poSZTUKOwany gotuje – potrawka z ludziny, czyli „Synowie ludożerców” – cytaty wybrane

Odkąd pamiętam, książka ta – „Synowie ludożerców” Janusza Wolniewicza – zawsze stała w domu rodzinnym na półce gdzieś pośród innych. Z raz czy dwa po nią sięgnąłem, ale jedynie po to, by obejrzeć zawarte w niej zdjęcia. Nigdy jednak nie zabierałem się za jej czytanie.

Aż do pewnego momentu: jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Jaki, jeszcze wam powiedzieć dokładnie nie mogę. Żeby ktoś z was go sobie ode mnie „nie pożyczył”…

Aby ten pomysł zrealizować, konieczne było doedukowanie się w temacie kanibalizmu… I „Synowie ludożerców” okazali się do tego celu idealni.

O autorze

Janusz Wolniewicz

Janusz Wolniewicz (1929 – 2006) był polskim pisarzem, dziennikarzem, publicystą i podróżnikiem. Napisał ponad 20 książek podróżniczych i wiele artykułów. Za swoją działalność literacką i publicystyczną otrzymał Nagrodę Marynarzy i Portowców, Nagrodę Klubu Zagadnień Polonijnych MSZ, Nagrodę Stowarzyszenia Marynistów Polskich im. J. Conrada oraz Srebrny Globus od redakcji Widnokręgów.

Przeczytałem tylko jedną jego książkę – właśnie „Synów ludożerców”. Ale jeśli wszystkie są napisane w taki właśnie sposób i w takim stylu, to chętnie pochłonę je wszystkie…

Mogłoby się bowiem wydawać, że dla takiej jak ja osoby niezbyt zainteresowanej książkami opisującymi podróże, lektura ta wyda się nad wyraz nudna. Nie żebym nie lubił podróżować i/lub poznawać świata. Nie, po prostu wolę sam ruszyć moje zacne literki i pozwiedzać, niż czytać czyjeś historie.

W wypadku tej książki prawda okazała się zupełnie inna: od pierwszej do ostatniej strony nie nudziłem się ani przez chwilę. Dlaczego? Niech przekonają was o tym wybrane cytaty.

Wszystkie pochodzą z tej właśnie jednej książki – „Synowie ludożerców” – wydanej przez Państwowe Wydawnictwo „Iskry” w Warszawie w roku 1971.

Jeśli chcecie sprawdzić, przed cytatem podaję nazwę tytułu/podtytułu i numer strony (wg mojego egzemplarza). No i pamiętajcie, że od wyprawy Wolniewicza (i towarzyszącego mu kamerzysty Stanisława Szwarc-Bronikowskiego) na Papuę-Nową Gwineę i wydania książki minęło ponad 45 lat…

Cytaty:

Pasztet a la carte, ss. 8, 9:

Krajowiec

Jednym słowem, jest to zakątek naszego globu całkowicie ignorowany przez upływający czas. Autentyczna Kraina Dnia Przedwczorajszego. No, bo jakże można nazwać dzisiaj wyspę, gdzie kamienne siekiery są ciągle w użyciu, gdzie ludzie jedzą zmarłych rodziców – bo ich kochają, a wysysają mózgi zabitych nieprzyjaciół – bo ich nienawidzą? Gdzie żyją dwumetrowi brodacze, strojni w pióra rajskich ptaków, oraz pigmeje z plemienia Kukukuku, którzy wędzą swoich nieboszczyków. Jak określić wreszcie krainę, gdzie kobiety karmią piersią prosiaki, a mężczyźni noszą bambusowe futerały na fallusach? Jak wreszcie nazwać kraj, gdzie z chybotliwego czółna łowi się krokodyle, a obiegową walutę ciągle stanowią muszle i świnie?

Pierwsze kroki, s. 13:

Pierwszą czynnością, jakiej dokonałem w hotelowym pokoju, było podarcie na strzępy koszuli non-iron, którą tego dnia przez zapomnienie przywdziałem na siebie w Brisbane. Duszny upał sprawiał, że od chwili przylotu na lotnisko czułem się w niej niby krzyżaccy rycerze w rozgrzanych zbrojach na błoniach Grunwaldu.

Kolacja z przystawkami, ss. 26, 27:

Podano właśnie kawę, kiedy Gus zapytał smutno:
– Więc ty piszesz książki, Jan?
– Żadna praca nie hańbi…
Gus posmutniał jeszcze bardziej:
– Był tu taki jeden, też pisał…
– No i…?
– Już nie pisze, dawno… Zginął bez śladu w rejonie rzeki Lakekamu. Prawdopodobnie został odgłowiony…
Ta, cokolwiek szokująca, informacja miała stanowić, zdaniem Gusa, rozweselający wstęp do opowieści o nielicznych ludziach pióra, którzy odwiedzili w przeszłości Terytorium. Jednym z nich był Niemiec, Otto von Ehlers. (…) Jego zamierzeniem było przejście w poprzek Wyspy zupełnie dziewiczym szlakiem. Niemieccy koloniści ostrzegali go przed podjęciem tak niebezpiecznej wyprawy, a kiedy, mimo wszystko, pisarz zdecydował się na wyprawę, przydzielony mu z urzędu policjant nie trzeźwiał z rozpaczy aż do dnia wyruszenia w dżunglę.

Baimuru, ss. 43, 44:

Gospodarz, życząc nam dobrej nocy, wspomniał coś o żabim koncercie utrudniającym sen, ale „któż by tam martwił się o żabi koncercik” – myślałem pogodnie, wspominając pikniki i kumkanie mazowieckich żab. (…) przerażający odgłos kazał mi zerwać się na równe nogi.
– Nosorożec? Przecież tu ich nie ma. Więc co?
Były to… żabki, o których wspomniał gospodarz. Bestie musiały mieć gardziele o rezonansie dwóch fortepianów Bechsteina. Słyszałem jednocześnie coś pośredniego między rykiem morsa, chrząkaniem rozdrażnionej świni i gulgotaniem indyka. Co gorsza, te rozkoszne dźwięki dochodziły wyraźnie tuż spod mojego okna. Gospodarz miał rację. Tutejsze żaby-potwory łaziły po drzewach i ścianach domostw jak małpy.

Magnetofon sing-sing, s. 53:

Rano przy wdzierającym się do wnętrza „długiego domu” świetle mogliśmy stwierdzić, że wszystkich czaszek w chacie jest około trzydziestu, a każda z nich była inaczej spreparowana. (…)
– Cóż chcecie – perorował Gus – my biali kolekcjonujemy zdjęcia swoich krewnych w rodzinnych albumach, a ci tutaj kolekcjonują czaszki co wybitniejszych krewniaków. Z pewnością są to nawet trwalsze pamiątki.
– Tak, masz rację, różnica niewielka. My robimy zdjęcia za pomocą aparatów fotograficznych, oni zaś za pomocą noża albo siekiery.

Magnetofon sing-sing, s. 55:

Ostatnią niespodziankę tego dnia zgotowało nam małe Papuasiątko z wydętą brzuszyną, które rezolutnie wystąpiło nagle z koleżeńskich szeregów i zażądało stanowczo wskazując palcem futerał na moim ramieniu:
– Masta, magnetofon sing-sing!
Ze zdumieniem popatrzyliśmy po sobie. Malec wyraźnie powiedział >>magnetofon<<. A więc musiał podsłuchać naszą rozmowę, prawidłowo skojarzyć w kędzierzawej łepetynie słowo z przedmiotem i oto polsko-greckie słowo zyskało obywatelstwo w tej zapadłej papuaskiej wsi.

Trzydzieści mil, ss. 79, 80:

Lasaro był jednak wirtuozem kierownicy. Na maleńkich odcinkach względnie dobrej drogi „szalał” rozwijając szybkość ponad 20 km na godzinę, na gorszych zaś dusił z silnika wszystkie moce. „Najzabawniejsza” była jego technika brania niektórych zakrętów. Były one tak ciasne, że za jednym zamachem nie dały się pokonać. Lasaro więc cofał wóz, raz, dwa lub więcej, trzymając tylne koła o włos od przepaści, aby zmieścić się wreszcie na wąskiej drodze.

Trzydzieści mil, ss. 78, 80:

– Dam wam swój „Landrover” i policjanta. Zaryzykujecie?
– A daleko do tego Guari? – pytam przezornie.
– Około 30 mil.
– Eh, to w razie czego nawet pieszo… Jedziemy!
Nie wiedziałem wówczas jeszcze nic o papuaskich milach. (…)
Mniej więcej po godzinie jazdy zapytałem Lasaro, ile jeszcze drogi przed nami. Powiedział, że jeżeli nie będziemy stawać, aby masta Stak kisim pikczer (mój przyjaciel filmował bowiem zawzięcie), to za osiem godzin powinniśmy dojechać na miejsce. Zaczynałem powoli rozumieć, co oznacza w Papui odległość 30 mil.

Trzydzieści mil, s. 81:

Krajowiec

Kolejne spotkania z ludźmi wędrującymi skrajem drogi pozwalały nam obserwować bransolety, naszyjniki ze świńskich kłów oraz wspaniałe kwiaty wpięte we włosy wyłącznie… męskie. Dziewczęta też były przyozdobione, lecz chłopcy i mężczyźni zawsze byli strojniejsi. Najnędzniej prezentowały się mężatki – zaniedbane, zamiast ozdób nosiły na głowach najczęściej ciężkie siatki wypełnione słodkimi kartoflami.

Wioska w górach, s. 85:

Palce

Przechadzając się po wiosce stwierdzam w pewnej chwili, że wiele kobiet, zwłaszcza starszych, nie ma wszystkich palców u rąk. Lasaro spieszy z wyjaśnieniami:
– Jeśli dziecko umiera, matka na znak żałoby obcina sobie palec. Tutejszy luluai pewnie już na to nie pozwala, ale kiedyś palce te były noszone na szyi. Ci ludzie należą do szczepu Goilala.
Lasaro rad, że może błysnąć erudycją, kontynuuje swoje informacje:
– Żony tutejszych górali w razie śmierci męża mają obowiązek zakopać go w ziemi, usmarować twarz mułem i nie wychodzić przez miesiąc lub dłużej z chaty, zależnie od tego jak długo trwało małżeństwo i od ilości dzieci. A potem…
– Co potem? – pytam przerażony i czuję, jak mi cierpnie skóra na grzbiecie.
– …Potem żona odkopuje trupa męża, myje go w rzece i niektóre kości zawiesza sobie na ciele, czaszkę zaś nosi ze sobą w plecionej siatce bilum…
Częstuję Lasaro papierosem, żeby schwytać trochę oddechu i mimo woli wyobrażam sobie znajome warszawskie wdowy w żałobie kobiet Goilala.

Ludożercy z lotu ptaka, ss. 101-104:

Notowano skrzętnie wypadki ludożerstwa, o których wieść dotarła do tzw. cywilizowanego świata. Przy tej okazji okazało się, że przejawy te są nader różnorodne, a sposoby przyrządzania ludzkiego mięsa oraz lista dań z niego mogłaby być znacznie dłuższa niż menu w najlepszej paryskiej restauracji. W samej Nowej Gwinei, ze względu na obfitość plemion, szczepów, grup i grupek etnicznych, pomysłowość ludożerców może zaimponować, a samo przygotowywanie „surowca” wywołać koszmarne sny.
(Czytelników obdarzonych wrażliwością, a także wyobraźnią, uprasza się w tym miejscu o przerwanie lektury…)

* No i tu następuje w książce liczący trzy strony opis. Z troski o was, wasze zdrowie psychiczne i żołądki pozwolę go sobie tutaj nie zamieszczać. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Var-sha-va, ss. 130-132:

Pchnąłem niklowe drzwi banku i byłbym cofnął się, gdyby nie Stach. W pomieszczeniu zobaczyłem trzy zatknięte za pas siekiery. Ich uzupełnienie stanowiła trójka brodatych drabów. Każdy z nich miał co najmniej 180 cm wzrostu. Ubrani byli przedziwnie. Wszyscy trzej mieli na gołym ciele czarne, szerokie na dwie dłonie pasy. Podobne noszą u nas żużlowcy na zawodach. (…)
Za takimi to trzema pięknisiami pokornie ustawiłem się w kolejce do okienka pilnie uważając, co będzie się dziać dalej. (…)
Urzędnik w okienku załatwiał ich wszystkich tak, jak u nas załatwia się dokonujących wpłat na książeczkę PKO. Nawet nie spojrzał na swoich klientów.
Jakkolwiek nadeszła moja kolej, nie wytrzymałem. Wybiegłem za ostatnim pięknisiem na ulicę. Warto było. Zdążyłem jeszcze zauważyć, jak mój adonis z pióropuszem odgarnął wdzięcznie liście z pośladków, siadł do… półciężarówki stojącej w pobliżu, zapuścił silnik i odjechał, zręcznie manewrując kierownicą. (…)
Tak, trzydzieści pięć lat, to jednak kupa czasu. Trochę za mało, aby pozbyć się liści z pośladków, ale dostatecznie dużo, aby zrobić prawo jazdy i brać udział w obrocie czekowym. Zaczynało mi się w tym Mount Hagen podobać.

Rzeka ludożerców, s. 156:

Wydobyto także kilka małych figurek (maselais). Wszystkie te rzeźby przedstawiały protektorów szczepu, bożków odpowiedzialnych za zbiory yamu i chroniących zdrowie członków plemienia. Była to więc w komplecie tamtejsza dyrekcja PZU.

Deptacze krokodyli, ss. 172, 173:

Sepik

– Tu, nad Sepikiem, łowy na krokodyle prowadzone są w dość osobliwy sposób… – oficer urwał.
– Prosimy o coś więcej na ten temat.
– Well, występują tu zasadniczo dwa gatunki tych zwierząt. Bliżej ujścia trafiają się krokodyle słonowodne, wyżej – gatunek słodkowodny. W czasie kiedy wody rzeki opadają, a bagna podsychają – słodkowodne krokodyle zagrzebują się grupowo w mule i stają się mniej żywotne. Wtedy właśnie myśliwi oddają się najniebezpieczniejszemu sportowi, jaki znam.
Cała tyraliera krajowców brodzi czasem po szyję w wodzie i wszyscy starają się „wydeptać” krokodyla. Kiedy jeden z nich wyczuje pod stopą gada, zwołuje resztę. Potem ostrożnie stara się odszukać „na macanego” głowę krokodyla. Jeśli to się uda – następuje najtrudniejsza część polowania. Krajowiec nurkuje i wsadza krokodylowi w oczodoły kciuki rąk tak głęboko, jak tylko zdoła. Zaatakowany w ten sposób krokodyl – wiadomo to z doświadczenia – udaje martwego, dopóki czuje na oczach ucisk. Zadaniem reszty myśliwych jest w tym czasie wywindować nad wodę gada razem z myśliwym. Jeśli marudzą zbyt długo i koledze zabraknie powietrza, rzecz kończy się najczęściej tragicznie. Nie ma również ratunku dla tych krajowców, którzy przypadkiem natkną się na słonowodny gatunek krokodyla.
– Jeśli o mnie chodzi, to znam przyjemniejsze rodzaje samobójstwa – powiedziałem po chwili milczenia.

Duchy z Matupit, ss. 210-213:

Wulkan Matupit

Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą być w Rabaulu i nie wpaść na chwilę do… wulkanu. To uchybienie porównać by można tylko z odwiedzeniem warszawskiej Starówki bez szklaneczki wina u Fukiera. Skoro jednak już wulkan – to z całej rodzinki otaczającej miasto należało wybrać przedstawiciela najszacowniejszego, tzn. wulkan Matupit. (…)
Wszystko byłoby dobrze, gdybym gdzieś na wysokości może pięciu metrów od dna krateru nie postawił nogi na zupełnie solidnie z pozoru wyglądającym głazie. Głaz najpierw drgnął, a następnie stoczył się na dno krateru. Ponieważ prawa ciążenia, jak się okazało, obowiązują również na Nowej Gwinei, zmuszony byłem dość raptownie towarzyszyć mu w tej drodze. Przybrałem nawet dość skomplikowaną pozycję, ponieważ chciałem ochronić przed strzaskaniem kamerę, którą trzymałem w ręku. Aparat udało mi się uratować, ale lądowanie miałem dość twarde.
Stach, jak to zwykle bywa w takich okazjach, kwiknął najpierw radośnie, a potem zaczął mnie obłudnie pocieszać, że jako pierwszy przelałem polską krew w kraterze Matupit. „Krew łamagi” myślałem z wściekłością, bo dotychczas wyłącznie Stachowi zdarzały się drobne nieszczęścia, jak np. urwanie zelówki, podbicie oka w samochodzie oraz inne ucieszne wypadki.

Dziki nie jest dziki…, s. 251:

Każdy naród ma podobno taką historię, jakich ma historyków, każda podróż wygląda tak, jak zapisał ją kronikarz. A biali podróżnicy od wieków spotykali wyłącznie „odrażających, dzikich ludzi”, których – po prostu nie rozumieli lub których – przeświadczeni o swojej wyższości – rozumieć nie chcieli. Podbój nowych ziem, wyzysk kolorowych ludów biali zdobywcy traktowali jako przyrodzone im prawo. Własne okrucieństwa, żądzę zysku, grabieże i chęć ujarzmienia ludów kolorowych uznawali za rzecz normalną, natomiast jakiekolwiek odruchy obrony, próby przeciwstawienia się ujarzmieniu nieuchronnie klasyfikowali jako „barbarzyństwo i dzikość”. A jakiż poziom moralny, intelektualny reprezentowali, z nielicznymi wyjątkami, biali odkrywcy? Wielu z nich, zanim dostąpiło zaszczytów, trudniło się zwykłym rozbojem morskim, a wiedza ich ograniczała się do znajomości zasad najprostszej zaledwie nawigacji. Tacy ludzie, pozbawieni najczęściej elementarnego zainteresowania sprawami, nazwijmy je socjologicznymi, kulturowymi – przylepiali zwykle etykietkę dzikusów ludziom stojącym od nich często na wyższym pod wielu względami poziomie, z wyjątkiem umiejętności posługiwania się palną bronią.

Było tego więcej…

Tego typu opisów, anegdot, żartów i historii było znacznie więcej, ale wypisanie ich w tym artykule byłoby bezsensowne: musiałbym bowiem przepisać całą książkę…

Mam jednak nadzieję, że już tych kilka cytatów wystarczyło, aby zachęcić was do zapoznania się z lekturą opisującą pasjonującą wyprawę Wolniewicza i Szwarc-Bronikowskiego na Papuę-Nową Gwineę.

Aha, jeśli będziecie czytać w całości opis przyrządzania ludzkiego mięsa przez tamtejsze ludy, to nie róbcie tego przed obiadem…

Smacznego niedzielnego rosołku.

O Schulzu to Xięga

Lektura arcyciekawej i świetnie napisanej książki „Synowie ludożerców” autorstwa Janusza Wolniewicza już za mną. W najbliższym czasie spodziewajcie się na poSZTUKOwanym jej opisu i ciekawych fragmentów.

Tymczasem biorę się za następną publikację: „Bruno Schulz” Jana Gondowicza, wydaną w ramach kolekcji „Ludzie Czasy Dzieła” przez Edipresse Polska. Traktuje ona właśnie o Bruno Schulzu – wybitnym przedstawicielu Dwudziestolecia międzywojennego, autorze m.in. „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą”, o których pisałem już w jednym z artykułów. (Ta książka o Schulzu to prezent od mojego kumpla Jarka, entuzjasty literatury tego okresu).

Kto wie, może jakimiś przemyśleniami o tym drohobyczańskim prozaiku, grafiku, malarzu, rysowniku i krytyku literackim podzielę się tu, na poSZTUKOwanym? Poczytamy, zobaczymy…

3:2 dla radosnej twórczości

Radosna twórczość

„Chodzi o to, żeby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika”, mawiał wybitny polski trener i działacz piłkarski, Pan Kazimierz Górski. Ale słowa te można odnieść do o wiele szerszego spektrum spraw, niż tylko gry, „w której dwudziestu dwóch mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy” (a to powiedział już Gary Lineker – angielski piłkarz).

Okazuje się, że można to doskonale przypisać do sztuki, a dokładniej: do radosnej twórczości naszego własnego autorstwa.

Gorzka prawda o (radosnej) twórczości

„Tak wiele wierszy ląduje w szaletach” śpiewa w utworze „Banalny” zespołu T.Love mój starszy kolega z liceum – Muniek Staszczyk. Zgodzicie się ze mną?

Ja w tej kwestii też nie mam czym zbytnio się pochwalić. Oficjalnie i bez bicia wręcz przyznaję się: sporo moich tekstów, wierszy i pomysłów – po zapisaniu, czasami już po wprowadzeniu poprawek, nierzadko po odleżeniu swojego czasu – wylądowało potarganych w koszu lub – jeśli były zapisane na dysku twardym – zostało skasowanych. Krótko mówiąc: ‚Wylądowały w szalecie’…

A teraz wy się przyznajcie: też tak macie? I nie chodzi mi tu o jakieś totalne bazgroły nakreślone podczas nudnej rozmowy telefonicznej, którą musieliście odbębnić. A które bez zastanowienia się i tak zabiera się w ostatnią podróż na śmietnik. Mam na myśli waszą własną twórczość: wyrzucacie? chomikujecie? pokazujecie tylko najbliższemu przyjacielowi lub najbliższej przyjaciółce?

A – kontynuując zadawanie (niełatwych) pytań – zastanawialiście się, dlaczego tak w ogóle się dzieje? Co powoduje, że nasze dzieła traktujemy z tak dużym niedocenianiem? Dlaczego nie chcemy podzielić się nimi z innymi? Dlaczego nie chcemy chociaż spróbować zrealizować pomysłów, które wcześniej nam się w głowie pojawiły?

Czyżby „kiepski przepis na ten świat”?

Tekst śródtytułu to oczywiście cytat z utworu „Dorosłe dzieci” zespołu Turbo. Ogromną rolę w naszym młodzieńczym oraz dorosłym życiu odgrywa wychowanie i odebrane wykształcenie. Może nie jeden raz od rodziców, nauczycieli lub innych osób słyszeliście teksty typu: „Nie wychylaj się”, „Nie wybiegaj przed szereg”, „A co pomyślą sobie inni?”. Na egzaminie dzieci i młodzież – jeśli chcą zdać – raczej muszą wstrzelić się w klucz odpowiedzi, niż pochwalić się swoją kreatywnością. I w ten sposób zabijane zostaje całe poczucie wyjątkowości i wiary we własne zdolności. Czyżbyśmy wszyscy mieli być po prostu tacy sami, mieć takie same myśli i robić tak samo? Coś rzeczywiście kiepski jest ten przepis…

A co powiecie o otoczeniu, wywieranej przez niego presji i naszej reakcji na jego wpływ? Boimy się (także pod wpływem wychowania), co sobie o nas ktoś pomyśli. Czyli po prostu czujemy wstyd. Sądzimy, że zostaniemy na przykład wyśmiani. „CO?! Ty wiersze piszesz?!”. „Nooo, fajny pomysł…, ale nierealny!”. Wolimy więc się nie wychylać i po prostu grzecznie, cichutko siedzieć sobie z boku, a sztukę zostawić artystom (w dzisiejszych czasach gatunkowi wymierającemu, ale to temat na osobny artykuł).

Na ten moment przegrywamy 0:2

Tak, powiedzmy sobie wprost: w tym momencie przegrywamy. My i nasza radosna twórczość nie mamy na koncie nic, a strach, obawy i presja zdobyły bramki już dwie.

Ale nie ma czym się smucić: „Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe” – to znów słowa Pana Kazimierza. Świat futbolu zna już niejeden taki przypadek, gdy – wydawałoby się – stracony dla jakiejś drużyny mecz, stał się ostatecznie jej wielkim triumfem i powodem do chwały. Przykłady? Proszę bardzo:

  • 1999 rok: Manchester United – Bayern Monachium. Długo, długo, długo na tablicy wyników widniał wynik 0:1. Ale dwie bramki zdobyte w ostatnich sekundach meczu sprawiły, że to „Czerwone Diabły” wyjechały ze stadionu Camp Nou z trofeum dla triumfatora Ligi Mistrzów.
  • 2005 rok: AC Milan – Liverpool FC. Do przerwy piłkarze z Mediolanu zdobyli trzy bramki (pierwszą już w 53 sekundzie). Futboliści z miasta Beatlesów okrągłe zero. A potem stała się rzecz niewiarygodna: w sześć minut Liverpool odrobił straty, by ostatecznie po rzutach karnych i tańcu Jerzego Dudka zdobyć najcenniejszy piłkarski puchar na Starym Kontynencie.

Dwa przykłady wystarczą.

No to panie trenerze, jakieś pomysły?

Ale nie zostawię tak problemu bez podania rozwiązania. Jakie ono jest? Bardzo proste. Oto kolejny piłkarski cytat: „Jeśli już jesteś w polu karnym i nie wiesz, co zrobić z piłką, to kopnij ją do siatki. A dopiero po meczu porozmawiamy i zastanowimy się nad innymi wariantami zakończenia tej akcji”. Takich słów używał Bob Paisley – znamienity trener zespołu Liverpool FC – wobec tych napastników, którzy w kilku kolejnych meczach nie potrafili zdobyć gola.

Przekładając na naszą sytuację? Nie potrafimy podzielić się naszą twórczością, no to… się nią podzielmy!

Macie jakieś teksty, wiersze, opowiadania lub pomysły wszelkiego rodzaju schowane w czeluściach szuflady? Zróbcie sobie filiżankę herbaty lub kubek kawy, wyjmijcie notatki – niech znowu ujrzą światło dzienne, w spokoju je przejrzyjcie i wprowadźcie ewentualne poprawki. I podzielcie się tym z innymi! Pójdźcie do znajomego lub przyjaciela – może któryś akurat zajmuje się właśnie pisaniem książek. Niech przeczyta, wyda opinię, coś podpowie, naprowadzi. Macie pomysł na biznes? Na zorganizowanie tematycznej imprezy? Na aplikację na smartfona? Niemożliwe, żeby w waszym otoczeniu nie znalazła się chociaż jedna osoba, z którą nie moglibyście na ten temat porozmawiać: kolega prowadzący własną firmę, zapalony tancerz, informatyk.

I przypomnijcie sobie, w jakich czasach żyjemy. Mamy XXI wiek! Nie musimy iść do wydawnictwa i liczyć na znalezienie uznania, by nasze wypocinki zostały wydrukowane. Praktycznie każdy z nas ma pod ręką Internet (np. w smartfonie w kieszeni). To potężne narzędzie. Służy ono nie tylko do oglądania śmiesznych zdjęć kotów. Znacie genialną stronę/narzędzie/platformę (zwał jak zwał) GitBook? Załóżcie tam sobie konto i piszcie. Wrzucajcie swoje teksty. Są one chronione odpowiednimi prawami, więc nikt wam ich nie zakosi. A zawsze można zebrać całkiem niezły feedback. Zobaczcie, co jest z waszymi tekstami w porządku, a co trzeba poprawić.

Wykorzystajcie Facebooka i inne kanały tego typu

Każdego tygodnia – na swoim fanpage’u – do dzielenia się własną twórczością zachęca Andrzej Tucholski (wg Rankingu Jasona Hunta zaliczany do grona najbardziej wpływowych blogerów w Polsce). W ramach „Niedzieli Dzielenia” każdy może podzielić się tym, co w ciągu minionego tygodnia napisał, namalował, zaprogramował, upiekł, stworzył, zrobił itp. I oczywiście sprawdzić, co zrobili inni. Na tym to przecież polega: odrzućmy egoizm – współpracujmy.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byście i w komentarzach do tego artykułu podzielili się swoimi dokonaniami. Pozostawcie link prowadzący do waszego artykułu, bloga, komiksu… Wpiszcie tu swój wiersz… Działajcie.

Remis? Już lepiej, ale nie jest on jeszcze zwycięski

W piłce nożnej (i innych sportach zresztą też) funkcjonuje pojęcie „zwycięskiego remisu”. W skrócie: gdy rozgrywki polegają na tym, że drużyna lepsza w dwumeczu przechodzi do kolejnej rundy, a gorsza odpada, to jeśli np. w pierwszym starciu wygrywa zespół X, to w drugim wystarczy mu zremisować, a i tak to on awansuje. Właśnie to nazywa się zwycięskim remisem.

Ale nas on nie zadowala…

Ostatnie sekundy boju – możemy jeszcze wygrać

Oto na boisku pojawia się nowy zawodnik. Wypoczęty, ma mnóstwo sił, jest głodny gry i pełen woli walki. Oto z numerem 10 – Kabanos!

Jeśli śledzicie mojego bloga, to już parę razy natknęliście się na tego gracza. Chociażby w artykule Laszuraburej i laszuraba oraz poSZTUKOwany się najadł…

Zespół Kabanos znany jest nie tylko z tego, że konsekwentnie podąża własną ścieżką. Na ostatniej swojej płycie – „Balonowy Album” – zawarł utwór, który jasno mówi o ich sposobie podejścia do tworzenia. Też chciałbym taki mieć. I was zachęcam do takiego samego.

Oto kilka cytatów (autorstwa Zenka Kupatasy), które zasługują na wyróżnienie:

Uwielbiam tę piosenkę i mam gdzieś
Jakie są trendy teraz, co ja muszę? Nic nie muszę

Powiedz mi mistrzu, widzę, że znasz się
Co ludzie łykną, czego pragną, o czym myślą
A ja Ci powiem, najważniejsze jest
Śpiewać to co się chce, szczerze co się chce

Nie ma zdania, gdzie wszyscy zgadzają się
Jeszcze się nie narodził, co by każdemu dogodził
Jeśli masz pomysł, to się za niego bierz
Odwagi dać każdemu, by się nie bał robić po swojemu

No i refren:

Moja piosenka
Nie musi się podobać
Nie musi opowiadać
Nie musi się sprzedawać
Nasza piosenka
Nie musi mieć trzech minut
Nie muszą grać jej w radiu
Nie musi mieć sensu

HEJ!!! To do WAS należy wasza radosna twórczość! To WY jesteście jej autorami!

Kto wygrał mecz?

Z ogromną radością chcę was poinformować, że właśnie wygraliśmy mecz! Jest 3:2!

Szampany i aplauz!

Co prawda już na samym początku otrzymaliśmy dwa poważne ciosy (wychowanie w duchu nie wychylania się oraz często miażdżącej presji otoczenia), ale sami wyprowadziliśmy trzy zabójcze akcje: poprosiliśmy o pomoc kogoś z doświadczeniem w danej dziedzinie, publicznie podzieliliśmy się twórczością oraz zrozumieliśmy, iż najważniejsze i tak jest to, że tworzymy to, co nam się podoba. A że dzieło jest nasze, to (mimo tego, że warto słuchać konstruktywnej krytyki) ostatecznie i tak do nas należy decydujące słowo.

Bo w sztuce piękne jest to, że każdy może robić ją po swojemu…

Nawet jeśli nasza książka, wiersz lub tekst okażą się słabe, nasza rzeźba się rozpadnie, aplikacja na smartfona nam go zawiesi, krótko mówiąc: pomysł nie wypali… To trzeba pamiętać o jednej sprawie – nie od razu nauczyliśmy się jeździć na rowerze. Wyciągnijmy wnioski i weźmy się za następne pomysły i ich realizację. Jak powiedział inny z trenerów zespołu Liverpool FC, Gerard Houllier: „Gdy spadniesz z roweru, a wciąż chcesz się nauczyć jeździć, wsiądź na niego natychmiast”.

***

Tyle w tym artykule cytatów, że na koniec dołożę jeszcze jeden. Już taki od czapy, nie w temacie sztuki, choć także piłkarski, autorstwa Emlyna Hughesa. Zażartował on kiedyś: „Liverpool is magic, Everton is tragic”.

Pozdrowienia dla kibiców „The Toffees”…

***

I jeszcze serdeczne pozdrowienia dla Pana Waldemara, mojego wychowawcy i nauczyciela informatyki w szkole średniej, który często (chociażby w stosunku do naszych sprawdzianów) używał tego właśnie określenia – „radosna twórczość”. Dziękuję za inspirację.

Czytając z kundelkiem w dłoni

Czytając z kundelkiem w dłoni

Z głośników płyną dźwięki kolejnych utworów pochodzących z albumu „Once More with Feeling” zespołu Placebo… W kuflu skrzy się „ciemny, gęsty, konkretnie dymiony Koźlak w stylu bamberskim”, czyli wędzone piwo „jak w dym” od browaru PINTA… A przede mną ekran z pustym miejscem, które zaraz przyjdzie mi zapełnić znakami kolejnego artykułu – już piętnastego na moim blogu…

Od opublikowania moich poprzednich wypocin – Czy zachowałbym się tak jak Kurt? – mijają już dwa tygodnie. Najwyższy więc czas, by przedstawić wam coś nowego. Dzisiaj jest to artykuł, który obiecałem wam już jakiś czas temu – w zakończeniu tekstu „Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty” z 11 września 2015 roku.

A więc oto i on: zapowiedziany artykuł o e-bookach i czytnikach.

Czytnik w życiu codziennym

Na początku roku 2015 postanowiłem sobie, że nabędę czytnik e-booków. Mój cel zrealizowałem w sumie bardzo szybko – po (chyba nawet niecałych) dwóch miesiącach trzymałem już w rękach urządzenie Amazon Kindle (w sprowadzeniu go ze Stanów Zjednoczonych pomógł mi mój znajomy. Zapytacie: „a nie łatwiej było po prostu pójść do sklepu w Polsce, tylko go tak przez ocean ciągnąć?” Może i było łatwiej, ale ściągnięcie go ze Stanów wyszło zdecydowanie taniej…).

Z moim „kundelkiem” zaprzyjaźniłem się bardzo szybko. A kiedy z niego korzystam? Najczęściej robię to w autobusie – jadąc do pracy lub z niej wracając. Myślę, że to najlepsze wykorzystanie tych spędzonych w podróży czterdziestu minut. Ponieważ mój czytnik nie ma podświetlanego (albo nadświetlanego) ekranu, czytam tylko wtedy, gdy jest widno: zimą jest to albo jadąc na drugą zmianę, albo wracając ze zmiany pierwszej. Latem – gdy dzień jest dłuższy – dojdzie jeszcze czytanie rano, czyli przed godziną szóstą. Czytanie po nocce nie wchodzi w grę: zasypiam tuż za bramą zakładu i budzę się w momencie, gdy trzeba już wysiadać…

Zdarza mi się też zabierać czytnik ze sobą wtedy, gdy wiem, że będę musiał gdzieś dłużej poczekać. Czyli na przykład udając się do urzędu lub przychodni.

Plusy i minusy?

Ponieważ korzystam z niego już prawie rok, śmiało mogę dokonać konkretnej, popartej doświadczeniem oceny. Pierwotnie planowałem wypisać w formie listy kilka zalet czytników, a potem dla równowagi i sprawiedliwości wymienić (w takiej samej formie) kilka ich wad. Ale zmieniłem ten zamiar: postanowiłem informacje te przedstawić trochę inaczej. Zafunduję wam po prostu rozbudowany opis kilku rzeczy i spraw, na które najbardziej zwróciłem uwagę.

Poręczność

To chyba największa zaleta czytników sześciocalowych, czyli takich jak ten, który posiadam ja (na rynku dostępne są też większe modele – mające na przykład osiem lub dziesięć cali). Jak przed chwilą wspomniałem, czytam głównie w autobusie. Na moim Kindlu przeczytałem całą „Trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego. Ciężko byłoby mi za każdym razem taszczyć gruby tom. Tymczasem czytnik, mający niewielkie wymiary – mniej więcej 17 na 12 cm (z etui ciut więcej) – jest bardzo poręczny. Bez problemu mogę więc spakować go do torby między bułki a czyste skarpetki. I mieści o wiele więcej, niż jeden tom książki (o tym poniżej).

Pojemność

Jak byście zareagowali, gdybyście się dowiedzieli, że wasz sprzęt elektroniczny ma 4 GB pojemności? Gdyby chodziło tu o tablet albo o smartfona, wasza negatywna lub wykpiwająca reakcja byłaby całkiem normalna: kilka aplikacji, trochę zdjęć i miejsca już brak. Natomiast w wypadku czytnika 4 GB (czasem 2 GB + możliwość „wtyknięcia” karty pamięci) to mnóstwo miejsca: nawet opasłe tomy – czyli także i wspomniana „Trylogia husycka” – zajmują bowiem zaledwie po kilka megabajtów.

To rewelacyjna wiadomość dla wszystkich bibliofilów wyjeżdżających na wakacje lub w jakąś inną podróż, na przykład służbową. Po co zrywać kręgosłup dźwigając kilogramy papieru, skoro można schować – nawet i do kieszeni – urządzenie ważące nieco ponad 200 gramów…

Gdzie „to coś”?!

Tutaj mogą zaprotestować osoby, które wolą tradycyjne książki ze względu na „to coś”. Ci, którzy uwielbiają upajać się zapachem papieru (a może kleju? To niewybredny żart oczywiście…) i wyczuwać go pod palcami, w przypadku czytnika srodze się zawiodą. Plastik bowiem ani trochę nie pachnie tak jak „spilśniona na sicie masa włóknista pochodzenia organicznego o gramaturze od 28 do 200 g/m²” (ten jakże mądrze wyglądający tekst pochodzi z Wikipedii).

Akurat te „braki” mnie osobiście nie przeszkadzają. Chociaż jest jednak coś, co w tej kwestii także i w moim odczuciu bardziej przemawia za papierową wersją: zgromadzona w biblioteczce spora kolekcja pięknie oprawionych i zadbanych książek wygląda naprawdę majestatycznie (tak, to właściwe słowo określające ten cudowny widok).

Podkreślanie i zaznaczanie

Mówię otwarcie: nie przepadam za pisaniem po książkach. Nie mogę też znieść zagiętych rogów i poplamionych stronic. Dlatego czytając „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza (prezent od żony), założyłem sobie zeszyt, do którego przepisywałem ciekawe i interesujące mnie fragmenty. Mało wygodne, prawda? Tymczasem w czytniku nie mam z tym najmniejszego problemu: zaznaczam taki interesujący mnie tekst po prostu przejeżdżając po nim palcem. Chcę później do niego wrócić? Ależ proszę bardzo – wszystko odbywa się sprawnie i komfortowo (pod warunkiem posiadania czytnika z ekranem dotykowym. Troszkę ciężej wygląda zaznaczanie – i ogólnie samo korzystanie – w przypadku modelu posiadającego fizyczną klawiaturę). Z tego udogodnienia skorzystałem pisząc dla was artykuł Trylogia husycka – cytaty wybrane.

Nie rozprasza

Ktoś z was może powiedzieć: „ale po co wydawać pieniądze na czytnik, skoro w tej samej cenie można kupić już jakiś tablet – urządzenie posiadające o wiele więcej funkcji i możliwości?”. No niby racja. Ale właśnie dzięki temu, że czytnik umożliwia tylko czytanie książek, po prostu nie ma jak się rozproszyć! Nie kuszą ani wyskakujące powiadomienia z twarzoksiążki, ani przychodzące e-maile czy wiadomości. Korzystanie z czytnika to obcowanie tylko pomiędzy czytelnikiem a tekstem – tak jak przy wersji tradycyjnej. No dobra, na moim Kindlu jest jeszcze zainstalowana przeglądarka internetowa. Ale jest ona na tyle prymitywna, że korzystanie za jej pośrednictwem z Internetu nie jest wygodne. Zresztą jaki sens ma oglądanie śmiesznych zdjęć kotów w kilku odcieniach szarości…

Bateria

Smartfony i tablety stały się już nieodłączną częścią naszego życia. Równie istotne znaczenie mają jednak… ładowarki. Mnogość możliwości i stopień korzystania ze współczesnych urządzeń sprawiają, że trzeba je ładować w zasadzie codziennie. Nic dziwnego, że niektórzy z nas z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy telefon (swoją wielkością i ciężarem przypominający cegłę lub bloczek Ytong) ładowało się raz na dwa tygodnie…

Także i przy korzystaniu z czytnika nie obejdzie się bez ładowarki. Ale ponieważ w ich wyświetlaczach zastosowana jest zupełnie inna technologia – E Ink – energia pobierana jest tylko podczas samej zmiany strony (wyświetlanego obrazu). Co ile więc „karmię” mojego „kundelka”? Mniej więcej raz na dwa tygodnie.

Gdzie jest najbliższa księgarnia? Czyli słów kilka o dostępności e-booków

Chcesz poczytać książkę? Idziesz do księgarni lub antykwariatu i kupujesz. Albo wchodzisz na stronę internetową i zamawiasz. Nie chcesz wydawać pieniędzy? Udajesz się do biblioteki bądź nabywasz ją za pośrednictwem bookcrossingu.

A jeśli chcesz pozyskać e-booki na swój czytnik? Korzystasz z internetowego sklepu oferującego takowe pozycje lub za darmo pobierasz je z odpowiedniej strony (mam tu na myśli oczywiście legalne serwisy, takie jak na przykład Wolne Lektury, a nie torrenty…).

Podsumowanie

W tym momencie jest to już chyba wszystko, co przyszło mi do głowy na temat czytników. Jeśli jeszcze coś kiedyś mi się przypomni, to – kto wie – może powstanie jakiś sequel tego artykułu.

Tymczasem jeszcze tylko sprawdzę ten tekst od początku do końca, ustawię odpowiednie kategorie, właściwie otaguję, dodam jakieś zdjęcie tytułowe, opublikuję, link wrzucę na twarzoksiążkę, trochę się ogarnę, przebiorę w piżamkę, umyję ząbki i pójdę spać. Tym bardziej, że za oknem już ciemno, piwo dawno mi się skończyło, a płyta Placebo leci już trzeci albo czwarty raz…

***

Placebo – rockowo-alternatywny zespół muzyczny założony w 1994 roku w Londynie.

„Once More with Feeling – Singles 1996-2004” – kompilacja zawierająca najważniejsze single zespołu Placebo, wydana 25 października 2004 roku.

***

„jak w dym” – ciekawy w smaku dymiony Koźlak od browaru PINTA. Ekstrakt: 16,5% wag.; IBU (goryczka): 28; Alkohol: 6,9% obj.

***

Słodki ten piesek na zdjęciu tytułowym, prawda? Foto – przyznaję się – gwizdnąłem z jakiejś strony z tapetami…

Sklepy cynamonowe – cytaty wybrane

Dzisiaj rano, w okolicach godziny siódmej dwadzieścia, nucąc sobie radośnie pod nosem piosenkę „Zacznij od Bacha” Zbyszka Wodeckiego, wpadłem na pomysł na kolejny artykuł. Pomyślałem sobie, że skoro wypisałem niedawno cytaty z „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego, to dlaczego nie miałbym wypisać ich z kolejnej książki?

Jej wybór był tutaj dla mnie jasny i oczywisty. Jakiś czas temu – może rok – dostałem ją w prezencie od żony. Naprawdę bardzo się wtedy ucieszyłem, bo była to książka, którą od dawna chciałem przeczytać w całości (w szkole było omawiane chyba tylko jedno opowiadanie): „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza.

(Książka, którą dostałem od żony, zawiera dwa łączące się ze sobą zbiory opowiadań: właśnie „Sklepy cynamonowe” i „Sanatorium pod Klepsydrą”, a także jeszcze tekst „Rzeczywistość zdegradowana (Rzecz o Brunonie Schulzu)” Artura Sandauera).

Pełna mitycznych, fascynujących, onirycznych opisów, porównań i przenośni, zauroczyła mnie już od samego swojego początku. Ponieważ chciałem mieć możliwość szybciej wracać do interesujących mnie fragmentów, założyłem specjalny zeszyt, do którego je przepisywałem (nie znoszę malowania, pisania, rysowania po książkach. Zwłaszcza takich pięknych, mających już swoje lata).

Teraz, dzięki temu, łatwiej mi się podzielić z wami tym, co wyjątkowo mi się w tej książce spodobało. Zapraszam do lektury:

Sklepy cynamonowe, Sierpień:

Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla wielkiej tragedii słonecznika.

Sklepy cynamonowe, Ptaki:

(…) zakopcone przestrzenie strychów – czarne, zwęglone katedry, najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów – ciemne płuca wichrów zimowych.

Sklepy cynamonowe, Pan Karol:

W pokoju panował odstały półmrok z osadem wielu dni samotności i ciszy.

Sklepy cynamonowe, Ulica Krokodyli:

Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek.

Sanatorium pod Klepsydrą, Wiosna:

Jedne z tych prędkich i zgrabnych dziewcząt śpieszą do pracy, do sklepów i biur, inne na schadzki, ale przez chwil parę, podczas których przechodzą przez ażurowy kosz alei dyszący wilgocią kwiaciarni i nakrapiany trelami ptaków – należą do tej alei i do tej godziny, są – nie wiedząc o tym – statystkami tej sceny w teatrze wiosny.

Trony więdną nie zasilane krwią, żywotność ich rośnie tą masą krzywdy, zaprzeczonego życia, tego wiecznie innego, co zostało przez nie wyparte i zanegowane.

Sanatorium pod Klepsydrą, Dodo:

Bo jakże można było kontynuować rozmowę, gdy na przykład na pytanie, czy towarzyszył matce w drodze na wieś, odpowiadał tonem minorowym: „nie wiem”, i była to smutna i zawstydzająca prawdomówność, gdyż pamięć Doda nie sięgała w istocie poza chwilę i najbliższą aktualność.

(…) okazało się, że był już niejako wycofany z obiegu, nie należał do wspólnoty ludzi rozumnych.

(…) byli to towarzysze specjalnego gatunku, nie w znaczeniu koleżeństwa i wspólności interesów, ale w sensie wysoce problematycznym i nie przynoszącym zaszczytu.

Z satysfakcją mówił nieuleczalnie chorym o czekającej ich śmierci. Z wizyt kondolencyjnych korzystał, by przed skonsternowaną rodziną poddawał ostrej krytyce żywot zmarłego, po którym jeszcze łzy nie obeschły.

Sanatorium pod Klepsydrą, Edzio:

(…) gdy leżą w pokojach tego domu bezwładni jak mak w przegrodach wielkiej, głuchej makówki.

Sanatorium pod Klepsydrą, Emeryt:

Nie, oni po prostu dzielą czas na drobne polana, gospodarują czasem, zapełniają piwnice dobrą i równomiernie porżniętą przyszłością na zimowe miesiące.

Odbiór twóczości

Także i wam podobają się te fragmenty? Należycie więc do jednej grupy wraz ze mną i m.in. Witkacym, Antonim Słonimskim, Arturem Sandauerem, Jerzym Ficowskim i Julianem Tuwimem. Nie podobają się? No trudno. Przecież nie muszą. W okresie międzywojennym, ale także i później, również znalazło się sporo osób, które twórczość Schulza oceniały negatywnie.

Hmm, mam pomysł. Tych kilka(naście) cytatów to w sumie trochę mało, żeby oceniać czyjąś twórczość. Przeczytajcie więc całość. Nie macie tej książki w domu? No to odsyłam was do jednego z moich poprzednich artykułów – zobaczcie, na ile sposobów możecie ją zdobyć. A potem podzielcie się wrażeniami z lektury w komentarzach.

***

Chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Bruno Schulzu? Przeczytajcie więc ten artykuł na Wikipedii. Tutaj mają być bowiem tylko cytaty, a nie biografia artysty…

Trylogia husycka – cytaty wybrane

W moim poprzednim artykule – „Powrót z wojny” – zapowiedziałem powstanie tekstu z wybranymi cytatami z „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego.

Tak więc bez wdawania się w długie wstępy, umieszczam poniżej garść wybranych fragmentów, które szczególnie mi się spodobały. Z jedną tylko uwagą: moje poczucie humoru może być (i zapewne jest) trochę inne niż wasze. Zresztą nie wszystkie poniższe cytaty mają charakter satyryczny.

Narrenturm, wstęp:

Nie sprawdziły się mroczne proroctwa chiliastów, przepowiadających nadejście Końca dość precyzyjnie – na rok mianowicie 1420, miesiąc luty, poniedziałek po świętej Scholastyce. Ale cóż – minął poniedziałek, przyszedł wtorek, a po nim środa – i nic. Nie nastały Dni Kary i Pomsty, poprzedzające nadejście Królestwa Bożego.

(…)

Koniec świata nie nastąpił. Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.

Ale i tak było wesoło.

Narrenturm, rozdział 9:

Warto pamiętać, że Szarlej jest demerytem, czyli księdzem, który w odosobnieniu odbywa pokutę za złamanie prawa kanonicznego:

Oczy Szarleja, zielone jak szkło butelki, były bardzo dziwne. Gdy się w nie spojrzało, dłoń machinalnie sprawdzała, czy sakiewka jest na miejscu, a pierścień na palcu. Myśl z niepokojem biegła ku pozostawionym w domu żonie i córkach, a wiara w cnotę niewieścią obnażała całą swą naiwność. Nagle traciło się wszelkie nadzieje na zwrot pożyczonych pieniędzy, pięć asów w talii do pikiety przestawało dziwić, autentyczna pieczęć pod dokumentem zaczynała wyglądać cholernie nieautentycznie, a drogo kupionemu koniowi zaczynało dziwnie rzęzić w płucach. To właśnie się czuło, gdy patrzyło się w butelkowo zielone oczy Szarleja.

Boży bojownicy, rozdział 2:

Reinmar i Samson Miodek po „przesłuchaniu” Jana Smirzyckiego:

– Bywaj, Samsonie. Aha, zapomniałem ci podziękować. Za telepatycznie przekazywane sugestie. To dzięki nim tak gładko poszło nam ze Smirzyckim.

Samson spojrzał na niego, a jego kretyńskie oblicze rozjaśnił nagle szeroki kretyński uśmiech.

– Poszło gładko – powiedział – dzięki twemu sprytowi i inteligencji. Ja mało pomogłem, niczym się nie przysłużyłem, jeśli nie liczyć rzucenia w Smirzyckiego beczką. Co się zaś tyczy sugestii, to żadnych ci nie dawałem. Telepatycznie ponaglałem cię tylko, prosiłem, byś się spieszył. Bo okropnie chciało mi się sikać.

Boży bojownicy, rozdział 6:

Huncleder i jego szulerzy, Szarlej, Manfred von Salm, Istvan Szeczy, Amadej Bata, Habart Mol oraz kaznodzieja grają w kości. Huncleder oszukuje:

– To był – uśmiechnął się Huncleder ospowatym półgębkiem – tylko żarcik. Taki mały żarcik tylko.

– W samej rzeczy – Szarlej zrewanżował się uśmiechem. – Mały, ale gustowny. I ucieszny. Raz w Norymberdze byłem świadkiem, jak za taki sam żarcik przy grze na pieniądze połamano kosterze obie ręce. Na kamiennym progu, za pomocą kowalskiego młota. Uśmialiśmy się, powiadam wam, do rozpuku.

Boży bojownicy, rozdział 8:

Szarlej próbuje dogryźć pewnej starej, przechwalającej się babie:

Nie widziałaś ty, starko, króla w życiu. Chyba że Heroda na jasełkach.

Boży bojownicy, rozdział 10:

Zdanie czarodzieja Telesmy na temat amuletów i ich poręczności:

Twierdzenie, że im masa amuletu znaczniejsza, tym większa jego moc, było truizmem, do tego truizmem wielce kłopotliwym. Sama natura czarodziejskich periaptów żądała wszak, by były poręczne. Talizman miał sens, gdy można go było nosić przy sobie – w kieszeni, za pazuchą, na palcu. Co z tego, mawiał Telesma, że sprasowany i ususzony bocian pozwala bezproblemowo czytać w cudzych myślach? Że zmumifikowana trupia noga niezawodnie chroni przed urokami? Gdzie to nosić? Na sznurku na szyi? Głupio się wygląda.

Boży bojownicy, rozdział 21:

Wstęp do rozdziału:

Rozdział dwudziesty pierwszy, w którym różne osoby – z różnych perspektyw – obserwują, jak też poczyna sobie historia. A historia, zerwawszy się z łańcucha, poczyna sobie jak cholera. I pokazuje, co potrafi.

O składzie osobowym ekipy husyckich agitatorów i ich zadaniach:

Razem jechali Drosselbart jako agitator, Rzehors jako pomocnik agitatora, Reynevan jako pomocnik pomocnika, Szarlej jako pomocnik Reynevana, Berengar Tauler jako zbytek łaski i Samson jako Samson.

Boży bojownicy, rozdział 24:

O broni, amunicji i prochu:

Stabilny i łatwo zapalny granulat otrzymywano poprzez zraszanie mielonego prochu ludzkim moczem, przy czym najlepsze efekty dawał mocz ludzi dużo i często pijących. Nie dziwota tedy, że proch wytwarzany w Polsce cieszył się na rynku zasłużenie dobrą renomą, a polskie młyny prochowe zasłużoną sławą.

Boży bojownicy, rozdział 25:

Rozmowa Reynevana i Brazdy z Klinsztejna w husyckim obozie:

– Mieliśmy jeszcze jednego księdza, ale niemocny był, słabował. Zmarło mu się. Pod Dusznikami go pochowalim. Będzie dwie niedziele temu.

– Zostaliście… – Reynevan odchrząknął. – Zostaliśmy więc bez pociechy duchowej?

– Jest wódka.

Lux perpetua, rozdział 2:

Rozmowa Reynevana i Allerdingsa na poważny temat:

– Jako żywo. A wiesz, co jest paradoksem?

– Nie wiem.

– To, że szkodząc kanonikowi, biskup szkodzi sam sobie. Otto Beess był we wrocławskiej kapitule praktycznie jedynym wciąż popierającym biskupa w kwestii nieograniczonej władzy papieża; reszta prałatów i kanoników coraz otwarciej deklaruje koncyliaryzm. Biskup intrygami pozbywa się stronników, marnie się to może dla niego skończyć. Sobór w Bazylei coraz bliżej. Wiele zmian może ten sobór przynieść… Czy ty mnie słuchasz? Co tam robisz?

– But czyszczę. W gówno wdepnąłem.

Lux perpetua, rozdział 10:

Biskup ma nową kochankę, Klaudynę Haunoldównę. Przybywa do niego – jak zwykle z poufnymi sprawami – Pomurnik:

Pomurnik wiedział, że można było przy niej spokojnie mówić o wszystkim. Nadzwyczajną urodę i nieprzeciętne walory ciała natura zrównoważyła u Klaudyny niedoborami. Głównie w mózgu.

Lux perpetua, rozdział 12:

Rixa Cartafila de Fonseca do Reynevana:

Staniemy na nocleg w Rogoźnicy, „Pod Bocianem”, tam jest bezpiecznie, a pchły występują w ilościach rozsądnych i akceptowalnych.

Reynevan i Rixa przekomarzają się, które z nich jest groźniejsze i bardziej przeklęte:

– Ja miałbym się lękać? – Reynevan z poważną miną włączył się do gry. – Ja? Ja jestem jeszcze lepszy. Jestem czarnoksiężnikiem, znam artes prohibitae. Mam to we krwi, cały na wskroś jestem przesycony straszliwą czarną magią. Gdy sikam, nad strugą moczu pojawia się tęcza.

Lux perpetua, rozdział 17:

Reynevan, Szarlej, Samson i Rixa siedzą mocno strapieni na skraju pogorzeliska:

– Paskudna rzecz – odezwała się wśród milczenia Rixa. – Paskudna rzecz, wojna w zimie. Der böse Krieg, jak na to mówią. Latem, jak chałupę spalą, to chociaż las pożywi, liściowie przed chłodem uchroni, z pól da się coś zebrać… A zimą to wyrok. Prowadzenia wojny zimą powinno się zakazać.

– Jestem za – kiwnął głową Szarlej. – Nienawidzę srać na mrozie.

Lux perpetua, rozdział 20:

Rozmowa Biedrzycha i Reynevana, który wraca do swoich kompanów po wyzdrowieniu:

– To dobrze. Gdzie jest Szarlej?

– Tam – Biedrzych wskazał na dalekie łuny. – Zajmuje się obniżaniem ekonomicznej pozycji księstwa raciborskiego. Awansował. Dowodzi oddziałem specjalnego przeznaczenia. Nazywają ich Podpalaczami.

Andrzej Sapkowski wielkim pisarzem jest

Zaprezentowałem tutaj tylko część z wielu fragmentów, które mi się spodobały. Po więcej odsyłam już do książki – poznajcie je sami i sami się przekonajcie o pisarskim kunszcie autora – Andrzeja Sapkowskiego (to ten pan ze zdjęcia tytułowego) – i jego niesamowitym poczuciu humoru.

A może któryś z powyższych cytatów spodobał się również wam? Albo też czytaliście „Trylogię husycką” i jakiś jeszcze inny fragment zwrócił waszą uwagę? Pod artykułem jest możliwość zostawienia komentarza. Skorzystajcie z niej, zapraszam. Wystarczy, że podacie tylko swój adres e-mailowy (nie będzie później widoczny) oraz imię lub pseudonim, pod jakim ma być widoczny wasz post.

***

Żeby później nie było: nie jestem autorem zdjęcia tytułowego. Pochodzi ono z tej strony, a w znalezieniu go pomógł mi Wujek Google.

Powrót z wojny

Kilka dni temu (a dokładniej: w sobotę) zakończyłem pochłanianie ostatniego tomu „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego. W miejscu tym chciałbym bardzo serdecznie podziękować przeziębieniu i spowodowaną przez nie koniecznością siedzenia w domu. Gdyby nie taki „przyspieszacz”, pewnie zeszłoby mi jeszcze trochę czasu, nim dotarłbym do końca tej powieści. A tak, w ciągu dwóch dni przeczytałem 2/3 książki.

Dzięki temu już teraz mogę podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami, wnioskami i przemyśleniami. Takimi jeszcze świeżutkimi – „na gorąco” – i takimi już odstanymi. Wszak te trzy fantastyczno-historyczne powieści: „Narrenturm” (czyli: Wieża błaznów), „Boży bojownicy” i „Lux perpetua” (czyli: Światłość wiekuista), to naprawdę konkretne tomy: zarówno pod względem objętości jak i treści, przeczytanie ich trwało więc trochę dłużej niż przyswojenie sobie „Naszej szkapy” czy nawet „Lalki”.

Wnioski i wrażenia, przemyślenia i spostrzeżenia

Nie bez kozery powiem: powieść Andrzeja Sapkowskiego to najlepsza lekcja historii, jaką kiedykolwiek dane mi było odebrać.

Całe tło historyczne i mnóstwo szczegółów, takich jak nazwiska władców, królów, duchownych, przywódców wojskowych, stronnictw, a także dat, wydarzeń, bitew i sposobu ich prowadzenia jest zgodnych ze stanem faktycznym: wojny husyckie w XV wieku, Jan Žižka, Prokop Wielki zwany Gołym, Konrad IV Starszy (oleśnicki) – biskup wrocławski, Jan Ziębicki, Sierotki, bitwa pod Starym Wielisławiem, Tabor… Nie mówiąc już o nazwach geograficznych i miejscach – te bez problemu można odnaleźć na mapach i wśród źródeł historycznych, np. Zamek Troski (zbudowany na dwóch skałach, zwanych Baba i Panna. Jego ruiny można dzisiaj oglądać w tzw. Czeskim Raju). To właśnie z tej książki, a nie z lekcji w szkole, po raz pierwszy dowiedziałem się o wojnach husyckich! I to od razu z tyloma szczegółami.

Andrzej Sapkowski rewelacyjnie odtwarza też realia epoki: obyczaje, zachowania, język postaci. Co prawda zdarza się, że pewne sprawy trochę przeinacza albo przyspiesza. Chociażby jeden z bohaterów – Szarlej – posługuje się praską strzelbą, tzw. „rucznicą zdradną”, czyli krótką, noszoną w ukryciu (np. pod płaszczem) bronią. Tymczasem w rzeczywistości strzelb takich zaczęto używać dopiero jakieś 70 lat później, niż ma to miejsce w powieści.

Jednakże do wszystkich takich historycznych i chronologicznych „przekrętów” autor „przyznaje się” w przypisach i dodatkach kończących każdy tom trylogii. Zresztą przypisy te stanowią naprawdę bogate źródło informacji dodatkowych, a także zawierają wyjaśnienia wielu obcojęzycznych (zwłaszcza czeskich i łacińskich) słów i tekstów występujących w powieści. Oczywiście nie wszystkich, czym Sapkowski daje możliwość wykazania się czytelnikowi, jeśli ten chce zdobyć więcej informacji.

Wracając do takich historycznych „przekrętów” – gdyby nie przypisy, 99% (szacowanie to nie jest poparte badaniami) czytelników, w tym i ja, nawet by się nie domyśliło takich niezgodności.

Oczywiście wiele postaci (w tym główny bohater – Reinmar z Bielawy – oraz jego towarzysze: demeryt Szarlej i Samson Miodek), wątków i wydarzeń zrodziło się w głowie autora i zostało przez niego dodanych. To jasne jak słońce, wszak „Trylogia husycka” nie jest biografią, dokumentem czy ścisłą relacją historyczną. Do głowy przychodzi mi tu porównanie jej  z „Potopem” Henryka Sienkiewicza. Niby także opisuje on wydarzenia historyczne, ale czy na pewno Andrzej „Babinicz” Kmicic był na Jasnej Górze i brał udział w obronie klasztoru? Jednakże nawet wielu kronikarzy opisując prawdziwe wydarzenia i historie też mocno naściemniało, mnóstwo rzeczy – zwłaszcza bohaterskich sukcesów – podkoloryzowało, a o wielu – głównie porażkach – „niechcący” zapomniało. Dlaczego więc od powieści fantastycznej mielibyśmy wymagać całkowitej zgodności z faktami?

Mało historyczny w trylogii Sapkowskiego jest za to wątek magiczny. Trzeba jednak przyznać, że dodaje on powieści niesamowitego kolorytu i ani trochę nie przeszkadza. A opis egzorcyzmów, jakie odprawiali Reinmar i Szarlej? Jedna z najgenialniejszych scen książki!

Ale ciekawe były nie tylko egzorcyzmy. W całej trylogii nie było ani jednego fragmentu, który mógłbym określić mianem nudnego. Co więcej, większość książki czytałem z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać jak dana sytuacja się rozwinie i jak zakończy. A gdy dotarłem już do samiuteńkiego końca serii, pierwszą myślą było: „To już?!” Nie, nie dlatego, że historia nagle urwała się niewyjaśniona. Dlatego, że chciałoby się więcej takich genialnych motywów, opisów i fragmentów.

No i jeszcze znajdujące się na początku każdego rozdziału krótkie streszczenie tego, co będzie się w nim działo. Mistrzostwo przez wielkie, pogrubione M!

The best of

W czasie czytania wiele z takich tekstów, które najbardziej mi się spodobały, sobie zaznaczałem (sporym ułatwieniem było to, że trylogię czytałem na moim Kindlu. Wystarczyło więc przycisnąć paluszkiem na początku interesującego fragmentu, przeciągnąć nim na jego koniec, tam zwolnić wciśnięcie i kliknąć na słówko „Highlight” w menu, które wyskakiwało na ekranie). Teraz bez problemu mogę powrócić do tych fragmentów i czytać je do woli, napawając oczy i umysł genialnymi, błyskotliwymi i niesamowicie śmiesznymi tekstami. A tych naprawdę nie brakowało. Częścią z nich podzielę się z wami w osobnym artykule. Częścią, nie wszystkimi, żeby jeszcze bardziej zachęcić was do zapoznania się z tą powieścią. 

To już jest koniec

I jak? Czujecie się choć trochę zachęceni do przeczytania tej książki? Jeśli tak, to mam jeszcze jedną uwagę: charakterystyczne dla twórczości Sapkowskiego jest używanie przekleństw. Jeśli uważacie, że będą was one razić, to nie bierzcie się za lekturę. Chociaż z drugiej strony nie ma ich też zbyt wiele. Pytacie może, czy naprawdę była konieczność używania ich w książce? Odpowiadam: Spróbujcie wyobrazić sobie XV-wiecznego rycerza, dowódcę wojskowego lub przestępcę, który, np. opatrywany w warunkach polowych, mówi: „Ach, ten nicpoń mnie skaleczył. Bardzo mnie boli. Czy może pan, Panie Medyku, mnie opatrzeć i podać coś na uśmierzenie tego bólu? Bardzo Pana o to proszę, bo długo tak już niestety nie wytrzymam…”.

To co, przeczytacie?

Wypożyczcie z biblioteki, pożyczcie od znajomego, kupcie w księgarni lub zamówcie przez Internet albo ściągnijcie w formie e-booka na swoje tablety, smartfony, czytniki bądź komputery. I niech te coraz dłuższe jesienne wieczory płyną wam w towarzystwie Reinmara z Bielawy, jego towarzyszy i XV-wiecznej historii.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia namalowany w 1562 roku obraz Piotra Bruegla Starszego, malarza niderlandzkiego, zatytułowany „Triumf śmierci”. Trzy fragmenty tego obrazu znajdują się na okładkach książek wchodzących w skład trylogii.

***

Tomku N., serdeczne dzięki za polecenie mi tej książki.

***

Nie, nie pomyliłem się – tam rzeczywiście ma być słowo „demeryt”, nie „emeryt”. Dla wszystkich tych, którym nie chce się sprawdzać znaczenia, podaję je tutaj. Demeryt (lub: demeryta) – ksiądz skazany na pokutę w odosobnieniu za wykroczenie przeciwko prawu kanonicznemu.

***

Jak napisałem powyżej, trylogię czytałem na Kindlu. Ale przyznaję – taka książka pięknie by się prezentowała na półce. Tak więc jeśli ktoś z was chciałby dać mi jakiś prezent, to już wie, co może kupić…

„Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty”

Prolog

Przyznaję: od pojawienia się pomysłu do powstania tego artykułu w takiej właśnie formie minęło troszkę czasu (prawie dwa tygodnie. Ale opłacało się). Powstało kilka(naście) jego wersji, w tym jedna na papierze. Pisałem też „w locie”, idąc do sklepu z piwami regionalnymi. Podróż ta przyniosła dwa wnioski, którymi chciałbym się tu tak przy okazji podzielić:

  • Pisanie w telefonie to droga przez mękę. Aplikacja zacinała się tak bardzo, że przez niemal cały czas wyzywałem sobie cichutko pod nosem.
  • Choć w okolicy tej mieszkam już ponad rok, to po raz pierwszy wybrałem się do tego sklepu na piechotę. Okazało się, że droga tam i z powrotem wynosi 1100 metrów. A razem z dokonaniem zakupów i rozmową na temat piwa z najwyższym IBU, jakie znajduje się obecnie na stanie, zajęła mi raptem piętnaście minut. Co kupiłem? Ciemnego, owsianego Kormorana za 4,50 zł. Pychotka…

Ok, rozpisałem się. Wracam więc do tematu książek i czytania. Ale mam też nadzieję, że rozbudziłem wasze apetyty na temat o piwach regionalnych. A taki też na pewno się pojawi. Zdziwieni? Przecież wśród alkoholi również trafiają się dzieła sztuki…

Treść właściwa

Stwierdzeniem stanowiącym tytuł tego artykułu zaczyna się pełen sarkazmu i ironii utwór „I can’t get no gratisfaction” zespołu Strachy na Lachy. A wy? Zgadzacie się z takim właśnie poglądem?

W sumie nie trudno jest go zrozumieć. W większości przypadków ceny tego typu rzeczy są naprawdę wysokie. Nic więc dziwnego, że nie każdy z nas może sobie pozwolić na kupowanie nowych książek, komiksów, płyt, biletów na koncerty, do kin czy teatrów. A szkoda, gdyż odpowiednio dobrane tego typu treści potrafią nas w znaczący sposób rozwinąć.

Garść numer 1

Co więc możemy począć w sytuacji, gdy nie stać nas na kulturę? Oto kilka rozwiązań (Uwaga! Wszystkie podane w tym artykule dotyczą książek):

  • Siadamy i rzewnie płaczemy nad swoim losem.
  • Krytykujemy rząd i pracodawców za niskie pensje.
  • Krytykujemy artystów, ich managerów/menadżerów/menedżerów (jak jest poprawnie?) oraz wydawców za „ceny z kosmosu”.

Podobają się wam takie rozwiązania? Mnie średnio… W żaden sposób nie poprawiają bowiem naszej sytuacji: jak nie było nas stać, tak nie stać nas nadal. Przynoszą tylko nerwy i stres.

Garść numer 2

Druga garść pomysłów i rozwiązań? Proszę bardzo:

  • Robimy zakupy w składzie taniej książki. W takim właśnie miejscu w Częstochowie kupiłem kiedyś „Erystykę, czyli sztukę prowadzenia sporów” Artura Schopenhauera za 4 (słownie: cztery) złote, a „Krotochwile i maksymy imć pana Zagłoby” za 50 (słownie: pięćdziesiąt) groszy! Jeszcze ich nie przeczytałem… Wstyd, wstyd, wstyd!
  • Idziemy po książkę do wypożyczalni lub czytelni.
  • Przez kilka dni pod rząd odwiedzamy najbliższy Empik i czytamy na sofie.

Już lepiej? A jest jeszcze jedno rozwiązanie.

Zawierająca jedną rzecz garść numer 3

  • Bookcrossing.

Cóż to takiego?

Przeczytaliście jakąś książkę? Uważacie, że warto byłoby się nią podzielić z innymi? No więc zostawiacie ją w jakimś miejscu publicznym. Może to być na przykład ławka w parku, budka telefoniczna, parapet w przychodni, siedzenie w autobusie, kanapa w kawiarni… I to jest właśnie bookcrossing.

A żeby ktoś jej nie potraktował jako zguby lub śmiecia, warto umieścić w niej odpowiednią informację. Chociażby taką (ta akurat pochodzi ze strony prowadzonej przez polskich bookcrosserów – bookcrossing.pl):

NIE jestem książką ZAGUBIONĄ!
Jestem książką znalezioną przez Ciebie.
I jestem ZA DARMO.

Jeśli lubisz czytać, weź mnie do domu,
przeczytaj, a następnie przekaż dalej.

W niektórych miastach takie „uwalnianie” książek jest nawet bardziej zorganizowane: ustawiane są specjalne półki/regały, gdzie można pozostawić przeczytaną publikację i przygarnąć kolejną.

Przyznacie, że pomysł w swojej prostocie jest wręcz genialny? Zamiast odkładać książkę na półkę (żeby się kurzyła), przekazuję ją komuś innemu. A co tam! Niech kurzy się u kogoś innego… tfu! Miałem na myśli: niech niesie kaganek oświaty dalej!

Plan działania

Przygotowałem dla was (i dla mnie też) plan działania:

  • Podejdźcie do regału z książkami.
  • Wybierzcie jedną publikację.
  • Jeśli jej nie przeczytaliście, to ją wreszcie przeczytajcie!!! (Tak jak ja „Erystykę”. Może wreszcie nauczę się, jak właściwie się z kimś spierać).
  • Wydrukujcie karteczkę ze stosowną treścią i umieśćcie ją w środku. W razie braku drukarki lub tuszu w takowej, napiszcie notatkę ręcznie, ale czytelnie i starannie.
  • Idźcie do parku / przejedźcie się autobusem / zadzwońcie z budki telefonicznej / odszukajcie w swoim mieście specjalny regał.
  • Zostawcie tam książkę.
  • Jeśli skorzystaliście ze specjalnego regału, weźcie sobie jakąś pozostawioną tam przez kogoś innego.
  • Wróćcie do domu lub idźcie w jakieś ulubione miejsce i czytajcie, czytajcie, czytajcie!
  • Powróćcie do punktu pierwszego i wykonajcie plan punkt po punkcie po raz kolejny…

To co? Podejmiecie wyzwanie i zostaniecie bookcrosserami?

Epilog

W niniejszym tekście świadomie pominąłem książki elektroniczne, tzw. ebooki, dostępne chociażby w formatach pdf, epub czy mobi, które można czytać na komputerze, w telefonie (albo smartfonie – ach, tak nowocześnie to brzmi…), na tablecie lub czytniku. W Internecie istnieje mnóstwo stron, np. Wolne Lektury, z których można pobrać tysiące darmowych publikacji tego typu. Na ten właśnie temat – ebooków – powstanie osobny artykuł.

***

Zdjęcie tytułowe (wybaczcie średnią jakość) przedstawia fragment z „Iteracji Piątej” książki „Maszyna Różnicowa” autorstwa W. Gibsona i B. Sterlinga.

Tak, przeczytałem ją. Nie, nie zostawię jej ani w autobusie, ani na ławce w parku. Tak, możecie przeczytać ją u mnie w domu (na sofie jak w Empiku). Nie, nie pożyczę jej, bo później zapomnicie i nie oddacie.