Miesiąc: Wrzesień 2016

pierwsza rocznica

Pierwsza rocznica, czyli kilka powodów, dla których warto pisać

Ostatnio trochę się zakręciłem i rozleniwiłem… Nie, nie jestem z tego powodu dumny. Zatrzymała się realizacja przynajmniej dwóch interesujących, perspektywicznych projektów… A w blogowej chronologii powstała też półtoramiesięczna wyrwa.

No i odnośnie bloga: stała się rzecz straszna, a mianowicie przegapiłem pierwszą rocznicę jego powstania! 28 sierpnia 2015 roku pojawił się bowiem na nim mój pierwszy artykuł – Welcome To My World. A dzisiaj mamy już 2 września 2016…

No trudno. Stało się. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, tzn. przegapionym świętem, chcę się skupić na korzyściach, jakie w ciągu tego roku stały się moim udziałem dzięki pisaniu.

Bartuś, przyjacielu, czytaj uważnie. Pamiętasz, jak jakiś czas temu zadałeś mi pytanie, co ja mam z tego blogowania?

1. Doświadczenie

To chyba najbardziej oczywista korzyść. Chociaż w ciągu tych 365 dni powstało tylko 30 artykułów (2,5 na miesiąc. Średnia miała wynosić 4… A 31 tekst opublikowałem już po rocznicy), to i tak zdecydowanie poprawiły się moje umiejętności pisarskie. Takiego artykułu, jak ten któryś z pierwszych, na pewno bym już dzisiaj nie napisał. Poza tym odnosząc się do pisarskiego skilla:

2. Nowa praca

Gdy zaczynałem tworzyć poSZTUKOwanego, robiłem w fabryce (jedną rzecz tu wtrącę poza tematem, żeby nie wyszło, że narzekam: sporo się wtedy nauczyłem, np. odporności na stres, gdy czas pomyka, a rzeczy do zrobienia przybywa).

Od prawie pięciu miesięcy pracuję: biurko, komputer, kawka, świetna atmosfera i „witaminki E”, którymi w postaci chipsów raczy nas Damian (dzisiaj – zamiast chrupek – były ciastka kokosanki). Wiem, że w osiągnięciu tego pomogło mi na pewno doświadczenie (patrz punkt wyżej) zdobyte w pisaniu (oprócz tworzenia bloga i jeżdżenia „rydwanem” w fabryce, dorabiałem bowiem też trochę jako copywriter). Nie mogę również nie wspomnieć tu oczywiście o znajomości HTML-a i CSS-a, które także w obecnej pracy są mi niezbędne (za nie dzięki składam Piotrkowi K. i pr0d1r2’owi).

A rozmowa kwalifikacyjna do tej pracy? Najlepsza, na jakiejkolwiek byłem.

(I słówko wyjaśnienia, żeby nikt się nie poczuł urażony: dla mnie „robota” to coś, gdzie chodzi się bez przyjemności, raczej z przymusu. Natomiast „praca” jest czymś, co wykonuje się z chęcią i gdzie idzie się z radością. Tak więc ktoś może czuć zupełnie odwrotnie niż ja: siedzenie osiem godzin za biurkiem będzie dla niego karą, a bieganie po hali czymś idealnym).

praca za biurkiem

to nie jestem ja, chociaż też pracuję przed komputerem i mam wąsy

3. Kontakty w radio

Pierwszą osobą, która zaczęła obserwować mojego bloga i śledzić w ten sposób moje pisanie, jest Ola pracująca w radiowej Trójce. Tak więc dzięki blogowaniu mam teraz znajomą na Myśliwieckiej w Warszawie i artykuł o przekleństwach w muzyce (bez pomocy Oli by nie powstał). Dzięki wielkie!

4. Skupienie na sobie wzroku mistrza

Pamiętacie mój artykuł o Ambiancé – powstającym najdłuższym filmie wszechczasów, reżyserowanym przez szwedzkiego artystę, Andersa Weberga? Za tekst ten w komentarzu pod nim podziękował mi sam reżyser, właśnie Weberg. Z głową w chmurach chodziłem przez kilka dni!

Tak na szybko

Te cztery rzeczy to coś, co tak na szybko przychodzi mi do głowy w temacie korzyści odniesionych z blogowania.

O czym warto jeszcze wspomnieć?

Swoimi tekstami w pewnych środowiskach wzbudziłem całkiem sporo kontrowersji. Np. artykułem o Kurcie Cobainie i o tym, czego możemy się od niego nauczyć. Polecam. Według mnie daje do myślenia.

Czytaliście książkę „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga? Mojemu Idealnemu Czytelnikowi – mojej żonie Marcie – nie podoba się tylko jeden z do tej pory napisanych przeze mnie artykułów: ten o Lanie del Rey. Polecam. Mnie się podoba.

I jeszcze o prędkości: niektóre teksty napisałem szybko. Na przykład relacja z koncertu Kabanosa powstała w 2 i pół godziny. Nad innymi posiedziałem dłużej: wspomniany już tekst o przekleństwach w piosenkach kształtował się przez 6 miesięcy…

czas pisania

pisanie najczęściej zabiera jednak sporo czasu…

Perspektywy

Przewidywania na przyszłość? Muszę wprowadzić w życie rady Kinga ze wspomnianej wyżej książki, przeczytanej (na czytniku) na gdańskiej plaży podczas ostatnich wakacji: pisać, pisać, pisać. Codziennie. I czytać, czytać, czytać. Codziennie. A wtedy – gorąco w to wierzę – nie będzie już na moim blogu tak długich odstępów pomiędzy kolejnymi artykułami.

Trzymajcie się, poSZTUKOwany.

Reklamy

Tych 8 dni sierpnia…

Rok ma 12 miesięcy. Ale na moje szczególne uznanie zasługują tylko dwa: maj i sierpień. Wybacz, styczniu, luty, aktualnie trwający wrześniu i wy pozostali.

Maj, bo dni są coraz dłuższe i cieplejsze. Bo wzbudza takie odczucia, jak te opisane w utworze „Ballada majowa” zespołu Stare Dobre Małżeństwo.

A sierpień, na którym w tym artykule chcę się skupić? Koniec żadnego z miesięcy nie wywołuje we mnie tylu emocji, co ostatnie dni tegoż…

W tym momencie przychodzą mi do głowy dwa tego powody. Oto one:

Sierpniowe komety

Nie chodzi mi tylko o perseidy, które regularnie każdego roku pojawiają się na nocnym sierpniowym niebie. Mam na myśli ten niezwykły utwór, którego każde przesłuchanie wywołuje we mnie ten specyficzny rodzaj dreszczy:

Ech:

Spotkajmy się pod koniec sierpnia
Mam Ci tyle do powiedzenia
Prawie wcale Cię nie znam
To nie powinno mieć znaczenia

Koniec sierpnia to dla mnie jego ostatnich osiem dni: począwszy od 24-ego, na 31-szym kończąc. W czasie słuchania tego utworu Komet (drugiego wcielenia zespołu Partia) w tych właśnie konkretnych dniach, ogarnia mnie niesamowita nostalgia. Czuję, że ten kawałek symbolicznie kończy lato i wakacje. Zapowiada koniec niedługich już, lecz ciągle jeszcze ciepłych dni. Zwiastuje początek chłodnej, deszczowej jesieni.

I kojarzy mi się z jakąś tajemniczą dziewczyną, której – tak jak w utworze – ‚prawie wcale nie znam’…

Resztę odczuć zostawiam już dla siebie.

Jedno wyraźne wspomnienie

I – jak wspominam na początku artykułu – jest jeszcze drugi powód, dla którego sierpień traktuję tak wyjątkowo. Wyraziłem go słowami już parę lat temu. Tutaj przytaczam je wszystkie, nic w nich nie zmieniam. Pozwalam sobie tylko wprowadzić akapity, by łatwiej się czytało.

Nisko na niebie płonęły czerwienią ostatnie okruchy słońca. Zachód… Żółty, pomarańczowy, czerwony. Kontrast z ciemno-niebieskim już niebem…

Obstawiam, że było już po godzinie dwudziestej pierwszej. Która dokłanie? Nie wiem. Nie miałem wtedy zegarka. Albo wcale, albo akurat na ręce. I przecież ponoć szczęśliwi czasu nie liczą…

Zresztą, Boże!, jakie znaczenie ma świat, gdy ma się za sobą dopiero kilka lat!!! Nie wie się, czym są wojny. Czym gospodarka. Czym huragany i trzęsienia ziemi. Brzuszek jest pełny. Grzbiet ubrany. Czego więcej chcieć…

Jestem na podwórku. Lecz nie sam. Są tam chyba jeszcze dwie osoby. Jedną z nich jest najprawdopodobniej tata. Drugą dziadek? Nie, chyba nie… To już nie wiem…

Jestem na rowerze. Siedzę na siodełku, stopy stoją na ziemi. Nie jadę. Stoję. Patrzę. Na zachód. Rozmawiamy. Mając kilka lat nie tylko wojny nie mają znaczenia. Znaczenia nie ma też to, że rower jest różowy, jest to „damka” i ma bagażnik z tyłu. Za parę lat byłoby to dla większego już dzieciaka sporą traumą wyjechać takim rowerem pośród inne dzieci. Ale teraz… Jakie to ma znaczenie…

Ubrany jestem w białą podkoszulkę bez rękawów i krótkie spodenki. Nic dziwnego, jest przecież lato. Robi się jednak chłodniej. Przecież wieczór już… I to już koniec sierpnia… Nie martwię się zbliżającą szkołą. Jeszcze do niej nie chodzę.

W sumie nic więcej już nie pamiętam…