Lion. Droga do domu – okiem poSZTUKOwanego

Flaga Indii

Czas czytania: około 4 minuty

Wasz ulubiony wujek – wujek poSZTUKOwany – dobrze wam radzi: wybierzcie się do kina. „A na co iść mamy?” zapytacie. Ano na film „Lion. Droga do domu”.

W skrócie

„Lion. Droga do domu” to australijsko-amerykańsko-brytyjska produkcja z roku 2016. Oparty na prawdziwej historii dramat reżyserowany przez Gartha Davisa. Jeden z najlepszych filmów (o ile nie najlepszy), jakie ostatnio obejrzałem.

Ten trwający 2 godziny i 9 minut film podzielony jest na dwie główne części. W pierwszej dowiadujemy się, w jaki sposób zgubił się pięcioletni Saroo – główny bohater – i obserwujemy jego walkę o przetrwanie na ulicach kompletnie mu obcej Kalkuty. W drugiej – dziejącej się 20 lat później – widzimy go już jako dorosłego człowieka poszukującego swej rodzinnej wioski i matki, do której wciąż wraca myślami.

Tytuł

Zacznę trochę przewrotnie: wiecie, dlaczego w tytule filmu występuje słowo „Lion”? „Bo tak się tłumaczy imię głównego bohatera?” odpowiecie? Nie!

Ale spokojnie, wszystko zostaje wyjaśnione. W stosownym czasie, czyli oczywiście już w napisach końcowych filmu…

Nie zdradzę wam tajemnicy, więc jeśli chcecie ją rozwikłać, to wybierzcie się do kina.

Tymczasem prezentuję wam kilka szczegółów, które szczególnie zwróciły moją uwagę i które moim zdaniem sprawiają, że naprawdę warto obejrzeć to dzieło.

Recenzja

Chcecie się wzruszyć? Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepsze scenariusze pisze życie. Gdyby przedstawiona w filmie historia powstała w głowie scenarzysty, jej siła oddziaływania byłaby zdecydowanie mniejsza: „Ot, wszystko fajnie, ale przecież to tylko fikcja”. Tymczasem świadomość, że te niezwykłe wydarzenia miały miejsce naprawdę (i to parę lat temu), działa na emocje z ogromną siłą. Oto bowiem 25-letni mężczyzna staje przed mapą potężnych Indii, by odnaleźć swoją małą, rodzinną wioskę. Nie mając nawet pojęcia, jak się ona nazywa ani w której części kraju leży…

Nie interesują was cukierkowe, bollywodzkie historie? To świetnie, bo „Lion. Droga do domu” przedstawia rzeczywiste życie nie garstki bogaczy, a setek milionów „zwykłych” obywateli Indii. Obywateli – zwłaszcza kobiet i dzieci. Ich los jest tam naprawdę ciężki: prześladowania, odrzucenie, wykorzystywanie i traktowanie jako istoty gorszego gatunku, których życiem nie przejmuje się prawie nikt. Spanie na dworcach? Głód? To codzienność dla tysięcy hinduskich dzieci…

A kobiety? Dla tych pochodzących z nizin społecznych przyszłość w żaden sposób nie rysuje się w świetlanych barwach. Praca? Ależ oczywiście: na przykład w kamieniołomie, tak jak matka Saroo…

Film porusza, ale też nie emanuje zbędnym okrucieństwem. To, co najgorsze, pozostaje w sferze domysłów (choć i to wystarczy, by porządnie wstrząsnąć): jacyś mężczyźni porywają dzieci z dworca. Po co? Przecież nie po to, by im pomóc…

Do tego dochodzą przejmujące porównania, choć nie na zasadzie skrajności. Nie widzimy nędzy i przepychu, żebraków i bogaczy. Widzimy raczej nędzę i normalność. To porusza zdecydowanie bardziej, bo porównuje z ludźmi takimi, jakimi jesteśmy my sami.

(Uwaga: kolejne dwa akapity zawierają kilka szczegółów z filmu).

Jedna ze scen przedstawia na przykład brudnego i obszarpanego Saroo (to już przecież kilka miesięcy życia na ulicy). Trzyma on w dłoniach starą, zniszczoną łyżkę znalezioną gdzieś w śmieciach i naśladuje ruchy młodego mężczyzny, siedzącego w pobliskiej restauracji i jedzącego zupę. Nie widzimy bogacza degustującego wyszukane potrawy. Widzimy zwykłego człowieka, takiego, z którym sami możemy się identyfikować: ot, młody mężczyzna w białej koszuli jedzący coś, do czego każdy z nas ma codziennie dostęp.

Rozterki. Dorosły Saroo nie jest niezniszczalnym bohaterem odpornym na ciosy, jakie przynosi życie. Ciosy i rozdzierającą świadomość, że bez tego zagubienia się nigdy nie wyrwałby się z nędznego życia w Indiach… Poszukiwanie rodzinnej wioski też nie należy do zajęć, które daje odprężenie… Chociaż sami pewnie nigdy nie byliśmy i nie będziemy w sytuacji takiej, jak on, to mimo wszystko potrafimy się wczuć w jego położenie, emocje i rozterki.

A lubicie inne kultury? Super, bo „Lion…” to nie tylko przedstawienie nędzy i usilnych poszukiwań domu. To także barwne dziedzictwo kulturowe Indii: rytuał pogrzebowy nad rzeką, świątynia hinduistyczna i tamtejsi duchowni, targ z mnogością smakowitego jedzenia i przedmiotów…

Co spodoba(ło) się wam?

Ogólnie rzecz biorąc, nie przepadam za tego typu życiowymi filmami. Ale po przeczytaniu artykułu opisującego prawdziwe wydarzenia stanowiące kanwę tego obrazu poczułem, że muszę go obejrzeć. I dzisiaj potwierdzam, że wybranie się do kina na ten dramat było naprawdę słusznym wyborem.

Zachęcam więc i was. Może spodoba się wam z tych samych powodów, które wymieniłem powyżej? A może znajdziecie w nim jeszcze coś innego?

Reklamy

Ambiancé

Ambiancé

Anders Weberg. Mówi wam coś to nazwisko? Mnie do wczoraj nie mówiło kompletnie nic. Ale dzisiaj uważam tego gościa za geniusza.

O Andersie

Anders Weberg to 46-letni szwedzki artysta. Od ponad dwudziestu lat zajmuje się sztukami wizualnymi. Nie zdążyłem jeszcze zapoznać się z jego twórczością. Na razie wiem, że jego dotychczasowy najdłuższy projekt wideo to film liczący sobie 12 (słownie: dwanaście) godzin.

Słowem „dotychczasowy” uchylam już rąbka tajemnicy…

Rekordy

Jeśli ciężko wam było usiedzieć w fotelu podczas oglądania „Władcy Pierścieni” lub „Hobbita” (każda z części trwała mniej więcej po trzy godziny, wersje reżyserskie były jeszcze dłuższe), to co powiedzielibyście na obejrzenie filmu „Empire” Andy’ego Warhola z 1964 roku? To trwające 8 godzin i 5 minut statyczne, niezbyt wyraźne, nocne ujęcie na nowojorski Empire State Building. Tak, przez cały film widzimy tylko jedno ujęcie wieżowca!

BTW. Jeśli znajdę ten film gdzieś online, to zapraszam na wspólne oglądanie. Jak na razie trafiłem na niego tylko na YouTubie, ale jakość tej wersji jest fatalna… Nie, nie żartuję: jak znajdę, to zapraszam na projekcję. Sądzę, że skłoni ona do wielu przemyśleń, więc warto będzie ze sobą przynieść coś do notowania lub nagrywania, jeśli w taki sposób wolicie utrwalać swoje uzewnętrznione myśli.

A więc film Andy’ego Warhola trwa osiem godzin, Andersa Weberga dwanaście… A co powiecie na duński „Modern Times Forever”? To wyprodukowany w 2011 roku przez grupę Superflex najdłuższy – jak do tej pory – film na świecie. Trwa on raptem – uwaga, usiądźcie – 240 godzin… Tak: 240 godzin, czyli 10 dni. A przedstawia – oczywiście z wykorzystaniem tricków filmowych – zmieniający się pod wpływem pogody i mijających tysiącleci budynek Stora Enso w Helsinkach.

Zwrotem „jak do tej pory” uchylam kolejnego rąbka tajemnicy…

Skoro tyle mówię o tej tajemnicy, to chyba czas na jej całkowite ujawnienie

Nie będę trzymał was już dłużej w niepewności. Niech te cztery informacje – tytułowe „Ambiancé”, wspomniany Anders Weberg, „dotychczasowy” i „jak do tej pory” – złożą się w całość…

Obecnie (to znaczy już od sześciu lat) szwedzki artysta Anders Weberg pracuje nad filmem, który trwać będzie 720 godzin, czyli dokładnie 30 dni.

MIESIĄC!!!

Tak, jego dzieło noszące tytuł „Ambiancé” ma trwać tyle właśnie czasu!

O „Ambiancé” słów kilka

„Ambiancé” to z francuskiego klimat, otoczenie, środowisko, atmosfera. I słusznie kojarzy się z surrealistyczną, senną muzyką ambient. Jak przyznaje bowiem sam autor, film ten będzie dotyczył wielu przeróżnych dziedzin, takich jak życie, śmierć, odpoczynek czy przyroda, połączonych z surrealistycznymi obrazami.

Niektóre sceny zawierają też ujęcia aktorów, performerów i tancerzy. Ale jak na razie nie padło w nim – i najprawdopodobniej nie padnie – ani jedno słowo.

Jest za to muzyka. Tą – na potrzeby tego dzieła – tworzy niemiecki kompozytor Martin Juhls.

Projekcje

Co z pokazami tego filmu? Jednorazowe seanse odbędą się równocześnie na pięciu kontynentach od 31 grudnia 2020 roku. Później do każdego z tych wybranych miast, w których film zostanie wyświetlony, przybędzie artysta i własnoręcznie zniszczy oryginał, wypije kieliszek wina i tym samym zakończy cały projekt.

Może jakiś zwiastun?

Racja, pewnie chcielibyście zobaczyć jakiś zwiastun, skoro prace nad tym dziełem trwają już od sześciu lat. Pierwszy zwiastun (teaser) został już usunięty z Internetu: można było zobaczyć go pomiędzy czwartym a dwudziestym lipca 2014 roku, a trwał – jak na zwiastun przystało – tylko 72 minuty.

W roku obecnym – 2016 – pojawić ma się pierwszy krótki trailer. Jego długość? Raptem 7 godzin i 20 minut. W sam raz na nudną dniówkę w pracy. Jeśli dobrze wyczytałem na oficjalnej stronie projektu (link na końcu tego artykułu), to jego premiera jest w dniu dzisiejszym!

Jeśli to dla was za mało, poczekajcie do roku 2018 na dłuższy trailer: 72 godziny. 3 dni to już trochę sensowniejsza długość…

No dobra, jeśli nie dysponujecie akurat wolnymi trzema dobami, zerknijcie poniżej na 1-minutowy wycinek z krótszego trailera:

Jakie macie odczucia? Bo jeśli chodzi o mnie, to piszę to bez nabijania się i w pełni władz umysłowych: naprawdę jestem zainteresowany tym filmem. Trzeba być geniuszem i mieć w sobie mnóstwo odwagi, by wymyślić coś tak innego i na swój sposób szalonego. Złożonego, spójnego, osobistego, intymnego, -ego, -ego, -ego…

Z niecierpliwością będę śledził kolejne doniesienia z prac nad tym rekordowym, historycznym dziełem i – jeśli będzie mi się chciało – informował was o nich na łamach tego bloga.

I mam oczywiście nadzieję, że którymś z wybranych do projekcji miast będzie jedno ze znajdujących się w Polsce.

Materiały dodatkowe i źródłowe

Już chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat filmu „Ambiancé” i samego autora? Sprawdźcie poniższe linki:

Albo w wyszukiwarkę na Facebooku wklejcie frazę: „Ambiancé – the longest film. 720 hours/30 days”.

***

Jeśli wstawiony do tego artykułu trailer nie działa lub jest niedostępny, oznacza to tylko jedno – Anders Weberg już go usunął. Poszukajcie wtedy na własną rękę, na przykład na oficjalnej stronie projektu.

***

Myślałem też o napisaniu do Andersa Weberga i poproszeniu o zgodę na umieszczenie w tym artykule, chociażby w formie zdjęcia tytułowego, jakiegoś kadru z jego filmu. Ale doszedłem do wniosku, że skoro artysta chce na sam koniec całkowicie usunąć swoje dzieło, to nie będę utrudniał mu zadania poprzez zamieszczanie nawet jednej klatki.

Wygrzebane z szafy, część 1: Oko burzy

Oko burzy

A więc leżę sobie w łóżku już trzeci dzień. Wszystkiemu winna choroba i L4. Chociaż „choroba” nie jest do końca właściwym słowem. Przecież, jak dobrze jest to wszem i wobec wiadome, mężczyźni nie chorują. Oni walczą o życie. A więc już trzeci dzień… walczę o życie.

Słodkie lenistwo towarzyszące tej bitwie skłoniło mnie do przejrzenia mojej playlisty z ulubionymi wideo na YouTubie. Co prawda ostatnio nie dodałem do niej chyba nic (no może poza jednym utworem Voo Voo), ale przez kilka poprzednich lat często wędrowały tam głównie przeróżne piosenki, które wpadły mi do głowy przez ucho.

Jak wygląda ten powrót do przeszłości?

To trochę tak, jak z grzebaniem w szafie z dawno nienoszonymi ubraniami: przy niektórych człowiek łapie się za głowę i mówi sobie: „jak ja kiedyś mogłem w tym chodzić?!”, natomiast przy innych stwierdza, że w sumie są całkiem niezłe i warto byłoby znowu je kiedyś założyć.

Do słuchania niektórych kawałków z tej playlisty nie zmusi mnie już chyba nic. Jednak pozostawię je tam przez jakiś sentyment („no mała ta koszulka i potargana. Tylko szkoda wyrzucić…”). Ale znalazłem też kilka perełek. W tym artykule podzielę się pierwszą z nich.

Lovett – „Eye of the Storm”

Jak wam się podoba? Bo dla mnie ten kawałek to prawdziwe cudo!

Film utrzymany w moim ukochanym steampunkowym klimacie, nierozerwalnie łączący się z przejmującą historią opowiadaną przez kolejne dźwięki i słowa. Oto mamy więc tajemniczego podróżnika przemierzającego przestworza swoim statkiem. Jedynym towarzyszem tej podróży jest mały smok, pozostający jednakże na łańcuchu (więc towarzysz czy więzień?).

Pilot w którymś momencie pozbywa się kilku przedmiotów (pamiątek?), wyrzuca za burtę skrzynkę z tajemniczą świecącą zawartością (czyżby inspiracja Pulp Fiction?), wypuszcza smoka na wolność (umożliwiając mu tym samym przeżycie), nadaje statkowi kierunek – prosto w tytułowe oko burzy, blokuje koło sterowe i siada w fotelu, by za kilka chwil (najprawdopodobniej) zakończyć swoje życie.

Smutna historia, którą o wiele łatwiej zrozumieć, gdy zapozna się z tekstem.

Samo życie?

Sytuacja, która czasami zdarza się w związkach pomiędzy dwojgiem ludzi: ona ma wobec niego zbyt wygórowane oczekiwania, on ją okłamuje:

I know that I’m wrong..
About everything I said.
But here it goes again.
You wanted more,
Than you thought,
I would ever give.
But you were badly mistaken.
I told you lies,
And said what you were meant to hear,
Just as you wished… my dear,
To reach the eye (eye, eye), of the storm.

Życiowe, prawda? A czym się to może zakończyć i czym często się kończy? Oczywiście rozpadem takiego związku:

So we begin to float,
And drifted out into the tide,
For every wave,
To swallow… us alive.

No sign of shore,
The moment when the sails were torn.
We’ve reached the end.
Eye of the storm.

Jakieś perspektywy na przyszłość? Żadnych. Przestaje więc dziwić fakt, że dla Pilota oko burzy staje się jedynym rozwiązaniem. Bo być może kłótnie i rozpad związku były już wystarczająco tragicznymi przeżyciami:

For all that it cost,
In the end there was no price to pay.
For all that was lost,
That storm carried it away.

Wniosek

Dziwi mnie, że film ten nie ma YouTubie nawet dwóch milionów wyświetleń… Jeśli więc poruszyła was ta historia, to zróbcie coś konkretnego: zastanówcie się nad własnymi relacjami z bliskimi wam osobami i – jeśli dostrzeżecie coś niepokojącego – od razu to naprawcie. Żeby i was nie dosięgło oko burzy.

A jeśli jeszcze dacie mi jakiś znak, że ten utwór lub artykuł wam się spodobał, będzie cudownie. Na Facebooku możecie go polajkować, skomentować lub – co byłoby rewelacyjne – udostępnić dalej. Natomiast tutaj – na WordPressie – pod artykułem także możecie pozostawić swój komentarz lub polubić. A po prawej stronie (jeśli czytacie na komputerze lub tablecie trzymanym w orientacji poziomej) albo prawie na samym dole (jeśli czytacie na tablecie trzymanym w orientacji pionowej lub na smartfonie) macie do dyspozycji jeszcze opcje obserwowania tego bloga i polubienia jego strony na twarzoksiążce – dzięki temu z poSZTUKOwanym zawsze będziecie na bieżąco.

I jeszcze jedno

Jeśli jesteście zainteresowani jakimiś dodatkowymi informacjami na temat tego utworu i jego powstawania, obejrzyjcie jeszcze ten film:

Pozdrawiam steampunkowo i trzymajcie się ciepło.

***

Uwaga: jeśli szukacie w Częstochowie taniej apteki, wybierzcie się w aleje – Apteka Nowa Farmacja, al. NMP 11. W aptece obok przychodni lekarstwo kosztowało 50 zł. W alejach zapłaciłem – za to samo – 36 zł! 14 PLN taniej!

***

I oczywiście serdeczne podziękowania dla mojej żony, która dzielnie wspiera mnie w mojej walce o życie.