Wielka trójka ESKI, czyli dobrobyt w nadmiarze

Mississippi w dymie

Czas czytania: około 2 minuty

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeżeli coś jest dobre, to należy to promować. A jeśli jest wybitne, to trzeba robić to ze zdwojoną siłą. Dotyczy to zarówno literatury, muzyki, filmu, jak i innych form sztuki. Chociaż oczywiście trzeba robić to z głową: uważać, aby nie stać się w tym promowaniu nachalnym. Bo przecież „co za dużo, to niezdrowo”.

Organek

Z całą pewnością do rzeczy, które zasługują na jak najszerszą promocję, należy utwór „Mississippi w ogniu” Tomasza Organka. Kawałek ten – pochodzący z jego najnowszej, drugiej w karierze, wydanej 4 listopada 2016, płyty „Czarna Madonna” – bije na głowę wszystko to, czym karmi nas (zwłaszcza ostatnio) świat polskiej muzyki.

Przepis na sukces? Poruszający, logiczny tekst utworu, świetna muzyka i ogrom emocji. Tak, tekst! Ten utwór posiada tekst w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie ma tutaj zbędnych wypełnień typu „la la la”, „na na na”, „łu hu hu” itp. (idiotycznie brzmią, prawda?), którymi raczą nas „artyści” nie bardzo już wiedzący, o czym mają śpiewać. U Organka wszystko jest przemyślane, sensowne i wnosi konkretną wartość.

ESKA

Lubicie słuchać muzyki w czasie pracy? Ja jak najbardziej. Koledzy i koleżanki z mojej pracy również podzielają to zdanie, więc włączenie radia jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie robimy po wejściu do biura. Ostatnimi czasy o ukulturalnianie nas dba internetowe radio ESKA Rock. I to właśnie playlista tej stacji popchnęła mnie do napisania tego tekstu…

Ileż można?!

Lubicie miód? Albo czekoladę? Albo jabłka? Moglibyście jeść je kilogramami? Pewnie tak, ale raczej dość szybko by się wam przejadły i później nie moglibyście na nie nawet spojrzeć.

Podobnie rzecz ma się z muzyką. Nawet jeśli lubi się jakiś utwór, to jego częste słuchanie jest prostą drogą do znudzenia się nim lub nawet znienawidzenia go. Do tego ostatniego stanu jeszcze nie doszedłem (nie doszliśmy), chociaż pewnie niedługo to nastąpi.

Mianowicie: wspomniane internetowe radio dość często serwuje kilka konkretnych piosenek. Przez osiem godzin (czas naszej pracy) każdy z tych utworów – „Mississippi w ogniu” Organka, „Pielgrzym” T.Love’u i „Madryt” Kultu grany jest mniej więcej po trzy razy! (Nawet boję się pomyśleć, ile razy pojawiają się one w eterze w ciągu 24 godzin…).

Rozumiem, że są to nowe utwory, „Mississippi…” jest do tego wręcz świetne, ale czy to już nie przesada? Są przecież jeszcze inne kawałki, warte poświęcenia im tych kilku minut czasu antenowego. A tak – przynajmniej w naszych oczach – promocja staje się antypromocją. I o ile Organka słucha się bardzo dobrze, to T.Love i Kult zaczynają już naprawdę nudzić. „Łu-hu!” dźwięczy w uszach, a „romantyczne tło” męczy już wzrok.

Chyba czas zmienić stację…

***

Zauważyliście nowość w artykułach na poSZTUKOwanym? To podany na początku orientacyjny czas, jaki potrzebujecie na przeczytanie tekstu. Takie proste ułatwienie, które podpatrzyłem w artykułach na blogu Andrzeja Tucholskiego. A co, trzeba się uczyć od najlepszych!

Co cię powstrzymuje przed rozpoczęciem…?

Stary rower

Hej, ty! Tak, mówię właśnie do ciebie!

Pamiętasz, że masz/miałeś/miałaś zacząć ćwiczyć? Biegać? Jeździć na rowerze? Zrzucić pięć kilo, żeby zmieścić tyłek w te fajne kąpielówki? Rozpocząć pisanie książki? Wywołać zdjęcia z ostatniej wycieczki? Kupić przez internet ceramiczny domek zapachowy w kształcie dłoni? Zalegalizować gaśnicę w samochodzie? Zadzwonić do babci ot tak, że niby nie tylko w celach zdobycia funduszy? Zacząć uczyć się hiszpańskiego? Nagrać pierwszy odcinek vloga o motywacji?

Aha, mówisz, że coś cię powstrzymuje/powstrzymało… A co? Źle się czułeś… Nie masz siły po ośmiu godzinach w pracy… Zapomniałeś… Nie chciało ci się… Nie masz motywacji… Zaczniesz od najbliższego poniedziałku, miesiąca, nowego roku… (O kwestii finansowej nawet nie wspominaj. To temat na zupełnie inny artykuł).

Hmm… Szukasz usprawiedliwienia/wytłumaczenia/zrozumienia? Tutaj go nie znajdziesz.

Jeśli masz 4 minuty i 16 sekund wolnego czasu (po prostu wyłącz już tego facebooka), obejrzyj poniższy klip. A potem jeszcze raz odpowiedz mi na pytanie, co cię powstrzymuje/powstrzymało przed rozpoczęciem XXX (wstaw dowolną rzecz).

To mówisz, że co jest tą przeszkodą nie do pokonania? Powtórz, bo nie usłyszałem.

Zestarzałem się szybciej niż The Cure…

The Cure w Atlas Arenie

Dzień, w którym osiągnę wiek będący jednym z warunków niezbędnych do starania się o członkostwo w słynnym Klubie 27, zrzeszającym wiele sławnych osobistości, jeszcze półtora miesiąca przede mną. Ale i tak od 20 października czułem się wyjątkowo staro…

(Uwaga: artykuł pisany tak, jakby wciąż był czwartek, 20 października 2016).

Kjurzy…

Wesoły autobus

Świadomie rezygnując z przywilejów, jakie daje bycie pasażerem, zasiadam za sterami wesołego autobusu, by pomimo deszczowej pogody poprowadzić pozytywnie nastawioną, pięcioosobową gromadkę asfaltową szosą wprost do Łodzi. Okazja całkiem zacna: pierwszy od ośmiu lat koncert zespołu The Cure w Polsce. Bilety na to wydarzenie posiadamy już od roku… Oprócz kumpla, który na co dzień para się filmowaniem. Ten swoją przepustkę kupuje spontanicznie w dniu imprezy…

Pozostawiamy pojazd na stacji Lukoil (miejsce przy krawężniku, Al. Adama Mickiewicza 2, Łódź – gorąco polecam) i udajemy się w pieszą, kilometrową wędrówkę do Atlas Areny. Mijając przedsiębiorczych koników machających tekturkami z napisem „Sprzedam bilet” oraz zdesperowanych fanów machających tekturkami z napisem „Kupię bilet”, docieramy do celu.

Niczym do Koloseum, wkraczamy na arenę, tzn. do Areny. I tak jak gladiatorzy dumnie wymachujący mieczami, tak my z biletami w dłoniach udajemy się w poszukiwaniu szatni, w której byłyby jeszcze jakieś wolne miejsca na nasz chroniący przed zimnem i deszczem przyodziewek. Znajdujemy takowe i pozostawiamy obciążające nas puchowe zbroje, oczywiście płacąc haracz w wysokości 2 polskich złotych od łebka. Eee, chciałem napisać: uiszczając stosowną opłatę…

Schodzimy na dół, na płytę. Wysłuchujemy tego, co ma do zaproponowania support. Oczywiście nie w całości, bo się na niego najzwyczajniej w świecie spóźniamy. Wiadomo: podróż niemalże prosto z pracy, trudne warunki na drodze, standardowo zakorkowana Łódź itd.

WC

Chwilę przed 20:30 – planowaną godziną rozpoczęcia najważniejszego występu, jaki tego wieczora (wieczoru?) odbywa się w Polsce – czujemy wołanie natury. Tatusia oszukasz, mamusię oszukasz, kolegów oszukasz, ale życia nie oszukasz… I z powrotem po schodach na górę, by oddać się poszukiwaniu stosownego miejsca. Ha, jest! Trzeba jeszcze tylko zejść innymi schodami na dół i grzecznie odstać swoje w kolejce. Ale udaje się: ważący parę litrów mniej odnotowujemy powrót na płytę jeszcze przed wydobyciem się z głośników pierwszych dźwięków utworów. W przeciwieństwie do widowni, która już wydaje okrzyki uwielbienia, chociaż scena jeszcze spowita mrokiem…

Zaczyna się…

Kilkakrotnie zmieniamy miejsce: a to dźwięk nie jest idealny, a to gorąco, a to nie widać… Wreszcie znajdujemy swój kawałek podłogi i już na spokojnie pogrążamy się w muzycznym transie.

Dziadzieję?

Sam koncert i moje wrażenia z nim związane są godne osobnego artykułu (ale czy takowy powstanie, nie obiecuję). Przeskoczmy więc w czasie do momentu, w którym zaczynam odczuwać gwałtowne posunięcie się w latach…

Oto bowiem na scenie gra zespół The Cure (powstały w roku 1976 w brytyjskim Crawley. Lider – natapirowany Robert Smith, lat 57 [ur. 21.04.1959] – mógłby być moim ojcem).

Kjurzy, znani z dawania długich koncertów, i tym razem nie zawodzą: grają, grają i grają. 2 godziny i 40 minut… Przy „standardowym” czasie – półtorej do dwóch godzin – jaki na koncerty przeznaczają najczęściej inne zespoły, prawie trzy godziny tego muzycznego spektaklu wydają się długością wręcz kosmiczną. A chłopaki ciągle dają radę…

A na widowni jest Bartosz aka poSZTUKOwany (powstały [choć odpowiedniejsze byłoby słowo „urodzony”] 14 lat później niż zespół i 31 lat później niż Smith). I nie może już wytrzymać. Ok, The Cure nie są moim ulubionym zespołem. Wielu ich piosenek nie znam. Do tego dochodzi jakieś całodniowe zmęczenie. No i zaczynam już stąpać z jednej owłosionej nóżki na drugą równie owłosioną nóżkę.

Ale litości… W tym wieku nudzić się już koncertem? Naprawdę dziadzieję?

Cure znaczy „lekarstwo, kuracja, uzdrowienie”

(Wróćmy już do właściwego czasu, tj. 23 listopada 2016 – to właśnie dzisiaj piszę ten tekst).

Na szczęście Robert Smith i spółka ostatecznie okazali się dla mnie – zgodnie z nazwą swojego zespołu – skutecznym lekarstwem. Oni plus pewna osoba (tak: to Ty, mój kumplu wstający codziennie o zabójczej dla 99,99% ludzi godzinie), dali mi skutecznego kopa w tyłek i zmotywowali do działania.

Minął miesiąc, zdziadzienie minęło. I oby już nigdy się nie pojawiło. Będę się o to starał ze wszystkich sił.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Travelbay. Wykonał je podczas koncertu zespołu The Cure w łódzkiej Atlas Arenie 20 października 2016. Umieścił je w darmowych zasobach Wikipedii, skąd je pobrałem.

Moje zdziadzienie spowodowało, że nie zrobiłem nawet jednego zdjęcia…

***

I jeszcze jedno: nie mam najmniejszego zamiaru wstępować do Klubu 27 (chociaż towarzystwo miałbym tam wyborne: Kurt, Amy, Jim, Janis, Jimi…). To wyjaśnienie na wypadek, gdyby ktoś opacznie zinterpretował wstęp do tego artykułu.

„We don’t speak very good spanish, but we speak rock & roll pretty good! Let’s go!!!”

akadaka

Pierwotnie artykuł ten miał nosić tytuł „Legendy też się kończą…”. Ale co tam! Do życia trzeba być nastawionym pozytywnie!

„¡Hola, Buenos Aires!”, czyli Argentyna rażona prądem

Ciągle patrzę na nich przez pryzmat trzech koncertów, jakie w roku 2009 – w ramach „Black Ice World Tour” – dali na stadionie w Buenos Aires w Argentynie. Występy te – oglądane na żywo przez łącznie ponad 200 tysięcy fanów – wydane zostały później jako jeden film „Live At River Plate” na DVD oraz Blu-Ray.

Ech, do dzisiaj pamiętam, gdy razem z kumplem oglądaliśmy u niego ten koncert (w formacie Blu-Ray), popijając sobie whisky…

AC/DC – bo to o nich przecież mowa – rozgrzewają tłumy pierwszym utworem: „Rock & Roll Train” (ach, ta potężna lokomotywa pojawiająca się na scenie…). Po nim wokalista – Brian Johnson – wita się z publicznością po hiszpańsku. A potem rzuca zdanie stanowiące tytuł tego artykułu. I zaczyna się rockowe show, bo w tym AC/DC są naprawdę dobrzy…

AC/DC

Dom starców? Nie pod tym adresem (przynajmniej wtedy…)

W roku 2009 członkowie zespołu mieli odpowiednio:

  • Brian Johnson – wokalista: 62 lata
  • Angus Young – gitarzysta prowadzący: 54 lata
  • Malcolm Young – gitarzysta rytmiczny: 56 lat
  • Cliff Williams – gitarzysta basowy: 60 lat
  • Phil Rudd – perkusista: 55 lat

Patrzenie na gości mających po mniej więcej 60 lat i ruszających się po scenie żwawiej niż niejeden nastolatek stanowi doświadczenie bezcenne i skłaniające do refleksji: ja, mogąc być (pod względem wieku) ich synem albo i nawet wnukiem, chyba nie dałbym rady tak szaleć. Chociaż (oj, będzie to zgryźliwe) gdybym miał zarobić na tym tyle, co oni (cała ta trasa powiększyła konto AC/DC o jakieś 450 milionów dolarów)…

Ale nie patrzmy przez pryzmat pieniędzy. Spójrzmy z perspektywy wirtuozerii i zabawy. Muzyka AC/DC klasyfikowana jest najczęściej jako hard rock, tymczasem sami muzycy mówią, że grają rock & roll. I swoją radością, optymizmem oraz żywiołowością naprawdę zarażają fanów. To genialny i cudowny widok: kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących rytmicznie do granych przez nich utworów…

Wspomnienie tego koncertu jakiś czas temu skłaniało mnie do napisania tekstu o – może nie nieśmiertelności – ale bardziej o zadziwiającej (choć i pozornej) odporności rockmanów na ich styl życia, zamykający się często w trzech słowach: sex, drugs and rock & roll.

Ostatecznie nie napisałem tego tekstu. I może dobrze. Bo spojrzenie z obecnej perspektywy skłania do zupełnie innych refleksji.

AC/DC

Oddajmy sprawiedliwość rzeczywistości

Od tamtego wydarzenia – koncertu (albo poprawniej byłoby napisać: koncertów) – minęło już 7 lat. Co – oprócz wieku – się zmieniło?

No niby AC/DC wciąż grają. Ale skład jest już trochę inny…

Angus Young – założyciel, ostoja, mózg i prawa ręka zespołu – przeszedł już na muzyczną emeryturę. Udar mózgu doprowadził bowiem do demencji. Nie było więc innego wyjścia, jak w roku 2014 zawiesić gitarę na kołku.

Phil Rudd. Jemu zdrowie dopisuje aż za bardzo: posiadanie narkotyków i grożenie śmiercią jednemu z byłych współpracowników przełożyło się na osiem miesięcy aresztu domowego. O nieudowodnionym zleceniu zrobienia poważnej krzywdy skracającej żywot (na tym łez padole) dwóm osobom nie ma co nawet wspominać…

Brian Johnson. Przypadek to ciekawy, bowiem lekarze… zabronili mu dawać koncerty. Powód? Żeby do reszty nie stracił słuchu…

Akadaka po nowemu, czyli „umarł król, niech żyje król”…

  • Briana Johnsona w szeregach AC/DC zastąpił (gościnnie?) Axl Rose z Guns N’ Roses;
  • Phila Rudda zmienił Chris Slade (znany m.in. z zespołu Uriah Heep i gry w AC/DC w latach 1989 – 1994);
  • zamiast Malcolma Younga na scenie pojawia się jego raptem trzy lata młodszy bratanek – Stevie Young;
  • no i Cliff Williams – we wrześniu 2016 roku (po 39 latach gry w AC/DC) opuścił szeregi zespołu…

Ech, jak się muszą czuć „odwieczni” fani, gdy na scenie z „oryginalnego” składu widzą już tylko Angusa „Duckwalk” Younga…

Życie…

Krótko mówiąc: rockowe dinozaury też mają swoje problemy. Chociaż na scenie świetnie się bawią, poza nią świat nie jest już taki kolorowy. I chociaż może przez pewien czas dają radę znieść hulaszczy tryb życia, to jednak w pewnym momencie dopadają ich „zwykłe” choroby oraz skutki takiego funkcjonowania.

Muzyczni „bogowie” okazują się zwykłymi ludźmi…

I pozytywne nastawienie (o którym wspominałem na początku artykułu) jest już pozytywne mniej.

Jaki tu spokój, na na na na….

Cisza w lesie...

Zawarty w tytule cytat z piosenki zespołu Stauros to jedyne słowa, jakie przychodzą mi do głowy, gdy wchodzę na mojego bloga. Poprzedni artykuł pojawił się bowiem niemal dwa miesiące temu!!!

Wstyd… Wstyd… Wstyd…

Trochę weny dopadło mnie dzisiaj: odkurzyłem podłogi, zmieniłem delegację domeny znajomego na nowy serwer, pogrzebałem trochę przy stronie drugiego, teraz skrobię kilka zdań.

Może winne temu wszystkiemu jest to, że nie piszę tak jak Stephen King, czyli codziennie? Może za mało czytam? Może za szybko się zniechęcam, gdy w trakcie pisania zaczyna mi brakować słów lub pomysłów na kolejne linijki?

Muszę po raz kolejny przeczytać książkę mistrza literatury grozy, z którą zapoznałem się w czasie wakacyjnego plażowania: „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. To podstawowa pozycja dla każdego, kto chce pisać i tworzyć w ogóle. Po raz kolejny przeczytać, tym razem zrobić notatki i napisać o tym artykuł. Taki, który zachęci was do zapoznania się z tym pamiętniko-poradnikiem oraz pomoże mi ugruntować zdobytą wiedzę.

Tymczasem…

… jest czego żałować

Minęły niemal dwa miesiące i obok przemknęło tyle tematów, w których śmiało mógłbym się wypowiedzieć… Jakie na przykład? M.in. 25 rocznica wydania albumu „Nevermind” przez Nirvanę, wydanie albumu przez Comę, koncert Kabanosa w częstochowskim TfP, koncert legendarnej grupy The Cure w łódzkiej Atlas Arenie… Chociaż może nic straconego i o Comie oraz Kjurach jeszcze artykuły powstaną. Wszak ich zaczątki już są i biedne oraz prawie zapomniane kurzą się w odmętach szkiców w moim wordpressowskim kokpicie.

Nikt się nie bawi?

Na zakończenie tych mało uporządkowanych wywodów jeszcze jeden kawałek, który ostatnio chodzi po mojej głowie (a o którym artykuł raczej nie powstanie. A może jednak?). Przed wami lekka, przyjemna i humorystyczna „Lola” autorstwa brytyjskiego zespołu The Kinks z roku 1970:

I niech kawałek ten zwiastuje nową jakość na poSZTUKOwanym. Wszak właśnie dzięki niemu – jak podaje Wikipedia – „zespół [The Kinks, przyp. autora], po chwilowym załamaniu popularności, odzyskał rynek brytyjski i amerykański”.

Dobranoc.

Tych 8 dni sierpnia…

Rok ma 12 miesięcy. Ale na moje szczególne uznanie zasługują tylko dwa: maj i sierpień. Wybacz, styczniu, luty, aktualnie trwający wrześniu i wy pozostali.

Maj, bo dni są coraz dłuższe i cieplejsze. Bo wzbudza takie odczucia, jak te opisane w utworze „Ballada majowa” zespołu Stare Dobre Małżeństwo.

A sierpień, na którym w tym artykule chcę się skupić? Koniec żadnego z miesięcy nie wywołuje we mnie tylu emocji, co ostatnie dni tegoż…

W tym momencie przychodzą mi do głowy dwa tego powody. Oto one:

Sierpniowe komety

Nie chodzi mi tylko o perseidy, które regularnie każdego roku pojawiają się na nocnym sierpniowym niebie. Mam na myśli ten niezwykły utwór, którego każde przesłuchanie wywołuje we mnie ten specyficzny rodzaj dreszczy:

Ech:

Spotkajmy się pod koniec sierpnia
Mam Ci tyle do powiedzenia
Prawie wcale Cię nie znam
To nie powinno mieć znaczenia

Koniec sierpnia to dla mnie jego ostatnich osiem dni: począwszy od 24-ego, na 31-szym kończąc. W czasie słuchania tego utworu Komet (drugiego wcielenia zespołu Partia) w tych właśnie konkretnych dniach, ogarnia mnie niesamowita nostalgia. Czuję, że ten kawałek symbolicznie kończy lato i wakacje. Zapowiada koniec niedługich już, lecz ciągle jeszcze ciepłych dni. Zwiastuje początek chłodnej, deszczowej jesieni.

I kojarzy mi się z jakąś tajemniczą dziewczyną, której – tak jak w utworze – ‚prawie wcale nie znam’…

Resztę odczuć zostawiam już dla siebie.

Jedno wyraźne wspomnienie

I – jak wspominam na początku artykułu – jest jeszcze drugi powód, dla którego sierpień traktuję tak wyjątkowo. Wyraziłem go słowami już parę lat temu. Tutaj przytaczam je wszystkie, nic w nich nie zmieniam. Pozwalam sobie tylko wprowadzić akapity, by łatwiej się czytało.

Nisko na niebie płonęły czerwienią ostatnie okruchy słońca. Zachód… Żółty, pomarańczowy, czerwony. Kontrast z ciemno-niebieskim już niebem…

Obstawiam, że było już po godzinie dwudziestej pierwszej. Która dokłanie? Nie wiem. Nie miałem wtedy zegarka. Albo wcale, albo akurat na ręce. I przecież ponoć szczęśliwi czasu nie liczą…

Zresztą, Boże!, jakie znaczenie ma świat, gdy ma się za sobą dopiero kilka lat!!! Nie wie się, czym są wojny. Czym gospodarka. Czym huragany i trzęsienia ziemi. Brzuszek jest pełny. Grzbiet ubrany. Czego więcej chcieć…

Jestem na podwórku. Lecz nie sam. Są tam chyba jeszcze dwie osoby. Jedną z nich jest najprawdopodobniej tata. Drugą dziadek? Nie, chyba nie… To już nie wiem…

Jestem na rowerze. Siedzę na siodełku, stopy stoją na ziemi. Nie jadę. Stoję. Patrzę. Na zachód. Rozmawiamy. Mając kilka lat nie tylko wojny nie mają znaczenia. Znaczenia nie ma też to, że rower jest różowy, jest to „damka” i ma bagażnik z tyłu. Za parę lat byłoby to dla większego już dzieciaka sporą traumą wyjechać takim rowerem pośród inne dzieci. Ale teraz… Jakie to ma znaczenie…

Ubrany jestem w białą podkoszulkę bez rękawów i krótkie spodenki. Nic dziwnego, jest przecież lato. Robi się jednak chłodniej. Przecież wieczór już… I to już koniec sierpnia… Nie martwię się zbliżającą szkołą. Jeszcze do niej nie chodzę.

W sumie nic więcej już nie pamiętam…

Cisza w eterze, czyli moje prywatne „Enjoy The Silence”

Dave Gahan

Oto siedzę sobie na krześle przy biurku w moim pokoju:

Po mojej lewej stronie stoi na blacie zapalona lampka, wszak powoli słońce – i tak przez praktycznie cały dzień ukryte za chmurami – chyli się ku zachodowi.

Przede mną mój stary, wysłużony laptop. Pamięta jeszcze wydarzenia sprzed sześciu lat, takie jak akcję ratowania górników z chilijskiej kopalni miedzi i złota San José, położonej nieopodal Copiapó, na pustyni Atakama, 830 km na północ od Santiago, stolicy Chile. (Dziękuję ci, ciociu Wikipedio). Ech, jakiś wykład na studiach, a przede mną otwarty laptop i relacja live z wydobywania 33 zasypanych górników…

Po prawej czerwony telefon stacjonarny – taki ze słuchawką i tym śmiesznym „kółkiem”, za pomocą którego wybierało się numer (nie jest podłączony – stanowi tylko dekorację). Przyniósł mi go w prezencie kumpel, zresztą mój świadek ze ślubu. Pozdro, Adi!

Obok telefonu świecznik na trzy „podgrzewacze”. Obecnie się nie pali, ale nie chce mi się obracać, żeby sięgnąć po zapalniczkę spoczywającą w kieszeni plecaka leżącego za mną na łóżku. Już uspokajam – nie palę. Zapalniczka stanowi tylko część mojego EDC, czyli Everyday Carry. (Hej! Przeczytajcie ten podlinkowany artykuł, gdy skończycie już czytać mój. Łukasz Kielban pisze naprawdę ciekawie i mądrze).

Co jeszcze znajduje się po prawej stronie biurka? Taka długa, drewniana podstawka pod kadzidełko zapachowe. Skończyły mi się te „patyki”, więc leży sobie czyściutka i nieużywana.

Wosk! Jest i wosk! Taki do wąsów oczywiście. Postanowiłem bowiem, że nie będę już ich podcinał, ale je sobie najzwyczajniej w świecie zapuszczę. A do tego potrzebny jest taki właśnie specyfik, by nie wyglądać jak niechluj. I żeby włosy nie właziły do buzi… Tak więc sobie zapuszczam wąsa z firmą Męska Wyspa i ich woskiem „Mr Wąs Silny: cedr – jodła”, prezentem od mojej żony. (BTW. Jeśli chcecie wiedzieć, jak nakładać wosk na wąsy, zapraszam do przeczytania artykułu wymienionego przed chwilą Łukasza Kielbana KOSMETYKI DO BRODY I WĄSÓW – CZEGO SZUKAĆ I JAK ICH UŻYWAĆ).

No i ostatnia rzecz na biurku, nie uwzględniając oczywiście moich opartych o nie przedramion, a mianowicie kolejny prezent od mojej żony – szklanka. Taka do piwa. W takim śmiesznym kształcie. Jako gorący zwolennik piw regionalnych i rzemieślniczych piję bowiem z takiej właśnie specjalnej, do takich trunków dedykowanej. Czy smak jest wtedy lepszy, niż gdybym pił z takiej zwyczajnej? Z jednej strony powinienem powiedzieć: „no oczywiście, że tak”. Z drugiej mówię: „kształt szklanki nie jest ważny. Byleby nie z puszki. Szczury na nie sikają w magazynach i można umrzeć”. No ale trzymam się ideologii browarniczej i piję z takiej właśnie. Niestety, jest już pusta. A gościł w niej nie byle jaki specyfik, bowiem było to piwo Faktoria Winchester – moje ulubione. Chcecie specyfikację? Ależ proszę:

  • Imperialna IPA;
  • słody: Pilzneński i Karmelowe;
  • chmiele: Tomahawk, Simcoe, Cascade, Citra i Centennial;
  • ekstrakt: 18,1% wagi;
  • alkohol: 8,4%;
  • IBU: 100++.

Rewelacja. No i długo wyczekiwane. Ponownie w sprzedaży pojawiło się bowiem po roku (albo coś koło tego). Taki urok piw regionalnych i rzemieślniczych…

Ale wystarczy już o biurku i alkoholu. Czas na ciszę…

Enjoy The Silence

Spojrzałem sobie w kalendarz i ze smutkiem stwierdziłem, że od opublikowania poprzedniego artykułu – Bluzgać (nie) każdy może – minęły już ponad dwa tygodnie. Dwa i pół nawet, chcąc być dokładnym. Jestem z niego naprawdę dumny. Ale nie można osiąść na laurach – trzeba pisać dalej.

A w głowie pustka… I artykuł o tolerancji, do którego się przymierzam… I nowy projekt, który w mojej głowie zrodził się podczas ostatniej wycieczki do Krakowa… Jakoś tak sobie to wszystko leży gdzieś na boku i czeka na przypływ natchnienia…

Ale od czego jest muzyka! Od początku pisania tego artykułu słucham mojego zespołu. Mojego. Jak bowiem inaczej nazwać ten, który obudził we mnie miłość do muzyki?

Depeche Mode. To o nich mowa. I jako pierwszy puściłem sobie chyba najbardziej znany ich utwór: Enjoy The Silence. Taki właśnie w temacie ciszy i rozkoszowania się nią.

Dla przypomnienia:

Czujecie dreszcze podczas słuchania? Takie ciarki sięgające głębi waszego jestestwa?

I Król Dave wędrujący w klipie z tym niebieskim leżaczkiem w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Cudowność…

A teraz przeszywające Macro:

Koniec

Wystarczy już tego artykułu, za pośrednictwem którego chciałem z jednej strony przybliżyć wam moją osobę i miejsce, w którym tworzę, a z drugiej obudzić w sobie głód pisania i przywołać trochę weny.

Teraz czas na poważne tematy…

Bluzgać (nie) każdy może

brzydkie słowa

Stare dobre czasy?

palenie młodych

Osoby mające już trochę więcej lat opowiadają, że kiedyś było to wręcz nie do pomyślenia, by młoda osoba paliła papierosy. Gdyby jednak jakiejś to się zdarzyło, to na widok kogoś dorosłego od razu wyrzuciłaby fajkę lub schowała ją do kieszeni: prędzej przypaliłaby sobie dłoń lub ubranie, niż pozwoliła się z nią zobaczyć.

Czasy współczesne wyglądają jednak trochę inaczej. Inaczej nie znaczy lepiej… Bywa bowiem, że dla niektórych osób dziesięć albo jedenaście wiosen nie jest już wiekiem, w którym zaczynają palić. One w tym wieku już palenie rzucają…

szewc

Podobnie ma się rzecz z przeklinaniem. Kiedyś była to domena „zarezerwowana” dla marginesu społecznego i szewców („klnie jak szewc” – utarło się porzekadło). A niechby tylko spróbował przekląć ktoś postrzegany jako kulturalny…

Dzisiaj wulgaryzmy są jednak na porządku dziennym. Z ich używaniem najmniejszego problemu nie mają już nawet ani dzieci, ani kobiety, do których takie słowa pasują jak kwiatek do kożucha (nie lubię tego przysłowia, ale pasuje tutaj wręcz idealnie).

Ot, taka sytuacja sprzed kilknastu dni: na trawniku przed blokiem, w którym mieszkam, bawi się dwóch chłopców. Mogą mieć po około 10 lat. Ci mali fani „Gwiezdnych Wojen” walczą sobie na plastikowe miecze świetlne. Przechodzę jakieś 50 metrów dalej i wyraźnie słyszę słowotok jednego z nich: „K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!!

Mistrz Yoda

Hmm, całą gwiezdną sagę oglądałem uważnie i jakoś nie przypominam sobie, by padło w niej chociaż jedno słowo określające najstarszy zawód świata lub jakiekolwiek inne przekleństwo. Skąd więc tego typu wyraz pojawił się w umyśle i ustach 10-latka? I to w takim niczym nieuzasadnionym słowotoku? Bo nie słyszałem, żeby coś mu się stało, albo żeby się ze sobą pokłócili. Po prostu sobie przeklinał…

Yoda zachwycony niekoniecznie byłby chyba…

OK, zostawiam już w spokoju przyszłość narodu. Niech się bawią, przecież to dzieci…

Definicja

A czym tak w ogóle jest wulgaryzm? Kilka razy w tym tekście już to słowo padło, warto więc lepiej mu się przyjrzeć.

Według Słownika Języka Polskiego: WULGARYZM to – wyraz lub wyrażenie będące dosadnym, ordynarnym określeniem zjawisk, które można nazwać, używając słów neutralnych stylistycznie.

Natomiast Wolna encyklopedia internetowa Wikipedia mówi tak: WULGARYZM to – wyraz, wyrażenie lub zwrot uznawany przez użytkowników danego języka jako nieprzyzwoity, ordynarny. Używanie wulgaryzmów uważane jest za przejaw wywyższania się i świadczy o bardzo niskiej kulturze osobistej.

Wulgaryzmy dzieli się na m.in. następujące grupy (wg Wikipedii):

  • przekleństwa, czyli słowa używane w celu rozładowania napięcia występującego z powodu uniesienia emocjonalnego lub docierających negatywnych bodźców;
  • używane w celu świadomego obrażania drugiej osoby lub grupy ludzi;
  • używane w celu wyrażenia lekceważenia czegoś lub kogoś;
  • humorystyczne osobliwości słowne, nawyki, natręctwa, „słowa-przecinki”;
  • funkcja estetyczna, artystyczna, abstrakcyjny humor, artyzm słowny, np. turpizm, wywoływanie szoku estetycznego itd.

W tym artykule słów wulgaryzm i przekleństwo używam zamiennie.

Dlaczego ten temat w ogóle przyszedł mi do głowy?

Po co tyle piszę tu o tych wulgaryzmach? Czyżbym nie miał lepszego tematu?

Przyznaję się bez bicia i innych tortur: od jakiegoś czasu nie słucham radia (nie licząc grającej w pracy internetowej stacji RMF 3. Grają tam naprawdę dobre utwory. Ale dla mnie bardziej jest to playlista, niż stacja z prawdziwego zdarzenia). Kiedyś radio grało u mnie w pokoju codziennie, a obecnie, jeśli już mi się to słuchanie zdarzy, jest to raczej obcowanie chwilowe i przypadkowe.

Miałem słuchać także na potrzeby tego artykułu, jednak coś nie poszło zgodnie z planem…

The Strumbellas - Spirits

Zresztą chyba pogrążyłem się w jakimś upodobaniu tego, co już znam. Zamiast poznawać nowości (i w sensie nowości na rynku, i tego, co już ma swoje lata, ale czego jeszcze nigdy nie słyszałem), ja wciąż tkwię sobie w moim sprawdzonym i osłuchanym bajorku (z małymi, rzadkimi wyjątkami: przesłuchiwane ostatnio namiętnie płyty zespołów The Strumbellas i X Ambassadors: kawałki „Spirits” i „Renegades” lecą na okrągło…). Dobrze byłoby coś z tą stagnacją zrobić, chociaż niewątpliwie swoje plusy też ma…

I tu wreszcie docieram do sedna tego, dlaczego w ogóle przyszedł mi do głowy tytułowy temat: tym razem także moje obcowanie z radiem było przypadkowe. Było to dnia 31 grudnia 2015 roku. Wieża u znajomych była włączona, więc sobie płynącej z niej muzyki słuchałem. Zegar pokazywał kilka minut po godzinie siedemnastej. A w radiu zagrali pewien utwór…

Winnie-the-Pooh

Obcowanie drugie: ta sama (komercyjna) stacja radiowa. Poniedziałek, 18 stycznia. Dzień raczej „zwykły”, chyba że ktoś z was obchodzi przypadający wtedy Dzień Kubusia Puchatka… Dochodziła godzina 16-sta. W radiu zagrali ten sam utwór co wtedy. Oto on:

The Offspring – Why Don’t You Get a Job

Znacie? Co za pytanie… Pewnie, że tak. Kto by przecież nie znał lub chociaż nie kojarzył tej amerykańskiej grupy… Utwór – wydany w roku 1998 na kultowej płycie „Americana” – też łatwo wpada w ucho i pozostaje w głowie na długo. U niektórych budząc nieodparte wrażenie, że już coś takiego kiedyś słyszeli… A potem przychodzi im na myśl „Obla-di obla-da” Beatlesów… Ale nie o (domniemanych) plagiatach tu będzie.

Szybkie spojrzenie na tekst

W utworze padają następujące słowa:

My friend’s got a girlfriend
Man he hates that b*tch

oraz

My friend’s got a boyfriend
Man she hates that d*ck

A teraz po polsku

Nic dziwnego, że szukając tłumaczenia tego utworu na stronie tekstowo.pl, jako pierwszy przywitał mnie przygaszony ekran i ostrzeżenie: Tekst lub teledysk może zawierać wulgaryzmy bądź treści erotyczne i jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich. Masz ukończone 18 lat?

W sumie The Offspring to nie Luciano Pavarotti ani nie Irena Santor, więc obecność przekleństw w tekście piosenki nie powinna mnie dziwić.

Dziwi mnie za to jedna rzecz: jaka jest różnica pomiędzy przekleństwem w języku polskim a angielskim (lub jakimkolwiek innym)? Dlaczego słowo o dokładnie tym samym znaczeniu wyśpiewane w mowie Miłosza i Słowackiego zostanie wycięte lub „wypikane”, a w języku chociażby Shakespeare’a pozostawione bez cenzury?

Przecież społeczeństwo coraz lepiej szwargocze w obcych narzeczach. Dla wielu angielski jest drugim językiem, dlaczego więc wulgaryzm w nim wypowiedziany ma nie razić?

Ech… Gdzie podziały się te czasy, gdy za wulgarne uznawane było określenie: „Gwiżdżę na to”?

Pytanie drugie

Dobrze, że artykuł ten przez pewien czas „dojrzewał”, bo nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie: skąd w ogóle pochodzi przyzwolenie na stosowanie przekleństw (i robienie różnych dziwnych rzeczy) przez artystów?

Czyżby samo stwierdzenie, że „tworzę sztukę”, może być wystarczającym argumentem usprawiedliwiającym wiele różnych podejrzanych i nierzadko szokujących zachowań?

Śmiertelnicy kontra artyści

Porównajmy reakcje otoczenia na używanie słów wulgarnych:

W Polsce artykuł 141 Kodeksu wykroczeń mówi: Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Zaraz po tym na Wikipedii w komentarzu podano: (Co zwykle nie dotyczy działań artystycznych; przepis dotyczy także Internetu).

No i jest tak rzeczywiście. Gdybym ja – zwykły szary człowiek – przeklął na ulicy, przechodzący obok ludzie (chociaż sami używający takich słów) mogliby uznać mnie za kogoś o braku kultury. A przechodzący obok policjant mógłby życzliwie wypisać mi mandat.

2Pac - Tupac Amaru Shakur

A teraz wyobraźmy sobie, co dzieje się w zamkniętej przestrzeni, np. klubu, gdzie występuje jakiś artysta. Jego co drugim słowem może być przekleństwo, ale tłum będzie śpiewał razem z nim. Nikt nie powie: „Hej, dlaczego przeklinasz? To nie jest kulturalne”. Uzna się raczej, że jako artysta trafnie komentuje otaczającą rzeczywistość.

Krótko mówiąc: ja przeklinam – ja płacę karę, przeklina artysta – płacą jemu nagrodę (bo przecież nagrodą są wpływy z biletów). Dlaczego pięcioliterowe słowo na „K” określające panią sprzedającą swoje ciało i czteroliterowe słowo na „Ch” określające męski narząd rozrodczy wypowiedziane normalnym głosem jest wulgarne, a wyśpiewane z dodatkiem lecącej muzyki jest już formą sztuki?

Myślę, że ta sprawa – kwestia „co wolno wojewodzie”: co uchodzi artystom, a wśród szarych ludzi uważane jest za złe – godna jest omówienia w osobnym artykule. To naprawdę szeroki temat. Tutaj chciałbym skupić się tylko na pierwszej kwestii: używania wulgaryzmów w muzyce i dopuszczania tego do emisji w radiu.

Cenzura w eterze?

Jak więc to jest z tymi wulgaryzmami w mediach? O pomoc w rozwikłaniu tej zagadki zwróciłem się do kogoś, kto ze studiem, radiem, eterem i artystami ma do czynienia codziennie – do Oli Budki z Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Czyżbym przeprowadził pierwszy w życiu wywiad?

Złożone pytanie, z jakim – po wyjaśnieniu kontekstu – zwróciłem się do Oli, brzmi(ało): Od czego zależy „wypikanie słów brzydkich i wulgarnych”? Czy jest ich jakaś skala, ranking: to słowo jest przekleństwem mniej, a to bardziej? Coś mi się kojarzy, że kiedyś wycięte było słowo „f*ck” z kawałka „American Idiot” Green Day’a. Czy może zależy to po prostu od danej stacji radiowej?

No i czegóż się dowiedziałem?

W grę wchodzą trzy główne kwestie:

  1. rodzaj radia: prywatne czy publiczne;
  2. pora emisji;
  3. rodzaj emisji.

No to po kolei:

  1. Rodzaj radia:

    Przede wszystkim zależy to od stacji – czy jest to radio publiczne czy prywatne. KRRiT (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – przyp. poSZTUKOwanego) nakłada na stacje radiowe misję, a jednym z elementów misji jest szerzenie i propagowanie języka polskiego, dbanie o poprawność itp. Z drugiej strony KRRiT odgrywa rolę obserwatora również w mediach prywatnych, przedłuża i wydaje koncesje, dlatego też w przypadku naruszeń może wydać swoją opinię. Istnieje również Rada Etyki Mediów, która jest kontrolerem mediów – wydaje orzeczenia także w kwestii zawartości przekazu medialnego. A jeśli ten byłby przepełniony wulgaryzmami, REM na pewno by się do tego odniosła, co nie wpłynęłoby dobrze na wizerunek danej stacji.

    W sumie dobrze, że jest ktoś, kto czuwa nad tym wszystkim – dzięki temu słuchanie radia może nas odprężać i dostarczać rozrywki, a nie bombardować uszy bluzgami.

  2. Pora emisji:

    Bardzo ważną kwestią jest też troska o dzieci, które nie powinny mieć możliwości dostępu do niewłaściwych, nieprzeznaczonych dla nich treści.

    Jeśli wulgaryzmy w piosenkach się pojawiają, to na pewno nie w godzinach porannych, porannych programach, w programach publicystycznych itp. Godz. 16-18 – do tej pory takie treści nie powinny się pojawiać.

  3. Rodzaj audycji:

    Własnymi prawami rządzą się za to audycje autorskie. Zamiast (często) oklepanej playlisty, prowadzący przedstawiają wtedy wybrane przez siebie utwory. Ta dowolność może się przełożyć na to, że jakieś niecenzuralne słowo się w prezentowanym kawałku przemknie.

Jest jednak jeszcze jedna ważna rzecz, którą podkreśliła Ola – szacunek do słuchacza: Trójka to inny świat, to radio, gdzie obowiązuje stara szkoła radiowa, gdzie do słuchacza z reguły nie powinno się mówić na „ty” i to on – a nie prowadzący – jest najważniejszy. Więc z tego szacunku wulgaryzmów powinno się unikać.

Tak więc na przykład jedno z najpopularniejszych polskich pięcioliterowych słów, występujące także w utworze „Beksa” Artura Rojka, zostało w Liście Przebojów „wypikane”. To samo słowo, tyle że w liczbie mnogiej, również zostało wycięte i niewyemitowane w czasie transmisji koncertu z okazji dziesięciolecia wydania płyty „Piła tango” przez zespół Strachy na Lachy, jaki odbył się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie (wyraz ten występuje w utworze „List do Che”). A – przyznam – nasłuchiwałem przy tym kawałku wyjątkowo uważnie. Właśnie po to, by wychwycić to jedno słowo: „wypikają czy nie?”.

Po polsku nie mówimy brzydko…

Ok, więc większość brzydkich słów w śpiewanych po polsku utworach jest „wypikiwanych”. Większość – o tym szerzej za chwilę. Co więc z wulgaryzmami w języku obcym? Zdaniem Oli Budki i jeszcze innych osób, z którymi o tym rozmawiałem, takie słowa są po prostu „mniej rażące”. Hmm, gdyby co drugie słowo w utworze zawierało przekleństwo, wyemitowane w 99% by nie było. Ale jedno czy dwa „czteroliterowe na f, s lub d” krzywdy najwidoczniej nikomu nie czynią. (BTW. Chcecie poczytać o „bluzgowych” rekordach w muzyce? Po skończeniu mojego artykułu przeczytajcie jeszcze ten: Fuck Buttons: krótka historia przekleństw w muzyce).

Wcześniej wspomniałem, że przecież coraz więcej osób zna języki obce, a angielski stał się dla nich drugim językiem. Ale rzeczywiście coś w tym jest: gdy widzimy (np. w tekście) lub słyszymy (np. w piosence) przekleństwo w języku innym niż nasz, wulgaryzm jakby tracił na mocy. Jakby nie był już bluzgiem.

… chociaż i z polskimi słowami nieparlamentarnymi są wyjątki

Nie wszystkie polskie słowa „nie do końca ładne” są jednak „wypikane” (taka na przykład „suka” występująca w utworze „Bądź duży” Natalii Nykiel). Pozwala to jednak później wyraźnie zobaczyć, jak przekłada się to na dzieci: pewna kilkuletnia dziewczynka usłyszała właśnie te słowa – „nie umiem być suką” – w radiu w czasie jazdy samochodem. Utkwiły w jej główce i później w czasie zabawy je sobie podśpiewywała… (Może to tłumaczyłoby też zachowanie moich młodocianych sąsiadów walczących na miecze świetlne?).

Brains, brains, gimme some brains…

No i co? Niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że muzyka (i teksty utworów) nie wywierają żadnego wpływu na umysły…

Wszystko to, co wchodzi do naszych głów, oddziałuje na nas bardziej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Oczywiście jest to całkowicie prywatną sprawą, jakiej muzyki słuchamy. Warto jednak pamiętać, że to, co do naszego umysłu się dostanie, na pewno też w jakiejś formie z niego wyjdzie. Oby było to jak najlepsze…

Bluzgać (nie) każdy może…

Gdybym więc spróbował jednym zdaniem podsumować ten artykuł i odpowiedzieć na postawione pytanie: „jak to jest, że przekleństwa w języku obcym są jednak dopuszczane do emisji w radiu”?

Wychodzi na to, że wulgaryzmy wypowiadane w obcej mowie – mimo tego, że wciąż pozostają przekleństwami – są przez nasze uszy jednak słabiej wyłapywane i mniej rażą…

Może to właśnie teraz jest ten czas na zrealizowanie mojego dawnego pomysłu na własną stację radiową…?

***

Jeśli czytaliście artykuł na komputerze, to najeżdżaliście też kursorem na obrazki? Pojawiają się wtedy ich opisy…

„Wiem, że nie chcesz jeszcze spać…”

Lubię, gdy zapada zmrok. I to nie tylko dlatego, że mogę wtedy stanąć w oknie i słuchając muzyki lounge wyobrażać sobie, że oto jestem i mieszkam w Nowym Jorku.

Późny wieczór i noc lubię też z innego powodu: jest wtedy cicho i spokojnie, co zdecydowanie sprzyja… pracy. Tak, pracy. Podobnie jak wczesny ranek, gdy wszyscy i wszystko wokół jeszcze śpi.

Nocna poSZTUKOwanego praca

Ech, pamiętam, gdy pewnego razu – w sumie całkiem niedawno – po całym dniu usiadłem do pisania zleconych mi artykułów. Deadline zbliżał się z każdą minutą, a na mnie czekały jeszcze trzy niezwiązane ze sobą tematy. Zasiadłem więc przed ekranem i klawiaturą o godzinie 23:52. I pisałem, pisałem, pisałem, za oknem robiło się już widno, a ja pisałem, pisałem, pisałem… Do 4:22… I tylko co kilkadziesiąt minut chodziłem do kuchni, aby po raz kolejny zalać yerba mate. Może to właśnie ta południowo-amerykańska herbata to sprawiła, a może jednak świadomość, że deadline tuż, tuż, ale w końcu każdy z tych artykułów miał nie tylko po konieczne minimum trzy tysiące znaków, ale też i sens…

Tak, lubię pracować nocą…

Noc supportem poranka

Choć ostatnio jednak dość szybko „padam”. Więc noc nabrała dla mnie trochę innego celu (może to i lepiej, że właśnie takiego?) – pozwala przygotować się do kolejnego dnia: mija godzina 23-cia, a ja mam już naszykowane na rano ubrania, umyty kubek termiczny i zaparzacz (kawę biorę na drogę do pracy, bo ostatnimi czasy jakoś z samego rana czarnego trunku pić nie mogę…) oraz naszykowany podcast – także na drogę (do tej pory w drodze z domu do pracy i z pracy do domu słuchałem muzyki. Ale teraz przestawiam się na podcasty. Żeby dowiedzieć się czegoś praktycznego i mądrego, zamiast na okrągło słuchać tych samych kawałków. Ale to temat na osobny artykuł).

Dzięki temu rano – gdy wstanę o godzinie 5:30 – nie będę się już martwił prasowaniem ani brudnymi naczyniami. Zostanie tylko się ogarnąć, ubrać i zrobić śniadanie. No i co najważniejsze: będę mógł na spokojnie poświęcić minimum godzinę na pisanie artykułu. A ciekawych tematów w zanadrzu mam sporo… W tym jeden, który chcę uczynić moim sztandarowym.

Tik-tak, tik-tak

Hmm, powinienem już się kłaść spać (23:34 na zegarku, w międzyczasie jeszcze się bowiem umyłem), ale bardzo chcę dokończyć i opublikować ten artykuł. Bo wena – jak zwykle – przyszła w najmniej oczekiwanym momencie… Muszę nad nią popracować i ją ogarnąć, żeby przychodziła wtedy, kiedy to JA tego będę chciał. A wiem, że jest to możliwe…

Więc na koniec artykułu – i tym samym już na dobranoc – jeszcze utwór, który – choć różnie można go interpretować – zawsze kojarzy mi się z błogim zapadaniem w sen:

23:50…

Dobranoc. Kolorowych.

Wygrzebane z szafy, część 2: Piosenka na deszcz

Jeśli ktoś z was kiedykolwiek chciał poczuć się jak w filmie, to ostatnich kilka dni daje mu taką możliwość. Oto bowiem mamy pogodę w iście bollywodzkim stylu: „czasem słońce, czasem deszcz”…

W miarę rześkie poranki, ciepłe/upalne południa, burzowo-deszczowe popołudnia i wieczory – taki mniej więcej scenariusz powtarza się praktycznie codziennie.

Nie wiadomo jednak czy się śmiać, czy może płakać. To komedia jest czy dramat? Bo wystarczyło trochę więcej ulewnego deszczu i niektóre miejsca w Częstochowie po prostu pływały. Tak jak na przykład Centrum Handlowo-Usługowe „Jagiellończycy”…

Recepta na deszcz

Zapytałem Wujka Google o jakieś piosenki na taką deszczową porę. Podał mi odnośniki do kilku mniej lub bardziej profesjonalnych zestawień i playlist. Przejrzałem je, jednak na żadnej nie znalazłem tego już trochę zapomnianego kawałka, który leży sobie wygodnie od jakiegoś czasu na mojej youtubowej półeczce z ulubionymi utworami.

Oto więc przed wami moja propozycja piosenki na deszczową porę:

Malarze i Żołnierze – „Nie bój się deszczu”

Znacie? Pewnie nie. Więc krótko o wykonawcy:

Malarze i Żołnierze to polska grupa muzyczna założona w roku 1986 w Poznaniu. Wielokrotnie się rozpadała i reaktywowała. Jej najbardziej znanymi utworami są właśnie ten powyższy – „Nie bój się deszczu” – i „Po prostu pastelowe”, bardziej znany szerszej publiczności w późniejszej (coverowej) wersji zespołu Strachy na Lachy. Wokalista zespołu, Stanisław Holak, jest ojcem Mateusza i Kuby, liderów zespołu Kumka Olik. Tych kojarzycie już bardziej?

Gdy więc znowu zacznie padać, włączcie sobie powyższy utwór i razem z nim z uśmiechem na twarzach przetrwajcie niezbyt ciekawą pogodę. Bo przecież:

Nie trzeba mi nic więcej
Niż deszczu pełne ręce mam

***

Pierwsza część „Wygrzebanych z szafy” – poniekąd też w temacie pogody, no bo przecież zatytułowana „Oko burzy” – do znalezienia pod tym linkiem.