Miesiąc: Grudzień 2016

Bohdan Smoleń

9.06.1947 – 15.12.2016

Bardzo brzydko się kończysz, roku 2016…

Reklamy
Flaga Indii

Lion. Droga do domu – okiem poSZTUKOwanego

Wasz ulubiony wujek – wujek poSZTUKOwany – dobrze wam radzi: wybierzcie się do kina. „A na co iść mamy?” zapytacie. Ano na film „Lion. Droga do domu”.

W skrócie

„Lion. Droga do domu” to australijsko-amerykańsko-brytyjska produkcja z roku 2016. Oparty na prawdziwej historii dramat reżyserowany przez Gartha Davisa. Jeden z najlepszych filmów (o ile nie najlepszy), jakie ostatnio obejrzałem.

Ten trwający 2 godziny i 9 minut film podzielony jest na dwie główne części. W pierwszej dowiadujemy się, w jaki sposób zgubił się pięcioletni Saroo – główny bohater – i obserwujemy jego walkę o przetrwanie na ulicach kompletnie mu obcej Kalkuty. W drugiej – dziejącej się 20 lat później – widzimy go już jako dorosłego człowieka poszukującego swej rodzinnej wioski i matki, do której wciąż wraca myślami.

Tytuł

Zacznę trochę przewrotnie: wiecie, dlaczego w tytule filmu występuje słowo „Lion”? „Bo tak się tłumaczy imię głównego bohatera?” odpowiecie? Nie!

Ale spokojnie, wszystko zostaje wyjaśnione. W stosownym czasie, czyli oczywiście już w napisach końcowych filmu…

Nie zdradzę wam tajemnicy, więc jeśli chcecie ją rozwikłać, to wybierzcie się do kina.

Tymczasem prezentuję wam kilka szczegółów, które szczególnie zwróciły moją uwagę i które moim zdaniem sprawiają, że naprawdę warto obejrzeć to dzieło.

Recenzja

Chcecie się wzruszyć? Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepsze scenariusze pisze życie. Gdyby przedstawiona w filmie historia powstała w głowie scenarzysty, jej siła oddziaływania byłaby zdecydowanie mniejsza: „Ot, wszystko fajnie, ale przecież to tylko fikcja”. Tymczasem świadomość, że te niezwykłe wydarzenia miały miejsce naprawdę (i to parę lat temu), działa na emocje z ogromną siłą. Oto bowiem 25-letni mężczyzna staje przed mapą potężnych Indii, by odnaleźć swoją małą, rodzinną wioskę. Nie mając nawet pojęcia, jak się ona nazywa ani w której części kraju leży…

Nie interesują was cukierkowe, bollywodzkie historie? To świetnie, bo „Lion. Droga do domu” przedstawia rzeczywiste życie nie garstki bogaczy, a setek milionów „zwykłych” obywateli Indii. Obywateli – zwłaszcza kobiet i dzieci. Ich los jest tam naprawdę ciężki: prześladowania, odrzucenie, wykorzystywanie i traktowanie jako istoty gorszego gatunku, których życiem nie przejmuje się prawie nikt. Spanie na dworcach? Głód? To codzienność dla tysięcy hinduskich dzieci…

A kobiety? Dla tych pochodzących z nizin społecznych przyszłość w żaden sposób nie rysuje się w świetlanych barwach. Praca? Ależ oczywiście: na przykład w kamieniołomie, tak jak matka Saroo…

Film porusza, ale też nie emanuje zbędnym okrucieństwem. To, co najgorsze, pozostaje w sferze domysłów (choć i to wystarczy, by porządnie wstrząsnąć): jacyś mężczyźni porywają dzieci z dworca. Po co? Przecież nie po to, by im pomóc…

Do tego dochodzą przejmujące porównania, choć nie na zasadzie skrajności. Nie widzimy nędzy i przepychu, żebraków i bogaczy. Widzimy raczej nędzę i normalność. To porusza zdecydowanie bardziej, bo porównuje z ludźmi takimi, jakimi jesteśmy my sami.

(Uwaga: kolejne dwa akapity zawierają kilka szczegółów z filmu).

Jedna ze scen przedstawia na przykład brudnego i obszarpanego Saroo (to już przecież kilka miesięcy życia na ulicy). Trzyma on w dłoniach starą, zniszczoną łyżkę znalezioną gdzieś w śmieciach i naśladuje ruchy młodego mężczyzny, siedzącego w pobliskiej restauracji i jedzącego zupę. Nie widzimy bogacza degustującego wyszukane potrawy. Widzimy zwykłego człowieka, takiego, z którym sami możemy się identyfikować: ot, młody mężczyzna w białej koszuli jedzący coś, do czego każdy z nas ma codziennie dostęp.

Rozterki. Dorosły Saroo nie jest niezniszczalnym bohaterem odpornym na ciosy, jakie przynosi życie. Ciosy i rozdzierającą świadomość, że bez tego zagubienia się nigdy nie wyrwałby się z nędznego życia w Indiach… Poszukiwanie rodzinnej wioski też nie należy do zajęć, które daje odprężenie… Chociaż sami pewnie nigdy nie byliśmy i nie będziemy w sytuacji takiej, jak on, to mimo wszystko potrafimy się wczuć w jego położenie, emocje i rozterki.

A lubicie inne kultury? Super, bo „Lion…” to nie tylko przedstawienie nędzy i usilnych poszukiwań domu. To także barwne dziedzictwo kulturowe Indii: rytuał pogrzebowy nad rzeką, świątynia hinduistyczna i tamtejsi duchowni, targ z mnogością smakowitego jedzenia i przedmiotów…

Co spodoba(ło) się wam?

Ogólnie rzecz biorąc, nie przepadam za tego typu życiowymi filmami. Ale po przeczytaniu artykułu opisującego prawdziwe wydarzenia stanowiące kanwę tego obrazu poczułem, że muszę go obejrzeć. I dzisiaj potwierdzam, że wybranie się do kina na ten dramat było naprawdę słusznym wyborem.

Zachęcam więc i was. Może spodoba się wam z tych samych powodów, które wymieniłem powyżej? A może znajdziecie w nim jeszcze coś innego?

Mississippi w dymie

Wielka trójka ESKI, czyli dobrobyt w nadmiarze

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeżeli coś jest dobre, to należy to promować. A jeśli jest wybitne, to trzeba robić to ze zdwojoną siłą. Dotyczy to zarówno literatury, muzyki, filmu, jak i innych form sztuki. Chociaż oczywiście trzeba robić to z głową: uważać, aby nie stać się w tym promowaniu nachalnym. Bo przecież „co za dużo, to niezdrowo”.

Organek

Z całą pewnością do rzeczy, które zasługują na jak najszerszą promocję, należy utwór „Mississippi w ogniu” Tomasza Organka. Kawałek ten – pochodzący z jego najnowszej, drugiej w karierze, wydanej 4 listopada 2016, płyty „Czarna Madonna” – bije na głowę wszystko to, czym karmi nas (zwłaszcza ostatnio) świat polskiej muzyki.

Przepis na sukces? Poruszający, logiczny tekst utworu, świetna muzyka i ogrom emocji. Tak, tekst! Ten utwór posiada tekst w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie ma tutaj zbędnych wypełnień typu „la la la”, „na na na”, „łu hu hu” itp. (idiotycznie brzmią, prawda?), którymi raczą nas „artyści” nie bardzo już wiedzący, o czym mają śpiewać. U Organka wszystko jest przemyślane, sensowne i wnosi konkretną wartość.

ESKA

Lubicie słuchać muzyki w czasie pracy? Ja jak najbardziej. Koledzy i koleżanki z mojej pracy również podzielają to zdanie, więc włączenie radia jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie robimy po wejściu do biura. Ostatnimi czasy o ukulturalnianie nas dba internetowe radio ESKA Rock. I to właśnie playlista tej stacji popchnęła mnie do napisania tego tekstu…

Ileż można?!

Lubicie miód? Albo czekoladę? Albo jabłka? Moglibyście jeść je kilogramami? Pewnie tak, ale raczej dość szybko by się wam przejadły i później nie moglibyście na nie nawet spojrzeć.

Podobnie rzecz ma się z muzyką. Nawet jeśli lubi się jakiś utwór, to jego częste słuchanie jest prostą drogą do znudzenia się nim lub nawet znienawidzenia go. Do tego ostatniego stanu jeszcze nie doszedłem (nie doszliśmy), chociaż pewnie niedługo to nastąpi.

Mianowicie: wspomniane internetowe radio dość często serwuje kilka konkretnych piosenek. Przez osiem godzin (czas naszej pracy) każdy z tych utworów – „Mississippi w ogniu” Organka, „Pielgrzym” T.Love’u i „Madryt” Kultu grany jest mniej więcej po trzy razy! (Nawet boję się pomyśleć, ile razy pojawiają się one w eterze w ciągu 24 godzin…).

Rozumiem, że są to nowe utwory, „Mississippi…” jest do tego wręcz świetne, ale czy to już nie przesada? Są przecież jeszcze inne kawałki, warte poświęcenia im tych kilku minut czasu antenowego. A tak – przynajmniej w naszych uszach – promocja staje się antypromocją. I o ile Organka słucha się bardzo dobrze, to T.Love i Kult zaczynają już naprawdę nudzić. „Łu-hu!” dźwięczy w uszach, a „romantyczne tło” męczy już wzrok.

Chyba czas zmienić stację…

Stary rower

Co cię powstrzymuje przed rozpoczęciem…?

Hej, ty! Tak, mówię właśnie do ciebie!

Pamiętasz, że masz/miałeś/miałaś zacząć ćwiczyć? Biegać? Jeździć na rowerze? Zrzucić pięć kilo, żeby zmieścić tyłek w te fajne gatki do pływania? Rozpocząć pisanie książki? Wywołać zdjęcia z ostatniej wycieczki? Kupić przez internet ceramiczny domek zapachowy w kształcie dłoni? Zalegalizować gaśnicę w samochodzie? Zadzwonić do babci ot tak, że niby nie tylko w celach zdobycia funduszy? Zacząć uczyć się hiszpańskiego? Nagrać pierwszy odcinek vloga o motywacji?

Aha, mówisz, że coś cię powstrzymuje/powstrzymało… A co? Źle się czułeś… Nie masz siły po ośmiu godzinach w pracy… Zapomniałeś… Nie chciało ci się… Nie masz motywacji… Zaczniesz od najbliższego poniedziałku, miesiąca, nowego roku… (O kwestii finansowej nawet nie wspominaj. To temat na zupełnie inny artykuł).

Hmm… Szukasz usprawiedliwienia/wytłumaczenia/zrozumienia? Tutaj go nie znajdziesz.

Jeśli masz 4 minuty i 16 sekund wolnego czasu (po prostu wyłącz już tego facebooka), obejrzyj poniższy klip. A potem jeszcze raz odpowiedz mi na pytanie, co cię powstrzymuje/powstrzymało przed rozpoczęciem XXX (wstaw dowolną rzecz).

To mówisz, że co jest tą przeszkodą nie do pokonania? Powtórz, bo nie usłyszałem.