Miesiąc: Listopad 2016

The Cure w Atlas Arenie

Zestarzałem się szybciej niż The Cure…

Dzień, w którym osiągnę wiek będący jednym z warunków niezbędnych do starania się o członkostwo w słynnym Klubie 27, zrzeszającym wiele sławnych osobistości, jeszcze półtora miesiąca przede mną. Ale i tak od 20 października czułem się wyjątkowo staro…

(Uwaga: artykuł pisany tak, jakby wciąż był czwartek, 20 października 2016).

Kjurzy…

Wesoły autobus

Świadomie rezygnując z przywilejów, jakie daje bycie pasażerem, zasiadam za sterami wesołego autobusu, by pomimo deszczowej pogody poprowadzić pozytywnie nastawioną, pięcioosobową gromadkę asfaltową szosą wprost do Łodzi. Okazja całkiem zacna: pierwszy od ośmiu lat koncert zespołu The Cure w Polsce. Bilety na to wydarzenie posiadamy już od roku… Oprócz kumpla, który na co dzień para się filmowaniem. Ten swoją przepustkę kupuje spontanicznie w dniu imprezy…

Pozostawiamy pojazd na stacji Lukoil (miejsce przy krawężniku, Al. Adama Mickiewicza 2, Łódź – gorąco polecam) i udajemy się w pieszą, kilometrową wędrówkę do Atlas Areny. Mijając przedsiębiorczych koników machających tekturkami z napisem „Sprzedam bilet” oraz zdesperowanych fanów machających tekturkami z napisem „Kupię bilet”, docieramy do celu.

Niczym do Koloseum, wkraczamy na arenę, tzn. do Areny. I tak jak gladiatorzy dumnie wymachujący mieczami, tak my z biletami w dłoniach udajemy się w poszukiwaniu szatni, w której byłyby jeszcze jakieś wolne miejsca na nasz chroniący przed zimnem i deszczem przyodziewek. Znajdujemy takowe i pozostawiamy obciążające nas puchowe zbroje, oczywiście płacąc haracz w wysokości 2 polskich złotych od łebka. Eee, chciałem napisać: uiszczając stosowną opłatę…

Schodzimy na dół, na płytę. Wysłuchujemy tego, co ma do zaproponowania support. Oczywiście nie w całości, bo się na niego najzwyczajniej w świecie spóźniamy. Wiadomo: podróż niemalże prosto z pracy, trudne warunki na drodze, standardowo zakorkowana Łódź itd.

WC

Chwilę przed 20:30 – planowaną godziną rozpoczęcia najważniejszego występu, jaki tego wieczora (wieczoru?) odbywa się w Polsce – czujemy wołanie natury. Tatusia oszukasz, mamusię oszukasz, kolegów oszukasz, ale życia nie oszukasz… I z powrotem po schodach na górę, by oddać się poszukiwaniu stosownego miejsca. Ha, jest! Trzeba jeszcze tylko zejść innymi schodami na dół i grzecznie odstać swoje w kolejce. Ale udaje się: ważący parę litrów mniej odnotowujemy powrót na płytę jeszcze przed wydobyciem się z głośników pierwszych dźwięków utworów. W przeciwieństwie do widowni, która już wydaje okrzyki uwielbienia, chociaż scena jeszcze spowita mrokiem…

Zaczyna się…

Kilkakrotnie zmieniamy miejsce: a to dźwięk nie jest idealny, a to gorąco, a to nie widać… Wreszcie znajdujemy swój kawałek podłogi i już na spokojnie pogrążamy się w muzycznym transie.

Dziadzieję?

Sam koncert i moje wrażenia z nim związane są godne osobnego artykułu (ale czy takowy powstanie, nie obiecuję). Przeskoczmy więc w czasie do momentu, w którym zaczynam odczuwać gwałtowne posunięcie się w latach…

Oto bowiem na scenie gra zespół The Cure (powstały w roku 1976 w brytyjskim Crawley. Lider – natapirowany Robert Smith, lat 57 [ur. 21.04.1959] – mógłby być moim ojcem).

Kjurzy, znani z dawania długich koncertów, i tym razem nie zawodzą: grają, grają i grają. 2 godziny i 40 minut… Przy „standardowym” czasie – półtorej do dwóch godzin – jaki na koncerty przeznaczają najczęściej inne zespoły, prawie trzy godziny tego muzycznego spektaklu wydają się długością wręcz kosmiczną. A chłopaki ciągle dają radę…

A na widowni jest Bartosz aka poSZTUKOwany (powstały [choć odpowiedniejsze byłoby słowo „urodzony”] 14 lat później niż zespół i 31 lat później niż Smith). I nie może już wytrzymać. Ok, The Cure nie są moim ulubionym zespołem. Wielu ich piosenek nie znam. Do tego dochodzi jakieś całodniowe zmęczenie. No i zaczynam już stąpać z jednej owłosionej nóżki na drugą równie owłosioną nóżkę.

Ale litości… W tym wieku nudzić się już koncertem? Naprawdę dziadzieję?

Cure znaczy „lekarstwo, kuracja, uzdrowienie”

(Wróćmy już do właściwego czasu, tj. 23 listopada 2016 – to właśnie dzisiaj piszę ten tekst).

Na szczęście Robert Smith i spółka ostatecznie okazali się dla mnie – zgodnie z nazwą swojego zespołu – skutecznym lekarstwem. Oni plus pewna osoba (tak: to Ty, mój kumplu wstający codziennie o zabójczej dla 99,99% ludzi godzinie), dali mi skutecznego kopa w tyłek i zmotywowali do działania.

Minął miesiąc, zdziadzienie minęło. I oby już nigdy się nie pojawiło. Będę się o to starał ze wszystkich sił.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Travelbay. Wykonał je podczas koncertu zespołu The Cure w łódzkiej Atlas Arenie 20 października 2016. Umieścił je w darmowych zasobach Wikipedii, skąd je pobrałem.

Moje zdziadzienie spowodowało, że nie zrobiłem nawet jednego zdjęcia…

***

I jeszcze jedno: nie mam najmniejszego zamiaru wstępować do Klubu 27 (chociaż towarzystwo miałbym tam wyborne: Kurt, Amy, Jim, Janis, Jimi…). To wyjaśnienie na wypadek, gdyby ktoś opacznie zinterpretował wstęp do tego artykułu.

Reklamy
akadaka

„We don’t speak very good spanish, but we speak rock & roll pretty good! Let’s go!!!”

Pierwotnie artykuł ten miał nosić tytuł „Legendy też się kończą…”. Ale co tam! Do życia trzeba być nastawionym pozytywnie!

„¡Hola, Buenos Aires!”, czyli Argentyna rażona prądem

Ciągle patrzę na nich przez pryzmat trzech koncertów, jakie w roku 2009 – w ramach „Black Ice World Tour” – dali na stadionie w Buenos Aires w Argentynie. Występy te – oglądane na żywo przez łącznie ponad 200 tysięcy fanów – wydane zostały później jako jeden film „Live At River Plate” na DVD oraz Blu-Ray.

Ech, do dzisiaj pamiętam, gdy razem z kumplem oglądaliśmy u niego ten koncert (w formacie Blu-Ray), popijając sobie whisky…

AC/DC – bo to o nich przecież mowa – rozgrzewają tłumy pierwszym utworem: „Rock & Roll Train” (ach, ta potężna lokomotywa pojawiająca się na scenie…). Po nim wokalista – Brian Johnson – wita się z publicznością po hiszpańsku. A potem rzuca zdanie stanowiące tytuł tego artykułu. I zaczyna się rockowe show, bo w tym AC/DC są naprawdę dobrzy…

AC/DC

Dom starców? Nie pod tym adresem (przynajmniej wtedy…)

W roku 2009 członkowie zespołu mieli odpowiednio:

  • Brian Johnson – wokalista: 62 lata
  • Angus Young – gitarzysta prowadzący: 54 lata
  • Malcolm Young – gitarzysta rytmiczny: 56 lat
  • Cliff Williams – gitarzysta basowy: 60 lat
  • Phil Rudd – perkusista: 55 lat

Patrzenie na gości mających po mniej więcej 60 lat i ruszających się po scenie żwawiej niż niejeden nastolatek stanowi doświadczenie bezcenne i skłaniające do refleksji: ja, mogąc być (pod względem wieku) ich synem albo i nawet wnukiem, chyba nie dałbym rady tak szaleć. Chociaż (oj, będzie to zgryźliwe) gdybym miał zarobić na tym tyle, co oni (cała ta trasa powiększyła konto AC/DC o jakieś 450 milionów dolarów)…

Ale nie patrzmy przez pryzmat pieniędzy. Spójrzmy z perspektywy wirtuozerii i zabawy. Muzyka AC/DC klasyfikowana jest najczęściej jako hard rock, tymczasem sami muzycy mówią, że grają rock & roll. I swoją radością, optymizmem oraz żywiołowością naprawdę zarażają fanów. To genialny i cudowny widok: kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących rytmicznie do granych przez nich utworów…

Wspomnienie tego koncertu jakiś czas temu skłaniało mnie do napisania tekstu o – może nie nieśmiertelności – ale bardziej o zadziwiającej (choć i pozornej) odporności rockmanów na ich styl życia, zamykający się często w tym krótkim sformułowaniu: sex, drugs and rock & roll.

Ostatecznie nie napisałem tego tekstu. I może dobrze. Bo spojrzenie z obecnej perspektywy skłania do zupełnie innych refleksji.

AC/DC

Oddajmy sprawiedliwość rzeczywistości

Od tamtego wydarzenia – koncertu (albo poprawniej byłoby napisać: koncertów) – minęło już 7 lat. Co – oprócz wieku – się zmieniło?

No niby AC/DC wciąż grają. Ale skład jest już trochę inny…

Angus Young – założyciel, ostoja, mózg i prawa ręka zespołu – przeszedł już na muzyczną emeryturę. Udar mózgu doprowadził bowiem do demencji. Nie było więc innego wyjścia, jak w roku 2014 zawiesić gitarę na kołku.

Phil Rudd. Jemu zdrowie dopisuje aż za bardzo: posiadanie narkotyków i grożenie śmiercią jednemu z byłych współpracowników przełożyło się na osiem miesięcy aresztu domowego. O nieudowodnionym zleceniu zrobienia poważnej krzywdy skracającej żywot (na tym łez padole) dwóm osobom nie ma co nawet wspominać…

Brian Johnson. Przypadek to ciekawy, bowiem lekarze… zabronili mu dawać koncerty. Powód? Żeby do reszty nie stracił słuchu…

Akadaka po nowemu, czyli „umarł król, niech żyje król”…

  • Briana Johnsona w szeregach AC/DC zastąpił (gościnnie?) Axl Rose z Guns N’ Roses;
  • Phila Rudda zmienił Chris Slade (znany m.in. z zespołu Uriah Heep i gry w AC/DC w latach 1989 – 1994);
  • zamiast Malcolma Younga na scenie pojawia się jego raptem trzy lata młodszy bratanek – Stevie Young;
  • no i Cliff Williams – we wrześniu 2016 roku (po 39 latach gry w AC/DC) opuścił szeregi zespołu…

Ech, jak się muszą czuć „odwieczni” fani, gdy na scenie z „oryginalnego” składu widzą już tylko Angusa „Duckwalk” Younga…

Życie…

Krótko mówiąc: rockowe dinozaury też mają swoje problemy. Chociaż na scenie świetnie się bawią, poza nią świat nie jest już taki kolorowy. I chociaż może przez pewien czas dają radę znieść hulaszczy tryb życia, to jednak w pewnym momencie dopadają ich „zwykłe” choroby oraz skutki takiego funkcjonowania.

Muzyczni „bogowie” okazują się zwykłymi ludźmi…

I pozytywne nastawienie (o którym wspominałem na początku artykułu) jest już pozytywne mniej.