poSZTUKOwany gotuje – potrawka z ludziny, czyli „Synowie ludożerców” – cytaty wybrane

Odkąd pamiętam, książka ta – „Synowie ludożerców” Janusza Wolniewicza – zawsze stała w domu rodzinnym na półce gdzieś pośród innych. Z raz czy dwa po nią sięgnąłem, ale jedynie po to, by obejrzeć zawarte w niej zdjęcia. Nigdy jednak nie zabierałem się za jej czytanie.

Aż do pewnego momentu: jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Jaki, jeszcze wam powiedzieć dokładnie nie mogę. Żeby ktoś z was go sobie ode mnie „nie pożyczył”…

Aby ten pomysł zrealizować, konieczne było doedukowanie się w temacie kanibalizmu… I „Synowie ludożerców” okazali się do tego celu idealni.

O autorze

Janusz Wolniewicz

Janusz Wolniewicz (1929 – 2006) był polskim pisarzem, dziennikarzem, publicystą i podróżnikiem. Napisał ponad 20 książek podróżniczych i wiele artykułów. Za swoją działalność literacką i publicystyczną otrzymał Nagrodę Marynarzy i Portowców, Nagrodę Klubu Zagadnień Polonijnych MSZ, Nagrodę Stowarzyszenia Marynistów Polskich im. J. Conrada oraz Srebrny Globus od redakcji Widnokręgów.

Przeczytałem tylko jedną jego książkę – właśnie „Synów ludożerców”. Ale jeśli wszystkie są napisane w taki właśnie sposób i w takim stylu, to chętnie pochłonę je wszystkie…

Mogłoby się bowiem wydawać, że dla takiej jak ja osoby niezbyt zainteresowanej książkami opisującymi podróże, lektura ta wyda się nad wyraz nudna. Nie żebym nie lubił podróżować i/lub poznawać świata. Nie, po prostu wolę sam ruszyć moje zacne literki i pozwiedzać, niż czytać czyjeś historie.

W wypadku tej książki prawda okazała się zupełnie inna: od pierwszej do ostatniej strony nie nudziłem się ani przez chwilę. Dlaczego? Niech przekonają was o tym wybrane cytaty.

Wszystkie pochodzą z tej właśnie jednej książki – „Synowie ludożerców” – wydanej przez Państwowe Wydawnictwo „Iskry” w Warszawie w roku 1971.

Jeśli chcecie sprawdzić, przed cytatem podaję nazwę tytułu/podtytułu i numer strony (wg mojego egzemplarza). No i pamiętajcie, że od wyprawy Wolniewicza (i towarzyszącego mu kamerzysty Stanisława Szwarc-Bronikowskiego) na Papuę-Nową Gwineę i wydania książki minęło ponad 45 lat…

Cytaty:

Pasztet a la carte, ss. 8, 9:

Krajowiec

Jednym słowem, jest to zakątek naszego globu całkowicie ignorowany przez upływający czas. Autentyczna Kraina Dnia Przedwczorajszego. No, bo jakże można nazwać dzisiaj wyspę, gdzie kamienne siekiery są ciągle w użyciu, gdzie ludzie jedzą zmarłych rodziców – bo ich kochają, a wysysają mózgi zabitych nieprzyjaciół – bo ich nienawidzą? Gdzie żyją dwumetrowi brodacze, strojni w pióra rajskich ptaków, oraz pigmeje z plemienia Kukukuku, którzy wędzą swoich nieboszczyków. Jak określić wreszcie krainę, gdzie kobiety karmią piersią prosiaki, a mężczyźni noszą bambusowe futerały na fallusach? Jak wreszcie nazwać kraj, gdzie z chybotliwego czółna łowi się krokodyle, a obiegową walutę ciągle stanowią muszle i świnie?

Pierwsze kroki, s. 13:

Pierwszą czynnością, jakiej dokonałem w hotelowym pokoju, było podarcie na strzępy koszuli non-iron, którą tego dnia przez zapomnienie przywdziałem na siebie w Brisbane. Duszny upał sprawiał, że od chwili przylotu na lotnisko czułem się w niej niby krzyżaccy rycerze w rozgrzanych zbrojach na błoniach Grunwaldu.

Kolacja z przystawkami, ss. 26, 27:

Podano właśnie kawę, kiedy Gus zapytał smutno:
– Więc ty piszesz książki, Jan?
– Żadna praca nie hańbi…
Gus posmutniał jeszcze bardziej:
– Był tu taki jeden, też pisał…
– No i…?
– Już nie pisze, dawno… Zginął bez śladu w rejonie rzeki Lakekamu. Prawdopodobnie został odgłowiony…
Ta, cokolwiek szokująca, informacja miała stanowić, zdaniem Gusa, rozweselający wstęp do opowieści o nielicznych ludziach pióra, którzy odwiedzili w przeszłości Terytorium. Jednym z nich był Niemiec, Otto von Ehlers. (…) Jego zamierzeniem było przejście w poprzek Wyspy zupełnie dziewiczym szlakiem. Niemieccy koloniści ostrzegali go przed podjęciem tak niebezpiecznej wyprawy, a kiedy, mimo wszystko, pisarz zdecydował się na wyprawę, przydzielony mu z urzędu policjant nie trzeźwiał z rozpaczy aż do dnia wyruszenia w dżunglę.

Baimuru, ss. 43, 44:

Gospodarz, życząc nam dobrej nocy, wspomniał coś o żabim koncercie utrudniającym sen, ale „któż by tam martwił się o żabi koncercik” – myślałem pogodnie, wspominając pikniki i kumkanie mazowieckich żab. (…) przerażający odgłos kazał mi zerwać się na równe nogi.
– Nosorożec? Przecież tu ich nie ma. Więc co?
Były to… żabki, o których wspomniał gospodarz. Bestie musiały mieć gardziele o rezonansie dwóch fortepianów Bechsteina. Słyszałem jednocześnie coś pośredniego między rykiem morsa, chrząkaniem rozdrażnionej świni i gulgotaniem indyka. Co gorsza, te rozkoszne dźwięki dochodziły wyraźnie tuż spod mojego okna. Gospodarz miał rację. Tutejsze żaby-potwory łaziły po drzewach i ścianach domostw jak małpy.

Magnetofon sing-sing, s. 53:

Rano przy wdzierającym się do wnętrza „długiego domu” świetle mogliśmy stwierdzić, że wszystkich czaszek w chacie jest około trzydziestu, a każda z nich była inaczej spreparowana. (…)
– Cóż chcecie – perorował Gus – my biali kolekcjonujemy zdjęcia swoich krewnych w rodzinnych albumach, a ci tutaj kolekcjonują czaszki co wybitniejszych krewniaków. Z pewnością są to nawet trwalsze pamiątki.
– Tak, masz rację, różnica niewielka. My robimy zdjęcia za pomocą aparatów fotograficznych, oni zaś za pomocą noża albo siekiery.

Magnetofon sing-sing, s. 55:

Ostatnią niespodziankę tego dnia zgotowało nam małe Papuasiątko z wydętą brzuszyną, które rezolutnie wystąpiło nagle z koleżeńskich szeregów i zażądało stanowczo wskazując palcem futerał na moim ramieniu:
– Masta, magnetofon sing-sing!
Ze zdumieniem popatrzyliśmy po sobie. Malec wyraźnie powiedział >>magnetofon<<. A więc musiał podsłuchać naszą rozmowę, prawidłowo skojarzyć w kędzierzawej łepetynie słowo z przedmiotem i oto polsko-greckie słowo zyskało obywatelstwo w tej zapadłej papuaskiej wsi.

Trzydzieści mil, ss. 79, 80:

Lasaro był jednak wirtuozem kierownicy. Na maleńkich odcinkach względnie dobrej drogi „szalał” rozwijając szybkość ponad 20 km na godzinę, na gorszych zaś dusił z silnika wszystkie moce. „Najzabawniejsza” była jego technika brania niektórych zakrętów. Były one tak ciasne, że za jednym zamachem nie dały się pokonać. Lasaro więc cofał wóz, raz, dwa lub więcej, trzymając tylne koła o włos od przepaści, aby zmieścić się wreszcie na wąskiej drodze.

Trzydzieści mil, ss. 78, 80:

– Dam wam swój „Landrover” i policjanta. Zaryzykujecie?
– A daleko do tego Guari? – pytam przezornie.
– Około 30 mil.
– Eh, to w razie czego nawet pieszo… Jedziemy!
Nie wiedziałem wówczas jeszcze nic o papuaskich milach. (…)
Mniej więcej po godzinie jazdy zapytałem Lasaro, ile jeszcze drogi przed nami. Powiedział, że jeżeli nie będziemy stawać, aby masta Stak kisim pikczer (mój przyjaciel filmował bowiem zawzięcie), to za osiem godzin powinniśmy dojechać na miejsce. Zaczynałem powoli rozumieć, co oznacza w Papui odległość 30 mil.

Trzydzieści mil, s. 81:

Krajowiec

Kolejne spotkania z ludźmi wędrującymi skrajem drogi pozwalały nam obserwować bransolety, naszyjniki ze świńskich kłów oraz wspaniałe kwiaty wpięte we włosy wyłącznie… męskie. Dziewczęta też były przyozdobione, lecz chłopcy i mężczyźni zawsze byli strojniejsi. Najnędzniej prezentowały się mężatki – zaniedbane, zamiast ozdób nosiły na głowach najczęściej ciężkie siatki wypełnione słodkimi kartoflami.

Wioska w górach, s. 85:

Palce

Przechadzając się po wiosce stwierdzam w pewnej chwili, że wiele kobiet, zwłaszcza starszych, nie ma wszystkich palców u rąk. Lasaro spieszy z wyjaśnieniami:
– Jeśli dziecko umiera, matka na znak żałoby obcina sobie palec. Tutejszy luluai pewnie już na to nie pozwala, ale kiedyś palce te były noszone na szyi. Ci ludzie należą do szczepu Goilala.
Lasaro rad, że może błysnąć erudycją, kontynuuje swoje informacje:
– Żony tutejszych górali w razie śmierci męża mają obowiązek zakopać go w ziemi, usmarować twarz mułem i nie wychodzić przez miesiąc lub dłużej z chaty, zależnie od tego jak długo trwało małżeństwo i od ilości dzieci. A potem…
– Co potem? – pytam przerażony i czuję, jak mi cierpnie skóra na grzbiecie.
– …Potem żona odkopuje trupa męża, myje go w rzece i niektóre kości zawiesza sobie na ciele, czaszkę zaś nosi ze sobą w plecionej siatce bilum…
Częstuję Lasaro papierosem, żeby schwytać trochę oddechu i mimo woli wyobrażam sobie znajome warszawskie wdowy w żałobie kobiet Goilala.

Ludożercy z lotu ptaka, ss. 101-104:

Notowano skrzętnie wypadki ludożerstwa, o których wieść dotarła do tzw. cywilizowanego świata. Przy tej okazji okazało się, że przejawy te są nader różnorodne, a sposoby przyrządzania ludzkiego mięsa oraz lista dań z niego mogłaby być znacznie dłuższa niż menu w najlepszej paryskiej restauracji. W samej Nowej Gwinei, ze względu na obfitość plemion, szczepów, grup i grupek etnicznych, pomysłowość ludożerców może zaimponować, a samo przygotowywanie „surowca” wywołać koszmarne sny.
(Czytelników obdarzonych wrażliwością, a także wyobraźnią, uprasza się w tym miejscu o przerwanie lektury…)

* No i tu następuje w książce liczący trzy strony opis. Z troski o was, wasze zdrowie psychiczne i żołądki pozwolę go sobie tutaj nie zamieszczać. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Var-sha-va, ss. 130-132:

Pchnąłem niklowe drzwi banku i byłbym cofnął się, gdyby nie Stach. W pomieszczeniu zobaczyłem trzy zatknięte za pas siekiery. Ich uzupełnienie stanowiła trójka brodatych drabów. Każdy z nich miał co najmniej 180 cm wzrostu. Ubrani byli przedziwnie. Wszyscy trzej mieli na gołym ciele czarne, szerokie na dwie dłonie pasy. Podobne noszą u nas żużlowcy na zawodach. (…)
Za takimi to trzema pięknisiami pokornie ustawiłem się w kolejce do okienka pilnie uważając, co będzie się dziać dalej. (…)
Urzędnik w okienku załatwiał ich wszystkich tak, jak u nas załatwia się dokonujących wpłat na książeczkę PKO. Nawet nie spojrzał na swoich klientów.
Jakkolwiek nadeszła moja kolej, nie wytrzymałem. Wybiegłem za ostatnim pięknisiem na ulicę. Warto było. Zdążyłem jeszcze zauważyć, jak mój adonis z pióropuszem odgarnął wdzięcznie liście z pośladków, siadł do… półciężarówki stojącej w pobliżu, zapuścił silnik i odjechał, zręcznie manewrując kierownicą. (…)
Tak, trzydzieści pięć lat, to jednak kupa czasu. Trochę za mało, aby pozbyć się liści z pośladków, ale dostatecznie dużo, aby zrobić prawo jazdy i brać udział w obrocie czekowym. Zaczynało mi się w tym Mount Hagen podobać.

Rzeka ludożerców, s. 156:

Wydobyto także kilka małych figurek (maselais). Wszystkie te rzeźby przedstawiały protektorów szczepu, bożków odpowiedzialnych za zbiory yamu i chroniących zdrowie członków plemienia. Była to więc w komplecie tamtejsza dyrekcja PZU.

Deptacze krokodyli, ss. 172, 173:

Sepik

– Tu, nad Sepikiem, łowy na krokodyle prowadzone są w dość osobliwy sposób… – oficer urwał.
– Prosimy o coś więcej na ten temat.
– Well, występują tu zasadniczo dwa gatunki tych zwierząt. Bliżej ujścia trafiają się krokodyle słonowodne, wyżej – gatunek słodkowodny. W czasie kiedy wody rzeki opadają, a bagna podsychają – słodkowodne krokodyle zagrzebują się grupowo w mule i stają się mniej żywotne. Wtedy właśnie myśliwi oddają się najniebezpieczniejszemu sportowi, jaki znam.
Cała tyraliera krajowców brodzi czasem po szyję w wodzie i wszyscy starają się „wydeptać” krokodyla. Kiedy jeden z nich wyczuje pod stopą gada, zwołuje resztę. Potem ostrożnie stara się odszukać „na macanego” głowę krokodyla. Jeśli to się uda – następuje najtrudniejsza część polowania. Krajowiec nurkuje i wsadza krokodylowi w oczodoły kciuki rąk tak głęboko, jak tylko zdoła. Zaatakowany w ten sposób krokodyl – wiadomo to z doświadczenia – udaje martwego, dopóki czuje na oczach ucisk. Zadaniem reszty myśliwych jest w tym czasie wywindować nad wodę gada razem z myśliwym. Jeśli marudzą zbyt długo i koledze zabraknie powietrza, rzecz kończy się najczęściej tragicznie. Nie ma również ratunku dla tych krajowców, którzy przypadkiem natkną się na słonowodny gatunek krokodyla.
– Jeśli o mnie chodzi, to znam przyjemniejsze rodzaje samobójstwa – powiedziałem po chwili milczenia.

Duchy z Matupit, ss. 210-213:

Wulkan Matupit

Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą być w Rabaulu i nie wpaść na chwilę do… wulkanu. To uchybienie porównać by można tylko z odwiedzeniem warszawskiej Starówki bez szklaneczki wina u Fukiera. Skoro jednak już wulkan – to z całej rodzinki otaczającej miasto należało wybrać przedstawiciela najszacowniejszego, tzn. wulkan Matupit. (…)
Wszystko byłoby dobrze, gdybym gdzieś na wysokości może pięciu metrów od dna krateru nie postawił nogi na zupełnie solidnie z pozoru wyglądającym głazie. Głaz najpierw drgnął, a następnie stoczył się na dno krateru. Ponieważ prawa ciążenia, jak się okazało, obowiązują również na Nowej Gwinei, zmuszony byłem dość raptownie towarzyszyć mu w tej drodze. Przybrałem nawet dość skomplikowaną pozycję, ponieważ chciałem ochronić przed strzaskaniem kamerę, którą trzymałem w ręku. Aparat udało mi się uratować, ale lądowanie miałem dość twarde.
Stach, jak to zwykle bywa w takich okazjach, kwiknął najpierw radośnie, a potem zaczął mnie obłudnie pocieszać, że jako pierwszy przelałem polską krew w kraterze Matupit. „Krew łamagi” myślałem z wściekłością, bo dotychczas wyłącznie Stachowi zdarzały się drobne nieszczęścia, jak np. urwanie zelówki, podbicie oka w samochodzie oraz inne ucieszne wypadki.

Dziki nie jest dziki…, s. 251:

Każdy naród ma podobno taką historię, jakich ma historyków, każda podróż wygląda tak, jak zapisał ją kronikarz. A biali podróżnicy od wieków spotykali wyłącznie „odrażających, dzikich ludzi”, których – po prostu nie rozumieli lub których – przeświadczeni o swojej wyższości – rozumieć nie chcieli. Podbój nowych ziem, wyzysk kolorowych ludów biali zdobywcy traktowali jako przyrodzone im prawo. Własne okrucieństwa, żądzę zysku, grabieże i chęć ujarzmienia ludów kolorowych uznawali za rzecz normalną, natomiast jakiekolwiek odruchy obrony, próby przeciwstawienia się ujarzmieniu nieuchronnie klasyfikowali jako „barbarzyństwo i dzikość”. A jakiż poziom moralny, intelektualny reprezentowali, z nielicznymi wyjątkami, biali odkrywcy? Wielu z nich, zanim dostąpiło zaszczytów, trudniło się zwykłym rozbojem morskim, a wiedza ich ograniczała się do znajomości zasad najprostszej zaledwie nawigacji. Tacy ludzie, pozbawieni najczęściej elementarnego zainteresowania sprawami, nazwijmy je socjologicznymi, kulturowymi – przylepiali zwykle etykietkę dzikusów ludziom stojącym od nich często na wyższym pod wielu względami poziomie, z wyjątkiem umiejętności posługiwania się palną bronią.

Było tego więcej…

Tego typu opisów, anegdot, żartów i historii było znacznie więcej, ale wypisanie ich w tym artykule byłoby bezsensowne: musiałbym bowiem przepisać całą książkę…

Mam jednak nadzieję, że już tych kilka cytatów wystarczyło, aby zachęcić was do zapoznania się z lekturą opisującą pasjonującą wyprawę Wolniewicza i Szwarc-Bronikowskiego na Papuę-Nową Gwineę.

Aha, jeśli będziecie czytać w całości opis przyrządzania ludzkiego mięsa przez tamtejsze ludy, to nie róbcie tego przed obiadem…

Smacznego niedzielnego rosołku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s