Alkohol

Tak, tak, dobry alkohol też jest sztuką.

Dave Gahan

Cisza w eterze, czyli moje prywatne „Enjoy The Silence”

Oto siedzę sobie na krześle przy biurku w moim pokoju:

Po mojej lewej stronie stoi na blacie zapalona lampka, wszak powoli słońce – i tak przez praktycznie cały dzień ukryte za chmurami – chyli się ku zachodowi.

Przede mną mój stary, wysłużony laptop. Pamięta jeszcze wydarzenia sprzed sześciu lat, takie jak akcję ratowania górników z chilijskiej kopalni miedzi i złota San José, położonej nieopodal Copiapó, na pustyni Atakama, 830 km na północ od Santiago, stolicy Chile. (Dziękuję ci, ciociu Wikipedio). Ech, jakiś wykład na studiach, a przede mną otwarty laptop i relacja live z wydobywania 33 zasypanych górników…

Po prawej czerwony telefon stacjonarny – taki ze słuchawką i tym śmiesznym „kółkiem”, za pomocą którego wybierało się numer (nie jest podłączony – stanowi tylko dekorację). Przyniósł mi go w prezencie kumpel, zresztą mój świadek ze ślubu. Pozdro, Adi!

Obok telefonu świecznik na trzy „podgrzewacze”. Obecnie się nie pali, ale nie chce mi się obracać, żeby sięgnąć po zapalniczkę spoczywającą w kieszeni plecaka leżącego za mną na łóżku. Już uspokajam – nie palę. Zapalniczka stanowi tylko część mojego EDC, czyli Everyday Carry. (Hej! Przeczytajcie ten podlinkowany artykuł, gdy skończycie już czytać mój. Łukasz Kielban pisze naprawdę ciekawie i mądrze).

Co jeszcze znajduje się po prawej stronie biurka? Taka długa, drewniana podstawka pod kadzidełko zapachowe. Skończyły mi się te „patyki”, więc leży sobie czyściutka i nieużywana.

Wosk! Jest i wosk! Taki do wąsów oczywiście. Postanowiłem bowiem, że nie będę już ich podcinał, ale je sobie najzwyczajniej w świecie zapuszczę. A do tego potrzebny jest taki właśnie specyfik, by nie wyglądać jak niechluj. I żeby włosy nie właziły do buzi… Tak więc sobie zapuszczam wąsa z firmą Męska Wyspa i ich woskiem „Mr Wąs Silny: cedr – jodła”, prezentem od mojej żony. (BTW. Jeśli chcecie wiedzieć, jak nakładać wosk na wąsy, zapraszam do przeczytania artykułu wymienionego przed chwilą Łukasza Kielbana KOSMETYKI DO BRODY I WĄSÓW – CZEGO SZUKAĆ I JAK ICH UŻYWAĆ).

No i ostatnia rzecz na biurku, nie uwzględniając oczywiście moich opartych o nie przedramion, a mianowicie kolejny prezent od mojej żony – szklanka. Taka do piwa. W takim śmiesznym kształcie. Jako gorący zwolennik piw regionalnych i rzemieślniczych piję bowiem z takiej właśnie specjalnej, do takich trunków dedykowanej. Czy smak jest wtedy lepszy, niż gdybym pił z takiej zwyczajnej? Z jednej strony powinienem powiedzieć: „no oczywiście, że tak”. Z drugiej mówię: „kształt szklanki nie jest ważny. Byleby nie z puszki. Szczury na nie sikają w magazynach i można umrzeć”. No ale trzymam się ideologii browarniczej i piję z takiej właśnie. Niestety, jest już pusta. A gościł w niej nie byle jaki specyfik, bowiem było to piwo Faktoria Winchester – moje ulubione. Chcecie specyfikację? Ależ proszę:

  • Imperialna IPA;
  • słody: Pilzneński i Karmelowe;
  • chmiele: Tomahawk, Simcoe, Cascade, Citra i Centennial;
  • ekstrakt: 18,1% wagi;
  • alkohol: 8,4%;
  • IBU: 100++.

Rewelacja. No i długo wyczekiwane. Ponownie w sprzedaży pojawiło się bowiem po roku (albo coś koło tego). Taki urok piw regionalnych i rzemieślniczych…

Ale wystarczy już o biurku i alkoholu. Czas na ciszę…

Enjoy The Silence

Spojrzałem sobie w kalendarz i ze smutkiem stwierdziłem, że od opublikowania poprzedniego artykułu – Bluzgać (nie) każdy może – minęły już ponad dwa tygodnie. Dwa i pół nawet, chcąc być dokładnym. Jestem z niego naprawdę dumny. Ale nie można osiąść na laurach – trzeba pisać dalej.

A w głowie pustka… I artykuł o tolerancji, do którego się przymierzam… I nowy projekt, który w mojej głowie zrodził się podczas ostatniej wycieczki do Krakowa… Jakoś tak sobie to wszystko leży gdzieś na boku i czeka na przypływ natchnienia…

Ale od czego jest muzyka! Od początku pisania tego artykułu słucham mojego zespołu. Mojego. Jak bowiem inaczej nazwać ten, który obudził we mnie miłość do muzyki?

Depeche Mode. To o nich mowa. I jako pierwszy puściłem sobie chyba najbardziej znany ich utwór: Enjoy The Silence. Taki właśnie w temacie ciszy i rozkoszowania się nią.

Dla przypomnienia:

Czujecie dreszcze podczas słuchania? Takie ciarki sięgające głębi waszego jestestwa?

I Król Dave wędrujący w klipie z tym niebieskim leżaczkiem w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Cudowność…

A teraz przeszywające Macro:

Koniec

Wystarczy już tego artykułu, za pośrednictwem którego chciałem z jednej strony przybliżyć wam moją osobę i miejsce, w którym tworzę, a z drugiej obudzić w sobie głód pisania i przywołać trochę weny.

Teraz czas na poważne tematy…

Reklamy
Czytając z kundelkiem w dłoni

Czytając z kundelkiem w dłoni

Z głośników płyną dźwięki kolejnych utworów pochodzących z albumu „Once More with Feeling” zespołu Placebo… W kuflu skrzy się „ciemny, gęsty, konkretnie dymiony Koźlak w stylu bamberskim”, czyli wędzone piwo „jak w dym” od browaru PINTA… A przede mną ekran z pustym miejscem, które zaraz przyjdzie mi zapełnić znakami kolejnego artykułu – już piętnastego na moim blogu…

Od opublikowania moich poprzednich wypocin – Czy zachowałbym się tak jak Kurt? – mijają już dwa tygodnie. Najwyższy więc czas, by przedstawić wam coś nowego. Dzisiaj jest to artykuł, który obiecałem wam już jakiś czas temu – w zakończeniu tekstu „Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty” z 11 września 2015 roku.

A więc oto i on: zapowiedziany artykuł o e-bookach i czytnikach.

Czytnik w życiu codziennym

Na początku roku 2015 postanowiłem sobie, że nabędę czytnik e-booków. Mój cel zrealizowałem w sumie bardzo szybko – po (chyba nawet niecałych) dwóch miesiącach trzymałem już w rękach urządzenie Amazon Kindle (w sprowadzeniu go ze Stanów Zjednoczonych pomógł mi mój znajomy. Zapytacie: „a nie łatwiej było po prostu pójść do sklepu w Polsce, tylko go tak przez ocean ciągnąć?” Może i było łatwiej, ale ściągnięcie go ze Stanów wyszło zdecydowanie taniej…).

Z moim „kundelkiem” zaprzyjaźniłem się bardzo szybko. A kiedy z niego korzystam? Najczęściej robię to w autobusie – jadąc do pracy lub z niej wracając. Myślę, że to najlepsze wykorzystanie tych spędzonych w podróży czterdziestu minut. Ponieważ mój czytnik nie ma podświetlanego (albo nadświetlanego) ekranu, czytam tylko wtedy, gdy jest widno: zimą jest to albo jadąc na drugą zmianę, albo wracając ze zmiany pierwszej. Latem – gdy dzień jest dłuższy – dojdzie jeszcze czytanie rano, czyli przed godziną szóstą. Czytanie po nocce nie wchodzi w grę: zasypiam tuż za bramą zakładu i budzę się w momencie, gdy trzeba już wysiadać…

Zdarza mi się też zabierać czytnik ze sobą wtedy, gdy wiem, że będę musiał gdzieś dłużej poczekać. Czyli na przykład udając się do urzędu lub przychodni.

Plusy i minusy?

Ponieważ korzystam z niego już prawie rok, śmiało mogę dokonać konkretnej, popartej doświadczeniem oceny. Pierwotnie planowałem wypisać w formie listy kilka zalet czytników, a potem dla równowagi i sprawiedliwości wymienić (w takiej samej formie) kilka ich wad. Ale zmieniłem ten zamiar: postanowiłem informacje te przedstawić trochę inaczej. Zafunduję wam po prostu rozbudowany opis kilku rzeczy i spraw, na które najbardziej zwróciłem uwagę.

Poręczność

To chyba największa zaleta czytników sześciocalowych, czyli takich jak ten, który posiadam ja (na rynku dostępne są też większe modele – mające na przykład osiem lub dziesięć cali). Jak przed chwilą wspomniałem, czytam głównie w autobusie. Na moim Kindlu przeczytałem całą „Trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego. Ciężko byłoby mi za każdym razem taszczyć gruby tom. Tymczasem czytnik, mający niewielkie wymiary – mniej więcej 17 na 12 cm (z etui ciut więcej) – jest bardzo poręczny. Bez problemu mogę więc spakować go do torby między bułki a czyste skarpetki. I mieści o wiele więcej, niż jeden tom książki (o tym poniżej).

Pojemność

Jak byście zareagowali, gdybyście się dowiedzieli, że wasz sprzęt elektroniczny ma 4 GB pojemności? Gdyby chodziło tu o tablet albo o smartfona, wasza negatywna lub wykpiwająca reakcja byłaby całkiem normalna: kilka aplikacji, trochę zdjęć i miejsca już brak. Natomiast w wypadku czytnika 4 GB (czasem 2 GB + możliwość „wtyknięcia” karty pamięci) to mnóstwo miejsca: nawet opasłe tomy – czyli także i wspomniana „Trylogia husycka” – zajmują bowiem zaledwie po kilka megabajtów.

To rewelacyjna wiadomość dla wszystkich bibliofilów wyjeżdżających na wakacje lub w jakąś inną podróż, na przykład służbową. Po co zrywać kręgosłup dźwigając kilogramy papieru, skoro można schować – nawet i do kieszeni – urządzenie ważące nieco ponad 200 gramów…

Gdzie „to coś”?!

Tutaj mogą zaprotestować osoby, które wolą tradycyjne książki ze względu na „to coś”. Ci, którzy uwielbiają upajać się zapachem papieru (a może kleju? To niewybredny żart oczywiście…) i wyczuwać go pod palcami, w przypadku czytnika srodze się zawiodą. Plastik bowiem ani trochę nie pachnie tak jak „spilśniona na sicie masa włóknista pochodzenia organicznego o gramaturze od 28 do 200 g/m²” (ten jakże mądrze wyglądający tekst pochodzi z Wikipedii).

Akurat te „braki” mnie osobiście nie przeszkadzają. Chociaż jest jednak coś, co w tej kwestii także i w moim odczuciu bardziej przemawia za papierową wersją: zgromadzona w biblioteczce spora kolekcja pięknie oprawionych i zadbanych książek wygląda naprawdę majestatycznie (tak, to właściwe słowo określające ten cudowny widok).

Podkreślanie i zaznaczanie

Mówię otwarcie: nie przepadam za pisaniem po książkach. Nie mogę też znieść zagiętych rogów i poplamionych stronic. Dlatego czytając „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza (prezent od żony), założyłem sobie zeszyt, do którego przepisywałem ciekawe i interesujące mnie fragmenty. Mało wygodne, prawda? Tymczasem w czytniku nie mam z tym najmniejszego problemu: zaznaczam taki interesujący mnie tekst po prostu przejeżdżając po nim palcem. Chcę później do niego wrócić? Ależ proszę bardzo – wszystko odbywa się sprawnie i komfortowo (pod warunkiem posiadania czytnika z ekranem dotykowym. Troszkę ciężej wygląda zaznaczanie – i ogólnie samo korzystanie – w przypadku modelu posiadającego fizyczną klawiaturę). Z tego udogodnienia skorzystałem pisząc dla was artykuł Trylogia husycka – cytaty wybrane.

Nie rozprasza

Ktoś z was może powiedzieć: „ale po co wydawać pieniądze na czytnik, skoro w tej samej cenie można kupić już jakiś tablet – urządzenie posiadające o wiele więcej funkcji i możliwości?”. No niby racja. Ale właśnie dzięki temu, że czytnik umożliwia tylko czytanie książek, po prostu nie ma jak się rozproszyć! Nie kuszą ani wyskakujące powiadomienia z twarzoksiążki, ani przychodzące e-maile czy wiadomości. Korzystanie z czytnika to obcowanie tylko pomiędzy czytelnikiem a tekstem – tak jak przy wersji tradycyjnej. No dobra, na moim Kindlu jest jeszcze zainstalowana przeglądarka internetowa. Ale jest ona na tyle prymitywna, że korzystanie za jej pośrednictwem z Internetu nie jest wygodne. Zresztą jaki sens ma oglądanie śmiesznych zdjęć kotów w kilku odcieniach szarości…

Bateria

Smartfony i tablety stały się już nieodłączną częścią naszego życia. Równie istotne znaczenie mają jednak… ładowarki. Mnogość możliwości i stopień korzystania ze współczesnych urządzeń sprawiają, że trzeba je ładować w zasadzie codziennie. Nic dziwnego, że niektórzy z nas z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy telefon (swoją wielkością i ciężarem przypominający cegłę lub bloczek Ytong) ładowało się raz na dwa tygodnie…

Także i przy korzystaniu z czytnika nie obejdzie się bez ładowarki. Ale ponieważ w ich wyświetlaczach zastosowana jest zupełnie inna technologia – E Ink – energia pobierana jest tylko podczas samej zmiany strony (wyświetlanego obrazu). Co ile więc „karmię” mojego „kundelka”? Mniej więcej raz na dwa tygodnie.

Gdzie jest najbliższa księgarnia? Czyli słów kilka o dostępności e-booków

Chcesz poczytać książkę? Idziesz do księgarni lub antykwariatu i kupujesz. Albo wchodzisz na stronę internetową i zamawiasz. Nie chcesz wydawać pieniędzy? Udajesz się do biblioteki bądź nabywasz ją za pośrednictwem bookcrossingu.

A jeśli chcesz pozyskać e-booki na swój czytnik? Korzystasz z internetowego sklepu oferującego takowe pozycje lub za darmo pobierasz je z odpowiedniej strony (mam tu na myśli oczywiście legalne serwisy, takie jak na przykład Wolne Lektury, a nie torrenty…).

Podsumowanie

W tym momencie jest to już chyba wszystko, co przyszło mi do głowy na temat czytników. Jeśli jeszcze coś kiedyś mi się przypomni, to – kto wie – może powstanie jakiś sequel tego artykułu.

Tymczasem jeszcze tylko sprawdzę ten tekst od początku do końca, ustawię odpowiednie kategorie, właściwie otaguję, dodam jakieś zdjęcie tytułowe, opublikuję, link wrzucę na twarzoksiążkę, trochę się ogarnę, przebiorę w piżamkę, umyję ząbki i pójdę spać. Tym bardziej, że za oknem już ciemno, piwo dawno mi się skończyło, a płyta Placebo leci już trzeci albo czwarty raz…

***

Placebo – rockowo-alternatywny zespół muzyczny założony w 1994 roku w Londynie.

„Once More with Feeling – Singles 1996-2004” – kompilacja zawierająca najważniejsze single zespołu Placebo, wydana 25 października 2004 roku.

***

„jak w dym” – ciekawy w smaku dymiony Koźlak od browaru PINTA. Ekstrakt: 16,5% wag.; IBU (goryczka): 28; Alkohol: 6,9% obj.

***

Słodki ten piesek na zdjęciu tytułowym, prawda? Foto – przyznaję się – gwizdnąłem z jakiejś strony z tapetami…