jorku lub w jakimś innym wielkim amerykańskim mieście. Mieszkam w apartamencie na którymś z wysokich pięter w drapaczu chmur. I oto stoję sobie w minimalistycznie urządzonym pokoju. Konkretnie: w sypialni. Znajduje się w niej tylko parę mebli: łóżko, dwa fotele, mała szafka i stolik, niższy nawet od tego tak zwanego kawowego. Oświetlenie główne jest wyłączone. Na niebiesko świecą się tylko dekoracyjne LEDy umieszczone gdzieś w okolicach zagłówka łóżka.

Ja zaś stoję sobie przy samym oknie – takim „ciągnącym się” od podłogi aż po sufit (zresztą apartament ten byłby w wieżowcu mieszkaniem narożnym, więc dwie ściany tego pokoju byłyby całkiem przeszklone). Rolety w tych potężnych oknach są całkowicie podniesione.

Piszę po raz trzeci: i tak stoję w tym oknie, trzymając w dłoni kieliszek z drinkiem (w takiej sytuacji obowiązkowo Metropolitan). No i patrzę sobie na późno-wieczorne (ewentualnie wczesno-nocne) miasto cały czas tętniące życiem. W wielu oknach w innych budynkach świecą się już lampy, po ulicach ciągną się jeszcze smugi świateł licznych samochodów. (Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu tytułowym. Ze wszystkich obejrzanych jakoś to najbardziej pasuje mi do mojego wyobrażenia).

Gdzieś z dołu dociera powoli cichnący gwar metropolii. Jednakże do moich uszu dobiegają głównie dźwięki jednego z ciekawszych rodzajów muzyki: wspomnianej w tytule – i mam nadzieję, że i lecącej właśnie w tle – muzyki lounge.

Czuję, że cały świat żyje własnym życiem, a ja jestem gdzieś ponad tym wszystkim – spokojny, wyciszony, patrzący na przerażające piękno cywilizacji, tego dziwnego ludzkiego tworu.

Troszkę teorii, by – choć na chwilę – zejść na ziemię…

Muzyka lounge (co w języku angielskim oznacza po prostu „wypoczynek”) to, według definicji, zbiorcze określenie wywodzących się z jazzu stylów muzyki easy listening popularnych w USA w połowie XX wieku, kojarzonych z holami, barami lub kasynami hoteli, gdzie muzyka ta była (i często nadal jest) wykonywana w celu wytworzenia specyficznej atmosfery.

Dziękuję ci, ciociu Wikipedio. Sam nie ująłbym tego lepiej…

Lounge a ja

Uwielbiam ten styl. To mój prywatny teleport… Przebywając w moim mieszkaniu, zwłaszcza gdy na zewnątrz robi się już ciemno, w wyszukiwarce na YouTubie wpisuję najczęściej coś w stylu: luxury lounge, metropolitan luxury lounge, night lounge, night chillout. Cudowne są zwłaszcza sety zawierające w swojej nazwie te dwa słowa: „New York”…

Minimalistyczne, niezagracone drobiazgami mieszkanie w Częstochowie (choć mój pokój – moja artystyczna pracownia – trochę odbiega od tego opisu…), na zewnątrz już ciemno, w moich uszach luxury lounge, a moja dusza przenosi się na 50-te piętro nowojorskiego drapacza… W dole widzę sznury aut, światła w oknach innych wieżowców, a w dłoni trzymam kieliszek z drinkiem Metropolitan… Ale to już znacie.

Ach, potężną mają siłę marzenia wsparte dźwiękami… Choć czasami bywa też tak, że nawet nie muszę włączać tej muzyki. Zarówno ona, jak i moje marzenia są bowiem tak silne, że wystarczy mi tylko o niej (lub o nich) pomyśleć, a już przenoszę się myślami do Nowego Jorku…

Praca domowa

Podobno zadawanie dzieciom w szkołach prac domowych jest sprzeczne z prawem, więc moje zadanie jest „dla chętnych”:

W jaki sposób wam muzyka pomaga marzyć? Gdzie was wtedy przenosi?

Odpowiedzi w formie pisemnej umieszczajcie w komentarzach pod artykułem.

A ja, jak wrócę z Nowego Jorku, to je przeczytam i na nie odpowiem…

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Lounge – mój prywatny teleport do Nowego Jorku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s