Lion. Droga do domu – okiem poSZTUKOwanego

Flaga Indii

Czas czytania: około 4 minuty

Wasz ulubiony wujek – wujek poSZTUKOwany – dobrze wam radzi: wybierzcie się do kina. „A na co iść mamy?” zapytacie. Ano na film „Lion. Droga do domu”.

W skrócie

„Lion. Droga do domu” to australijsko-amerykańsko-brytyjska produkcja z roku 2016. Oparty na prawdziwej historii dramat reżyserowany przez Gartha Davisa. Jeden z najlepszych filmów (o ile nie najlepszy), jakie ostatnio obejrzałem.

Ten trwający 2 godziny i 9 minut film podzielony jest na dwie główne części. W pierwszej dowiadujemy się, w jaki sposób zgubił się pięcioletni Saroo – główny bohater – i obserwujemy jego walkę o przetrwanie na ulicach kompletnie mu obcej Kalkuty. W drugiej – dziejącej się 20 lat później – widzimy go już jako dorosłego człowieka poszukującego swej rodzinnej wioski i matki, do której wciąż wraca myślami.

Tytuł

Zacznę trochę przewrotnie: wiecie, dlaczego w tytule filmu występuje słowo „Lion”? „Bo tak się tłumaczy imię głównego bohatera?” odpowiecie? Nie!

Ale spokojnie, wszystko zostaje wyjaśnione. W stosownym czasie, czyli oczywiście już w napisach końcowych filmu…

Nie zdradzę wam tajemnicy, więc jeśli chcecie ją rozwikłać, to wybierzcie się do kina.

Tymczasem prezentuję wam kilka szczegółów, które szczególnie zwróciły moją uwagę i które moim zdaniem sprawiają, że naprawdę warto obejrzeć to dzieło.

Recenzja

Chcecie się wzruszyć? Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepsze scenariusze pisze życie. Gdyby przedstawiona w filmie historia powstała w głowie scenarzysty, jej siła oddziaływania byłaby zdecydowanie mniejsza: „Ot, wszystko fajnie, ale przecież to tylko fikcja”. Tymczasem świadomość, że te niezwykłe wydarzenia miały miejsce naprawdę (i to parę lat temu), działa na emocje z ogromną siłą. Oto bowiem 25-letni mężczyzna staje przed mapą potężnych Indii, by odnaleźć swoją małą, rodzinną wioskę. Nie mając nawet pojęcia, jak się ona nazywa ani w której części kraju leży…

Nie interesują was cukierkowe, bollywodzkie historie? To świetnie, bo „Lion. Droga do domu” przedstawia rzeczywiste życie nie garstki bogaczy, a setek milionów „zwykłych” obywateli Indii. Obywateli – zwłaszcza kobiet i dzieci. Ich los jest tam naprawdę ciężki: prześladowania, odrzucenie, wykorzystywanie i traktowanie jako istoty gorszego gatunku, których życiem nie przejmuje się prawie nikt. Spanie na dworcach? Głód? To codzienność dla tysięcy hinduskich dzieci…

A kobiety? Dla tych pochodzących z nizin społecznych przyszłość w żaden sposób nie rysuje się w świetlanych barwach. Praca? Ależ oczywiście: na przykład w kamieniołomie, tak jak matka Saroo…

Film porusza, ale też nie emanuje zbędnym okrucieństwem. To, co najgorsze, pozostaje w sferze domysłów (choć i to wystarczy, by porządnie wstrząsnąć): jacyś mężczyźni porywają dzieci z dworca. Po co? Przecież nie po to, by im pomóc…

Do tego dochodzą przejmujące porównania, choć nie na zasadzie skrajności. Nie widzimy nędzy i przepychu, żebraków i bogaczy. Widzimy raczej nędzę i normalność. To porusza zdecydowanie bardziej, bo porównuje z ludźmi takimi, jakimi jesteśmy my sami.

(Uwaga: kolejne dwa akapity zawierają kilka szczegółów z filmu).

Jedna ze scen przedstawia na przykład brudnego i obszarpanego Saroo (to już przecież kilka miesięcy życia na ulicy). Trzyma on w dłoniach starą, zniszczoną łyżkę znalezioną gdzieś w śmieciach i naśladuje ruchy młodego mężczyzny, siedzącego w pobliskiej restauracji i jedzącego zupę. Nie widzimy bogacza degustującego wyszukane potrawy. Widzimy zwykłego człowieka, takiego, z którym sami możemy się identyfikować: ot, młody mężczyzna w białej koszuli jedzący coś, do czego każdy z nas ma codziennie dostęp.

Rozterki. Dorosły Saroo nie jest niezniszczalnym bohaterem odpornym na ciosy, jakie przynosi życie. Ciosy i rozdzierającą świadomość, że bez tego zagubienia się nigdy nie wyrwałby się z nędznego życia w Indiach… Poszukiwanie rodzinnej wioski też nie należy do zajęć, które daje odprężenie… Chociaż sami pewnie nigdy nie byliśmy i nie będziemy w sytuacji takiej, jak on, to mimo wszystko potrafimy się wczuć w jego położenie, emocje i rozterki.

A lubicie inne kultury? Super, bo „Lion…” to nie tylko przedstawienie nędzy i usilnych poszukiwań domu. To także barwne dziedzictwo kulturowe Indii: rytuał pogrzebowy nad rzeką, świątynia hinduistyczna i tamtejsi duchowni, targ z mnogością smakowitego jedzenia i przedmiotów…

Co spodoba(ło) się wam?

Ogólnie rzecz biorąc, nie przepadam za tego typu życiowymi filmami. Ale po przeczytaniu artykułu opisującego prawdziwe wydarzenia stanowiące kanwę tego obrazu poczułem, że muszę go obejrzeć. I dzisiaj potwierdzam, że wybranie się do kina na ten dramat było naprawdę słusznym wyborem.

Zachęcam więc i was. Może spodoba się wam z tych samych powodów, które wymieniłem powyżej? A może znajdziecie w nim jeszcze coś innego?

Co cię powstrzymuje przed rozpoczęciem…?

Stary rower

Hej, ty! Tak, mówię właśnie do ciebie!

Pamiętasz, że masz/miałeś/miałaś zacząć ćwiczyć? Biegać? Jeździć na rowerze? Zrzucić pięć kilo, żeby zmieścić tyłek w te fajne kąpielówki? Rozpocząć pisanie książki? Wywołać zdjęcia z ostatniej wycieczki? Kupić przez internet ceramiczny domek zapachowy w kształcie dłoni? Zalegalizować gaśnicę w samochodzie? Zadzwonić do babci ot tak, że niby nie tylko w celach zdobycia funduszy? Zacząć uczyć się hiszpańskiego? Nagrać pierwszy odcinek vloga o motywacji?

Aha, mówisz, że coś cię powstrzymuje/powstrzymało… A co? Źle się czułeś… Nie masz siły po ośmiu godzinach w pracy… Zapomniałeś… Nie chciało ci się… Nie masz motywacji… Zaczniesz od najbliższego poniedziałku, miesiąca, nowego roku… (O kwestii finansowej nawet nie wspominaj. To temat na zupełnie inny artykuł).

Hmm… Szukasz usprawiedliwienia/wytłumaczenia/zrozumienia? Tutaj go nie znajdziesz.

Jeśli masz 4 minuty i 16 sekund wolnego czasu (po prostu wyłącz już tego facebooka), obejrzyj poniższy klip. A potem jeszcze raz odpowiedz mi na pytanie, co cię powstrzymuje/powstrzymało przed rozpoczęciem XXX (wstaw dowolną rzecz).

To mówisz, że co jest tą przeszkodą nie do pokonania? Powtórz, bo nie usłyszałem.

„We don’t speak very good spanish, but we speak rock & roll pretty good! Let’s go!!!”

akadaka

Pierwotnie artykuł ten miał nosić tytuł „Legendy też się kończą…”. Ale co tam! Do życia trzeba być nastawionym pozytywnie!

„¡Hola, Buenos Aires!”, czyli Argentyna rażona prądem

Ciągle patrzę na nich przez pryzmat trzech koncertów, jakie w roku 2009 – w ramach „Black Ice World Tour” – dali na stadionie w Buenos Aires w Argentynie. Występy te – oglądane na żywo przez łącznie ponad 200 tysięcy fanów – wydane zostały później jako jeden film „Live At River Plate” na DVD oraz Blu-Ray.

Ech, do dzisiaj pamiętam, gdy razem z kumplem oglądaliśmy u niego ten koncert (w formacie Blu-Ray), popijając sobie whisky…

AC/DC – bo to o nich przecież mowa – rozgrzewają tłumy pierwszym utworem: „Rock & Roll Train” (ach, ta potężna lokomotywa pojawiająca się na scenie…). Po nim wokalista – Brian Johnson – wita się z publicznością po hiszpańsku. A potem rzuca zdanie stanowiące tytuł tego artykułu. I zaczyna się rockowe show, bo w tym AC/DC są naprawdę dobrzy…

AC/DC

Dom starców? Nie pod tym adresem (przynajmniej wtedy…)

W roku 2009 członkowie zespołu mieli odpowiednio:

  • Brian Johnson – wokalista: 62 lata
  • Angus Young – gitarzysta prowadzący: 54 lata
  • Malcolm Young – gitarzysta rytmiczny: 56 lat
  • Cliff Williams – gitarzysta basowy: 60 lat
  • Phil Rudd – perkusista: 55 lat

Patrzenie na gości mających po mniej więcej 60 lat i ruszających się po scenie żwawiej niż niejeden nastolatek stanowi doświadczenie bezcenne i skłaniające do refleksji: ja, mogąc być (pod względem wieku) ich synem albo i nawet wnukiem, chyba nie dałbym rady tak szaleć. Chociaż (oj, będzie to zgryźliwe) gdybym miał zarobić na tym tyle, co oni (cała ta trasa powiększyła konto AC/DC o jakieś 450 milionów dolarów)…

Ale nie patrzmy przez pryzmat pieniędzy. Spójrzmy z perspektywy wirtuozerii i zabawy. Muzyka AC/DC klasyfikowana jest najczęściej jako hard rock, tymczasem sami muzycy mówią, że grają rock & roll. I swoją radością, optymizmem oraz żywiołowością naprawdę zarażają fanów. To genialny i cudowny widok: kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących rytmicznie do granych przez nich utworów…

Wspomnienie tego koncertu jakiś czas temu skłaniało mnie do napisania tekstu o – może nie nieśmiertelności – ale bardziej o zadziwiającej (choć i pozornej) odporności rockmanów na ich styl życia, zamykający się często w trzech słowach: sex, drugs and rock & roll.

Ostatecznie nie napisałem tego tekstu. I może dobrze. Bo spojrzenie z obecnej perspektywy skłania do zupełnie innych refleksji.

AC/DC

Oddajmy sprawiedliwość rzeczywistości

Od tamtego wydarzenia – koncertu (albo poprawniej byłoby napisać: koncertów) – minęło już 7 lat. Co – oprócz wieku – się zmieniło?

No niby AC/DC wciąż grają. Ale skład jest już trochę inny…

Angus Young – założyciel, ostoja, mózg i prawa ręka zespołu – przeszedł już na muzyczną emeryturę. Udar mózgu doprowadził bowiem do demencji. Nie było więc innego wyjścia, jak w roku 2014 zawiesić gitarę na kołku.

Phil Rudd. Jemu zdrowie dopisuje aż za bardzo: posiadanie narkotyków i grożenie śmiercią jednemu z byłych współpracowników przełożyło się na osiem miesięcy aresztu domowego. O nieudowodnionym zleceniu zrobienia poważnej krzywdy skracającej żywot (na tym łez padole) dwóm osobom nie ma co nawet wspominać…

Brian Johnson. Przypadek to ciekawy, bowiem lekarze… zabronili mu dawać koncerty. Powód? Żeby do reszty nie stracił słuchu…

Akadaka po nowemu, czyli „umarł król, niech żyje król”…

  • Briana Johnsona w szeregach AC/DC zastąpił (gościnnie?) Axl Rose z Guns N’ Roses;
  • Phila Rudda zmienił Chris Slade (znany m.in. z zespołu Uriah Heep i gry w AC/DC w latach 1989 – 1994);
  • zamiast Malcolma Younga na scenie pojawia się jego raptem trzy lata młodszy bratanek – Stevie Young;
  • no i Cliff Williams – we wrześniu 2016 roku (po 39 latach gry w AC/DC) opuścił szeregi zespołu…

Ech, jak się muszą czuć „odwieczni” fani, gdy na scenie z „oryginalnego” składu widzą już tylko Angusa „Duckwalk” Younga…

Życie…

Krótko mówiąc: rockowe dinozaury też mają swoje problemy. Chociaż na scenie świetnie się bawią, poza nią świat nie jest już taki kolorowy. I chociaż może przez pewien czas dają radę znieść hulaszczy tryb życia, to jednak w pewnym momencie dopadają ich „zwykłe” choroby oraz skutki takiego funkcjonowania.

Muzyczni „bogowie” okazują się zwykłymi ludźmi…

I pozytywne nastawienie (o którym wspominałem na początku artykułu) jest już pozytywne mniej.

Pierwsza rocznica, czyli kilka powodów, dla których warto pisać

pierwsza rocznica

Ostatnio trochę się zakręciłem i rozleniwiłem… Nie, nie jestem z tego powodu dumny. Zatrzymała się realizacja przynajmniej dwóch interesujących, perspektywicznych projektów… A w blogowej chronologii powstała też półtoramiesięczna wyrwa.

No i odnośnie bloga: stała się rzecz straszna, a mianowicie przegapiłem pierwszą rocznicę jego powstania! 28 sierpnia 2015 roku pojawił się bowiem na nim mój pierwszy artykuł – Welcome To My World. A dzisiaj mamy już 2 września 2016…

No trudno. Stało się. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, tzn. przegapionym świętem, chcę się skupić na korzyściach, jakie w ciągu tego roku stały się moim udziałem dzięki pisaniu.

Bartuś, przyjacielu, czytaj uważnie. Pamiętasz, jak jakiś czas temu zadałeś mi pytanie, co ja mam z tego blogowania?

1. Doświadczenie

To chyba najbardziej oczywista korzyść. Chociaż w ciągu tych 365 dni powstało tylko 30 artykułów (2,5 na miesiąc. Średnia miała wynosić 4… A 31 tekst opublikowałem już po rocznicy), to i tak zdecydowanie poprawiły się moje umiejętności pisarskie. Takiego artykułu, jak ten któryś z pierwszych, na pewno bym już dzisiaj nie napisał. Poza tym odnosząc się do pisarskiego skilla:

2. Nowa praca

Gdy zaczynałem tworzyć poSZTUKOwanego, robiłem w fabryce (jedną rzecz tu wtrącę poza tematem, żeby nie wyszło, że narzekam: sporo się wtedy nauczyłem, np. odporności na stres, gdy czas pomyka, a rzeczy do zrobienia przybywa).

Od prawie pięciu miesięcy pracuję: biurko, komputer, kawka, świetna atmosfera i „witaminki E”, którymi w postaci chipsów raczy nas Damian (dzisiaj – zamiast chrupek – były ciastka kokosanki). Wiem, że w osiągnięciu tego pomogło mi na pewno doświadczenie (patrz punkt wyżej) zdobyte w pisaniu (oprócz tworzenia bloga i jeżdżenia „rydwanem” w fabryce, dorabiałem bowiem też trochę jako copywriter). Nie mogę również nie wspomnieć tu oczywiście o znajomości HTML-a i CSS-a, które także w obecnej pracy są mi niezbędne (za nie dzięki składam Piotrkowi K. i pr0d1r2’owi).

A rozmowa kwalifikacyjna do tej pracy? Najlepsza, na jakiejkolwiek byłem.

(I słówko wyjaśnienia, żeby nikt się nie poczuł urażony: dla mnie „robota” to coś, gdzie chodzi się bez przyjemności, raczej z przymusu. Natomiast „praca” jest czymś, co wykonuje się z chęcią i gdzie idzie się z radością. Tak więc ktoś może czuć zupełnie odwrotnie niż ja: siedzenie osiem godzin za biurkiem będzie dla niego karą, a bieganie po hali czymś idealnym).

praca za biurkiem
to nie jestem ja, chociaż też pracuję przed komputerem i mam wąsy

3. Kontakty w radio

Pierwszą osobą, która zaczęła obserwować mojego bloga i śledzić w ten sposób moje pisanie, jest Ola pracująca w radiowej Trójce. Tak więc dzięki blogowaniu mam teraz znajomą na Myśliwieckiej w Warszawie i artykuł o przekleństwach w muzyce (bez pomocy Oli by nie powstał). Dzięki wielkie!

4. Skupienie na sobie wzroku mistrza

Pamiętacie mój artykuł o Ambiancé – powstającym najdłuższym filmie wszechczasów, reżyserowanym przez szwedzkiego artystę, Andersa Weberga? Za tekst ten w komentarzu pod nim podziękował mi sam reżyser, właśnie Weberg. Z głową w chmurach chodziłem przez kilka dni!

Tak na szybko

Te cztery rzeczy to coś, co tak na szybko przychodzi mi do głowy w temacie korzyści odniesionych z blogowania.

O czym warto jeszcze wspomnieć?

Swoimi tekstami w pewnych środowiskach wzbudziłem całkiem sporo kontrowersji. Np. artykułem o Kurcie Cobainie i o tym, czego możemy się od niego nauczyć. Polecam. Według mnie daje do myślenia.

Czytaliście książkę „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga? Mojemu Idealnemu Czytelnikowi – mojej żonie Marcie – nie podoba się tylko jeden z do tej pory napisanych przeze mnie artykułów: ten o Lanie del Rey. Polecam. Mnie się podoba.

I jeszcze o prędkości: niektóre teksty napisałem szybko. Na przykład relacja z koncertu Kabanosa powstała w 2 i pół godziny. Nad innymi posiedziałem dłużej: wspomniany już tekst o przekleństwach w piosenkach kształtował się przez 6 miesięcy…

czas pisania
pisanie najczęściej zabiera jednak sporo czasu…

Perspektywy

Przewidywania na przyszłość? Muszę wprowadzić w życie rady Kinga ze wspomnianej wyżej książki, przeczytanej (na czytniku) na gdańskiej plaży podczas ostatnich wakacji: pisać, pisać, pisać. Codziennie. I czytać, czytać, czytać. Codziennie. A wtedy – gorąco w to wierzę – nie będzie już na moim blogu tak długich odstępów pomiędzy kolejnymi artykułami.

Trzymajcie się, poSZTUKOwany.

Tych 8 dni sierpnia…

Rok ma 12 miesięcy. Ale na moje szczególne uznanie zasługują tylko dwa: maj i sierpień. Wybacz, styczniu, luty, aktualnie trwający wrześniu i wy pozostali.

Maj, bo dni są coraz dłuższe i cieplejsze. Bo wzbudza takie odczucia, jak te opisane w utworze „Ballada majowa” zespołu Stare Dobre Małżeństwo.

A sierpień, na którym w tym artykule chcę się skupić? Koniec żadnego z miesięcy nie wywołuje we mnie tylu emocji, co ostatnie dni tegoż…

W tym momencie przychodzą mi do głowy dwa tego powody. Oto one:

Sierpniowe komety

Nie chodzi mi tylko o perseidy, które regularnie każdego roku pojawiają się na nocnym sierpniowym niebie. Mam na myśli ten niezwykły utwór, którego każde przesłuchanie wywołuje we mnie ten specyficzny rodzaj dreszczy:

Ech:

Spotkajmy się pod koniec sierpnia
Mam Ci tyle do powiedzenia
Prawie wcale Cię nie znam
To nie powinno mieć znaczenia

Koniec sierpnia to dla mnie jego ostatnich osiem dni: począwszy od 24-ego, na 31-szym kończąc. W czasie słuchania tego utworu Komet (drugiego wcielenia zespołu Partia) w tych właśnie konkretnych dniach, ogarnia mnie niesamowita nostalgia. Czuję, że ten kawałek symbolicznie kończy lato i wakacje. Zapowiada koniec niedługich już, lecz ciągle jeszcze ciepłych dni. Zwiastuje początek chłodnej, deszczowej jesieni.

I kojarzy mi się z jakąś tajemniczą dziewczyną, której – tak jak w utworze – ‚prawie wcale nie znam’…

Resztę odczuć zostawiam już dla siebie.

Jedno wyraźne wspomnienie

I – jak wspominam na początku artykułu – jest jeszcze drugi powód, dla którego sierpień traktuję tak wyjątkowo. Wyraziłem go słowami już parę lat temu. Tutaj przytaczam je wszystkie, nic w nich nie zmieniam. Pozwalam sobie tylko wprowadzić akapity, by łatwiej się czytało.

Nisko na niebie płonęły czerwienią ostatnie okruchy słońca. Zachód… Żółty, pomarańczowy, czerwony. Kontrast z ciemno-niebieskim już niebem…

Obstawiam, że było już po godzinie dwudziestej pierwszej. Która dokłanie? Nie wiem. Nie miałem wtedy zegarka. Albo wcale, albo akurat na ręce. I przecież ponoć szczęśliwi czasu nie liczą…

Zresztą, Boże!, jakie znaczenie ma świat, gdy ma się za sobą dopiero kilka lat!!! Nie wie się, czym są wojny. Czym gospodarka. Czym huragany i trzęsienia ziemi. Brzuszek jest pełny. Grzbiet ubrany. Czego więcej chcieć…

Jestem na podwórku. Lecz nie sam. Są tam chyba jeszcze dwie osoby. Jedną z nich jest najprawdopodobniej tata. Drugą dziadek? Nie, chyba nie… To już nie wiem…

Jestem na rowerze. Siedzę na siodełku, stopy stoją na ziemi. Nie jadę. Stoję. Patrzę. Na zachód. Rozmawiamy. Mając kilka lat nie tylko wojny nie mają znaczenia. Znaczenia nie ma też to, że rower jest różowy, jest to „damka” i ma bagażnik z tyłu. Za parę lat byłoby to dla większego już dzieciaka sporą traumą wyjechać takim rowerem pośród inne dzieci. Ale teraz… Jakie to ma znaczenie…

Ubrany jestem w białą podkoszulkę bez rękawów i krótkie spodenki. Nic dziwnego, jest przecież lato. Robi się jednak chłodniej. Przecież wieczór już… I to już koniec sierpnia… Nie martwię się zbliżającą szkołą. Jeszcze do niej nie chodzę.

W sumie nic więcej już nie pamiętam…

Bluzgać (nie) każdy może

brzydkie słowa

Stare dobre czasy?

palenie młodych

Osoby mające już trochę więcej lat opowiadają, że kiedyś było to wręcz nie do pomyślenia, by młoda osoba paliła papierosy. Gdyby jednak jakiejś to się zdarzyło, to na widok kogoś dorosłego od razu wyrzuciłaby fajkę lub schowała ją do kieszeni: prędzej przypaliłaby sobie dłoń lub ubranie, niż pozwoliła się z nią zobaczyć.

Czasy współczesne wyglądają jednak trochę inaczej. Inaczej nie znaczy lepiej… Bywa bowiem, że dla niektórych osób dziesięć albo jedenaście wiosen nie jest już wiekiem, w którym zaczynają palić. One w tym wieku już palenie rzucają…

szewc

Podobnie ma się rzecz z przeklinaniem. Kiedyś była to domena „zarezerwowana” dla marginesu społecznego i szewców („klnie jak szewc” – utarło się porzekadło). A niechby tylko spróbował przekląć ktoś postrzegany jako kulturalny…

Dzisiaj wulgaryzmy są jednak na porządku dziennym. Z ich używaniem najmniejszego problemu nie mają już nawet ani dzieci, ani kobiety, do których takie słowa pasują jak kwiatek do kożucha (nie lubię tego przysłowia, ale pasuje tutaj wręcz idealnie).

Ot, taka sytuacja sprzed kilknastu dni: na trawniku przed blokiem, w którym mieszkam, bawi się dwóch chłopców. Mogą mieć po około 10 lat. Ci mali fani „Gwiezdnych Wojen” walczą sobie na plastikowe miecze świetlne. Przechodzę jakieś 50 metrów dalej i wyraźnie słyszę słowotok jednego z nich: „K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!!

Mistrz Yoda

Hmm, całą gwiezdną sagę oglądałem uważnie i jakoś nie przypominam sobie, by padło w niej chociaż jedno słowo określające najstarszy zawód świata lub jakiekolwiek inne przekleństwo. Skąd więc tego typu wyraz pojawił się w umyśle i ustach 10-latka? I to w takim niczym nieuzasadnionym słowotoku? Bo nie słyszałem, żeby coś mu się stało, albo żeby się ze sobą pokłócili. Po prostu sobie przeklinał…

Yoda zachwycony niekoniecznie byłby chyba…

OK, zostawiam już w spokoju przyszłość narodu. Niech się bawią, przecież to dzieci…

Definicja

A czym tak w ogóle jest wulgaryzm? Kilka razy w tym tekście już to słowo padło, warto więc lepiej mu się przyjrzeć.

Według Słownika Języka Polskiego: WULGARYZM to – wyraz lub wyrażenie będące dosadnym, ordynarnym określeniem zjawisk, które można nazwać, używając słów neutralnych stylistycznie.

Natomiast Wolna encyklopedia internetowa Wikipedia mówi tak: WULGARYZM to – wyraz, wyrażenie lub zwrot uznawany przez użytkowników danego języka jako nieprzyzwoity, ordynarny. Używanie wulgaryzmów uważane jest za przejaw wywyższania się i świadczy o bardzo niskiej kulturze osobistej.

Wulgaryzmy dzieli się na m.in. następujące grupy (wg Wikipedii):

  • przekleństwa, czyli słowa używane w celu rozładowania napięcia występującego z powodu uniesienia emocjonalnego lub docierających negatywnych bodźców;
  • używane w celu świadomego obrażania drugiej osoby lub grupy ludzi;
  • używane w celu wyrażenia lekceważenia czegoś lub kogoś;
  • humorystyczne osobliwości słowne, nawyki, natręctwa, „słowa-przecinki”;
  • funkcja estetyczna, artystyczna, abstrakcyjny humor, artyzm słowny, np. turpizm, wywoływanie szoku estetycznego itd.

W tym artykule słów wulgaryzm i przekleństwo używam zamiennie.

Dlaczego ten temat w ogóle przyszedł mi do głowy?

Po co tyle piszę tu o tych wulgaryzmach? Czyżbym nie miał lepszego tematu?

Przyznaję się bez bicia i innych tortur: od jakiegoś czasu nie słucham radia (nie licząc grającej w pracy internetowej stacji RMF 3. Grają tam naprawdę dobre utwory. Ale dla mnie bardziej jest to playlista, niż stacja z prawdziwego zdarzenia). Kiedyś radio grało u mnie w pokoju codziennie, a obecnie, jeśli już mi się to słuchanie zdarzy, jest to raczej obcowanie chwilowe i przypadkowe.

Miałem słuchać także na potrzeby tego artykułu, jednak coś nie poszło zgodnie z planem…

The Strumbellas - Spirits

Zresztą chyba pogrążyłem się w jakimś upodobaniu tego, co już znam. Zamiast poznawać nowości (i w sensie nowości na rynku, i tego, co już ma swoje lata, ale czego jeszcze nigdy nie słyszałem), ja wciąż tkwię sobie w moim sprawdzonym i osłuchanym bajorku (z małymi, rzadkimi wyjątkami: przesłuchiwane ostatnio namiętnie płyty zespołów The Strumbellas i X Ambassadors: kawałki „Spirits” i „Renegades” lecą na okrągło…). Dobrze byłoby coś z tą stagnacją zrobić, chociaż niewątpliwie swoje plusy też ma…

I tu wreszcie docieram do sedna tego, dlaczego w ogóle przyszedł mi do głowy tytułowy temat: tym razem także moje obcowanie z radiem było przypadkowe. Było to dnia 31 grudnia 2015 roku. Wieża u znajomych była włączona, więc sobie płynącej z niej muzyki słuchałem. Zegar pokazywał kilka minut po godzinie siedemnastej. A w radiu zagrali pewien utwór…

Winnie-the-Pooh

Obcowanie drugie: ta sama (komercyjna) stacja radiowa. Poniedziałek, 18 stycznia. Dzień raczej „zwykły”, chyba że ktoś z was obchodzi przypadający wtedy Dzień Kubusia Puchatka… Dochodziła godzina 16-sta. W radiu zagrali ten sam utwór co wtedy. Oto on:

The Offspring – Why Don’t You Get a Job

Znacie? Co za pytanie… Pewnie, że tak. Kto by przecież nie znał lub chociaż nie kojarzył tej amerykańskiej grupy… Utwór – wydany w roku 1998 na kultowej płycie „Americana” – też łatwo wpada w ucho i pozostaje w głowie na długo. U niektórych budząc nieodparte wrażenie, że już coś takiego kiedyś słyszeli… A potem przychodzi im na myśl „Obla-di obla-da” Beatlesów… Ale nie o (domniemanych) plagiatach tu będzie.

Szybkie spojrzenie na tekst

W utworze padają następujące słowa:

My friend’s got a girlfriend
Man he hates that b*tch

oraz

My friend’s got a boyfriend
Man she hates that d*ck

A teraz po polsku

Nic dziwnego, że szukając tłumaczenia tego utworu na stronie tekstowo.pl, jako pierwszy przywitał mnie przygaszony ekran i ostrzeżenie: Tekst lub teledysk może zawierać wulgaryzmy bądź treści erotyczne i jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich. Masz ukończone 18 lat?

W sumie The Offspring to nie Luciano Pavarotti ani nie Irena Santor, więc obecność przekleństw w tekście piosenki nie powinna mnie dziwić.

Dziwi mnie za to jedna rzecz: jaka jest różnica pomiędzy przekleństwem w języku polskim a angielskim (lub jakimkolwiek innym)? Dlaczego słowo o dokładnie tym samym znaczeniu wyśpiewane w mowie Miłosza i Słowackiego zostanie wycięte lub „wypikane”, a w języku chociażby Shakespeare’a pozostawione bez cenzury?

Przecież społeczeństwo coraz lepiej szwargocze w obcych narzeczach. Dla wielu angielski jest drugim językiem, dlaczego więc wulgaryzm w nim wypowiedziany ma nie razić?

Ech… Gdzie podziały się te czasy, gdy za wulgarne uznawane było określenie: „Gwiżdżę na to”?

Pytanie drugie

Dobrze, że artykuł ten przez pewien czas „dojrzewał”, bo nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie: skąd w ogóle pochodzi przyzwolenie na stosowanie przekleństw (i robienie różnych dziwnych rzeczy) przez artystów?

Czyżby samo stwierdzenie, że „tworzę sztukę”, może być wystarczającym argumentem usprawiedliwiającym wiele różnych podejrzanych i nierzadko szokujących zachowań?

Śmiertelnicy kontra artyści

Porównajmy reakcje otoczenia na używanie słów wulgarnych:

W Polsce artykuł 141 Kodeksu wykroczeń mówi: Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Zaraz po tym na Wikipedii w komentarzu podano: (Co zwykle nie dotyczy działań artystycznych; przepis dotyczy także Internetu).

No i jest tak rzeczywiście. Gdybym ja – zwykły szary człowiek – przeklął na ulicy, przechodzący obok ludzie (chociaż sami używający takich słów) mogliby uznać mnie za kogoś o braku kultury. A przechodzący obok policjant mógłby życzliwie wypisać mi mandat.

2Pac - Tupac Amaru Shakur

A teraz wyobraźmy sobie, co dzieje się w zamkniętej przestrzeni, np. klubu, gdzie występuje jakiś artysta. Jego co drugim słowem może być przekleństwo, ale tłum będzie śpiewał razem z nim. Nikt nie powie: „Hej, dlaczego przeklinasz? To nie jest kulturalne”. Uzna się raczej, że jako artysta trafnie komentuje otaczającą rzeczywistość.

Krótko mówiąc: ja przeklinam – ja płacę karę, przeklina artysta – płacą jemu nagrodę (bo przecież nagrodą są wpływy z biletów). Dlaczego pięcioliterowe słowo na „K” określające panią sprzedającą swoje ciało i czteroliterowe słowo na „Ch” określające męski narząd rozrodczy wypowiedziane normalnym głosem jest wulgarne, a wyśpiewane z dodatkiem lecącej muzyki jest już formą sztuki?

Myślę, że ta sprawa – kwestia „co wolno wojewodzie”: co uchodzi artystom, a wśród szarych ludzi uważane jest za złe – godna jest omówienia w osobnym artykule. To naprawdę szeroki temat. Tutaj chciałbym skupić się tylko na pierwszej kwestii: używania wulgaryzmów w muzyce i dopuszczania tego do emisji w radiu.

Cenzura w eterze?

Jak więc to jest z tymi wulgaryzmami w mediach? O pomoc w rozwikłaniu tej zagadki zwróciłem się do kogoś, kto ze studiem, radiem, eterem i artystami ma do czynienia codziennie – do Oli Budki z Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Czyżbym przeprowadził pierwszy w życiu wywiad?

Złożone pytanie, z jakim – po wyjaśnieniu kontekstu – zwróciłem się do Oli, brzmi(ało): Od czego zależy „wypikanie słów brzydkich i wulgarnych”? Czy jest ich jakaś skala, ranking: to słowo jest przekleństwem mniej, a to bardziej? Coś mi się kojarzy, że kiedyś wycięte było słowo „f*ck” z kawałka „American Idiot” Green Day’a. Czy może zależy to po prostu od danej stacji radiowej?

No i czegóż się dowiedziałem?

W grę wchodzą trzy główne kwestie:

  1. rodzaj radia: prywatne czy publiczne;
  2. pora emisji;
  3. rodzaj emisji.

No to po kolei:

  1. Rodzaj radia:

    Przede wszystkim zależy to od stacji – czy jest to radio publiczne czy prywatne. KRRiT (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – przyp. poSZTUKOwanego) nakłada na stacje radiowe misję, a jednym z elementów misji jest szerzenie i propagowanie języka polskiego, dbanie o poprawność itp. Z drugiej strony KRRiT odgrywa rolę obserwatora również w mediach prywatnych, przedłuża i wydaje koncesje, dlatego też w przypadku naruszeń może wydać swoją opinię. Istnieje również Rada Etyki Mediów, która jest kontrolerem mediów – wydaje orzeczenia także w kwestii zawartości przekazu medialnego. A jeśli ten byłby przepełniony wulgaryzmami, REM na pewno by się do tego odniosła, co nie wpłynęłoby dobrze na wizerunek danej stacji.

    W sumie dobrze, że jest ktoś, kto czuwa nad tym wszystkim – dzięki temu słuchanie radia może nas odprężać i dostarczać rozrywki, a nie bombardować uszy bluzgami.

  2. Pora emisji:

    Bardzo ważną kwestią jest też troska o dzieci, które nie powinny mieć możliwości dostępu do niewłaściwych, nieprzeznaczonych dla nich treści.

    Jeśli wulgaryzmy w piosenkach się pojawiają, to na pewno nie w godzinach porannych, porannych programach, w programach publicystycznych itp. Godz. 16-18 – do tej pory takie treści nie powinny się pojawiać.

  3. Rodzaj audycji:

    Własnymi prawami rządzą się za to audycje autorskie. Zamiast (często) oklepanej playlisty, prowadzący przedstawiają wtedy wybrane przez siebie utwory. Ta dowolność może się przełożyć na to, że jakieś niecenzuralne słowo się w prezentowanym kawałku przemknie.

Jest jednak jeszcze jedna ważna rzecz, którą podkreśliła Ola – szacunek do słuchacza: Trójka to inny świat, to radio, gdzie obowiązuje stara szkoła radiowa, gdzie do słuchacza z reguły nie powinno się mówić na „ty” i to on – a nie prowadzący – jest najważniejszy. Więc z tego szacunku wulgaryzmów powinno się unikać.

Tak więc na przykład jedno z najpopularniejszych polskich pięcioliterowych słów, występujące także w utworze „Beksa” Artura Rojka, zostało w Liście Przebojów „wypikane”. To samo słowo, tyle że w liczbie mnogiej, również zostało wycięte i niewyemitowane w czasie transmisji koncertu z okazji dziesięciolecia wydania płyty „Piła tango” przez zespół Strachy na Lachy, jaki odbył się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie (wyraz ten występuje w utworze „List do Che”). A – przyznam – nasłuchiwałem przy tym kawałku wyjątkowo uważnie. Właśnie po to, by wychwycić to jedno słowo: „wypikają czy nie?”.

Po polsku nie mówimy brzydko…

Ok, więc większość brzydkich słów w śpiewanych po polsku utworach jest „wypikiwanych”. Większość – o tym szerzej za chwilę. Co więc z wulgaryzmami w języku obcym? Zdaniem Oli Budki i jeszcze innych osób, z którymi o tym rozmawiałem, takie słowa są po prostu „mniej rażące”. Hmm, gdyby co drugie słowo w utworze zawierało przekleństwo, wyemitowane w 99% by nie było. Ale jedno czy dwa „czteroliterowe na f, s lub d” krzywdy najwidoczniej nikomu nie czynią. (BTW. Chcecie poczytać o „bluzgowych” rekordach w muzyce? Po skończeniu mojego artykułu przeczytajcie jeszcze ten: Fuck Buttons: krótka historia przekleństw w muzyce).

Wcześniej wspomniałem, że przecież coraz więcej osób zna języki obce, a angielski stał się dla nich drugim językiem. Ale rzeczywiście coś w tym jest: gdy widzimy (np. w tekście) lub słyszymy (np. w piosence) przekleństwo w języku innym niż nasz, wulgaryzm jakby tracił na mocy. Jakby nie był już bluzgiem.

… chociaż i z polskimi słowami nieparlamentarnymi są wyjątki

Nie wszystkie polskie słowa „nie do końca ładne” są jednak „wypikane” (taka na przykład „suka” występująca w utworze „Bądź duży” Natalii Nykiel). Pozwala to jednak później wyraźnie zobaczyć, jak przekłada się to na dzieci: pewna kilkuletnia dziewczynka usłyszała właśnie te słowa – „nie umiem być suką” – w radiu w czasie jazdy samochodem. Utkwiły w jej główce i później w czasie zabawy je sobie podśpiewywała… (Może to tłumaczyłoby też zachowanie moich młodocianych sąsiadów walczących na miecze świetlne?).

Brains, brains, gimme some brains…

No i co? Niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że muzyka (i teksty utworów) nie wywierają żadnego wpływu na umysły…

Wszystko to, co wchodzi do naszych głów, oddziałuje na nas bardziej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Oczywiście jest to całkowicie prywatną sprawą, jakiej muzyki słuchamy. Warto jednak pamiętać, że to, co do naszego umysłu się dostanie, na pewno też w jakiejś formie z niego wyjdzie. Oby było to jak najlepsze…

Bluzgać (nie) każdy może…

Gdybym więc spróbował jednym zdaniem podsumować ten artykuł i odpowiedzieć na postawione pytanie: „jak to jest, że przekleństwa w języku obcym są jednak dopuszczane do emisji w radiu”?

Wychodzi na to, że wulgaryzmy wypowiadane w obcej mowie – mimo tego, że wciąż pozostają przekleństwami – są przez nasze uszy jednak słabiej wyłapywane i mniej rażą…

Może to właśnie teraz jest ten czas na zrealizowanie mojego dawnego pomysłu na własną stację radiową…?

***

Jeśli czytaliście artykuł na komputerze, to najeżdżaliście też kursorem na obrazki? Pojawiają się wtedy ich opisy…

poSZTUKOwany gotuje – potrawka z ludziny, czyli „Synowie ludożerców” – cytaty wybrane

Odkąd pamiętam, książka ta – „Synowie ludożerców” Janusza Wolniewicza – zawsze stała w domu rodzinnym na półce gdzieś pośród innych. Z raz czy dwa po nią sięgnąłem, ale jedynie po to, by obejrzeć zawarte w niej zdjęcia. Nigdy jednak nie zabierałem się za jej czytanie.

Aż do pewnego momentu: jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Jaki, jeszcze wam powiedzieć dokładnie nie mogę. Żeby ktoś z was go sobie ode mnie „nie pożyczył”…

Aby ten pomysł zrealizować, konieczne było doedukowanie się w temacie kanibalizmu… I „Synowie ludożerców” okazali się do tego celu idealni.

O autorze

Janusz Wolniewicz

Janusz Wolniewicz (1929 – 2006) był polskim pisarzem, dziennikarzem, publicystą i podróżnikiem. Napisał ponad 20 książek podróżniczych i wiele artykułów. Za swoją działalność literacką i publicystyczną otrzymał Nagrodę Marynarzy i Portowców, Nagrodę Klubu Zagadnień Polonijnych MSZ, Nagrodę Stowarzyszenia Marynistów Polskich im. J. Conrada oraz Srebrny Globus od redakcji Widnokręgów.

Przeczytałem tylko jedną jego książkę – właśnie „Synów ludożerców”. Ale jeśli wszystkie są napisane w taki właśnie sposób i w takim stylu, to chętnie pochłonę je wszystkie…

Mogłoby się bowiem wydawać, że dla takiej jak ja osoby niezbyt zainteresowanej książkami opisującymi podróże, lektura ta wyda się nad wyraz nudna. Nie żebym nie lubił podróżować i/lub poznawać świata. Nie, po prostu wolę sam ruszyć moje zacne literki i pozwiedzać, niż czytać czyjeś historie.

W wypadku tej książki prawda okazała się zupełnie inna: od pierwszej do ostatniej strony nie nudziłem się ani przez chwilę. Dlaczego? Niech przekonają was o tym wybrane cytaty.

Wszystkie pochodzą z tej właśnie jednej książki – „Synowie ludożerców” – wydanej przez Państwowe Wydawnictwo „Iskry” w Warszawie w roku 1971.

Jeśli chcecie sprawdzić, przed cytatem podaję nazwę tytułu/podtytułu i numer strony (wg mojego egzemplarza). No i pamiętajcie, że od wyprawy Wolniewicza (i towarzyszącego mu kamerzysty Stanisława Szwarc-Bronikowskiego) na Papuę-Nową Gwineę i wydania książki minęło ponad 45 lat…

Cytaty:

Pasztet a la carte, ss. 8, 9:

Krajowiec

Jednym słowem, jest to zakątek naszego globu całkowicie ignorowany przez upływający czas. Autentyczna Kraina Dnia Przedwczorajszego. No, bo jakże można nazwać dzisiaj wyspę, gdzie kamienne siekiery są ciągle w użyciu, gdzie ludzie jedzą zmarłych rodziców – bo ich kochają, a wysysają mózgi zabitych nieprzyjaciół – bo ich nienawidzą? Gdzie żyją dwumetrowi brodacze, strojni w pióra rajskich ptaków, oraz pigmeje z plemienia Kukukuku, którzy wędzą swoich nieboszczyków. Jak określić wreszcie krainę, gdzie kobiety karmią piersią prosiaki, a mężczyźni noszą bambusowe futerały na fallusach? Jak wreszcie nazwać kraj, gdzie z chybotliwego czółna łowi się krokodyle, a obiegową walutę ciągle stanowią muszle i świnie?

Pierwsze kroki, s. 13:

Pierwszą czynnością, jakiej dokonałem w hotelowym pokoju, było podarcie na strzępy koszuli non-iron, którą tego dnia przez zapomnienie przywdziałem na siebie w Brisbane. Duszny upał sprawiał, że od chwili przylotu na lotnisko czułem się w niej niby krzyżaccy rycerze w rozgrzanych zbrojach na błoniach Grunwaldu.

Kolacja z przystawkami, ss. 26, 27:

Podano właśnie kawę, kiedy Gus zapytał smutno:
– Więc ty piszesz książki, Jan?
– Żadna praca nie hańbi…
Gus posmutniał jeszcze bardziej:
– Był tu taki jeden, też pisał…
– No i…?
– Już nie pisze, dawno… Zginął bez śladu w rejonie rzeki Lakekamu. Prawdopodobnie został odgłowiony…
Ta, cokolwiek szokująca, informacja miała stanowić, zdaniem Gusa, rozweselający wstęp do opowieści o nielicznych ludziach pióra, którzy odwiedzili w przeszłości Terytorium. Jednym z nich był Niemiec, Otto von Ehlers. (…) Jego zamierzeniem było przejście w poprzek Wyspy zupełnie dziewiczym szlakiem. Niemieccy koloniści ostrzegali go przed podjęciem tak niebezpiecznej wyprawy, a kiedy, mimo wszystko, pisarz zdecydował się na wyprawę, przydzielony mu z urzędu policjant nie trzeźwiał z rozpaczy aż do dnia wyruszenia w dżunglę.

Baimuru, ss. 43, 44:

Gospodarz, życząc nam dobrej nocy, wspomniał coś o żabim koncercie utrudniającym sen, ale „któż by tam martwił się o żabi koncercik” – myślałem pogodnie, wspominając pikniki i kumkanie mazowieckich żab. (…) przerażający odgłos kazał mi zerwać się na równe nogi.
– Nosorożec? Przecież tu ich nie ma. Więc co?
Były to… żabki, o których wspomniał gospodarz. Bestie musiały mieć gardziele o rezonansie dwóch fortepianów Bechsteina. Słyszałem jednocześnie coś pośredniego między rykiem morsa, chrząkaniem rozdrażnionej świni i gulgotaniem indyka. Co gorsza, te rozkoszne dźwięki dochodziły wyraźnie tuż spod mojego okna. Gospodarz miał rację. Tutejsze żaby-potwory łaziły po drzewach i ścianach domostw jak małpy.

Magnetofon sing-sing, s. 53:

Rano przy wdzierającym się do wnętrza „długiego domu” świetle mogliśmy stwierdzić, że wszystkich czaszek w chacie jest około trzydziestu, a każda z nich była inaczej spreparowana. (…)
– Cóż chcecie – perorował Gus – my biali kolekcjonujemy zdjęcia swoich krewnych w rodzinnych albumach, a ci tutaj kolekcjonują czaszki co wybitniejszych krewniaków. Z pewnością są to nawet trwalsze pamiątki.
– Tak, masz rację, różnica niewielka. My robimy zdjęcia za pomocą aparatów fotograficznych, oni zaś za pomocą noża albo siekiery.

Magnetofon sing-sing, s. 55:

Ostatnią niespodziankę tego dnia zgotowało nam małe Papuasiątko z wydętą brzuszyną, które rezolutnie wystąpiło nagle z koleżeńskich szeregów i zażądało stanowczo wskazując palcem futerał na moim ramieniu:
– Masta, magnetofon sing-sing!
Ze zdumieniem popatrzyliśmy po sobie. Malec wyraźnie powiedział >>magnetofon<<. A więc musiał podsłuchać naszą rozmowę, prawidłowo skojarzyć w kędzierzawej łepetynie słowo z przedmiotem i oto polsko-greckie słowo zyskało obywatelstwo w tej zapadłej papuaskiej wsi.

Trzydzieści mil, ss. 79, 80:

Lasaro był jednak wirtuozem kierownicy. Na maleńkich odcinkach względnie dobrej drogi „szalał” rozwijając szybkość ponad 20 km na godzinę, na gorszych zaś dusił z silnika wszystkie moce. „Najzabawniejsza” była jego technika brania niektórych zakrętów. Były one tak ciasne, że za jednym zamachem nie dały się pokonać. Lasaro więc cofał wóz, raz, dwa lub więcej, trzymając tylne koła o włos od przepaści, aby zmieścić się wreszcie na wąskiej drodze.

Trzydzieści mil, ss. 78, 80:

– Dam wam swój „Landrover” i policjanta. Zaryzykujecie?
– A daleko do tego Guari? – pytam przezornie.
– Około 30 mil.
– Eh, to w razie czego nawet pieszo… Jedziemy!
Nie wiedziałem wówczas jeszcze nic o papuaskich milach. (…)
Mniej więcej po godzinie jazdy zapytałem Lasaro, ile jeszcze drogi przed nami. Powiedział, że jeżeli nie będziemy stawać, aby masta Stak kisim pikczer (mój przyjaciel filmował bowiem zawzięcie), to za osiem godzin powinniśmy dojechać na miejsce. Zaczynałem powoli rozumieć, co oznacza w Papui odległość 30 mil.

Trzydzieści mil, s. 81:

Krajowiec

Kolejne spotkania z ludźmi wędrującymi skrajem drogi pozwalały nam obserwować bransolety, naszyjniki ze świńskich kłów oraz wspaniałe kwiaty wpięte we włosy wyłącznie… męskie. Dziewczęta też były przyozdobione, lecz chłopcy i mężczyźni zawsze byli strojniejsi. Najnędzniej prezentowały się mężatki – zaniedbane, zamiast ozdób nosiły na głowach najczęściej ciężkie siatki wypełnione słodkimi kartoflami.

Wioska w górach, s. 85:

Palce

Przechadzając się po wiosce stwierdzam w pewnej chwili, że wiele kobiet, zwłaszcza starszych, nie ma wszystkich palców u rąk. Lasaro spieszy z wyjaśnieniami:
– Jeśli dziecko umiera, matka na znak żałoby obcina sobie palec. Tutejszy luluai pewnie już na to nie pozwala, ale kiedyś palce te były noszone na szyi. Ci ludzie należą do szczepu Goilala.
Lasaro rad, że może błysnąć erudycją, kontynuuje swoje informacje:
– Żony tutejszych górali w razie śmierci męża mają obowiązek zakopać go w ziemi, usmarować twarz mułem i nie wychodzić przez miesiąc lub dłużej z chaty, zależnie od tego jak długo trwało małżeństwo i od ilości dzieci. A potem…
– Co potem? – pytam przerażony i czuję, jak mi cierpnie skóra na grzbiecie.
– …Potem żona odkopuje trupa męża, myje go w rzece i niektóre kości zawiesza sobie na ciele, czaszkę zaś nosi ze sobą w plecionej siatce bilum…
Częstuję Lasaro papierosem, żeby schwytać trochę oddechu i mimo woli wyobrażam sobie znajome warszawskie wdowy w żałobie kobiet Goilala.

Ludożercy z lotu ptaka, ss. 101-104:

Notowano skrzętnie wypadki ludożerstwa, o których wieść dotarła do tzw. cywilizowanego świata. Przy tej okazji okazało się, że przejawy te są nader różnorodne, a sposoby przyrządzania ludzkiego mięsa oraz lista dań z niego mogłaby być znacznie dłuższa niż menu w najlepszej paryskiej restauracji. W samej Nowej Gwinei, ze względu na obfitość plemion, szczepów, grup i grupek etnicznych, pomysłowość ludożerców może zaimponować, a samo przygotowywanie „surowca” wywołać koszmarne sny.
(Czytelników obdarzonych wrażliwością, a także wyobraźnią, uprasza się w tym miejscu o przerwanie lektury…)

* No i tu następuje w książce liczący trzy strony opis. Z troski o was, wasze zdrowie psychiczne i żołądki pozwolę go sobie tutaj nie zamieszczać. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Var-sha-va, ss. 130-132:

Pchnąłem niklowe drzwi banku i byłbym cofnął się, gdyby nie Stach. W pomieszczeniu zobaczyłem trzy zatknięte za pas siekiery. Ich uzupełnienie stanowiła trójka brodatych drabów. Każdy z nich miał co najmniej 180 cm wzrostu. Ubrani byli przedziwnie. Wszyscy trzej mieli na gołym ciele czarne, szerokie na dwie dłonie pasy. Podobne noszą u nas żużlowcy na zawodach. (…)
Za takimi to trzema pięknisiami pokornie ustawiłem się w kolejce do okienka pilnie uważając, co będzie się dziać dalej. (…)
Urzędnik w okienku załatwiał ich wszystkich tak, jak u nas załatwia się dokonujących wpłat na książeczkę PKO. Nawet nie spojrzał na swoich klientów.
Jakkolwiek nadeszła moja kolej, nie wytrzymałem. Wybiegłem za ostatnim pięknisiem na ulicę. Warto było. Zdążyłem jeszcze zauważyć, jak mój adonis z pióropuszem odgarnął wdzięcznie liście z pośladków, siadł do… półciężarówki stojącej w pobliżu, zapuścił silnik i odjechał, zręcznie manewrując kierownicą. (…)
Tak, trzydzieści pięć lat, to jednak kupa czasu. Trochę za mało, aby pozbyć się liści z pośladków, ale dostatecznie dużo, aby zrobić prawo jazdy i brać udział w obrocie czekowym. Zaczynało mi się w tym Mount Hagen podobać.

Rzeka ludożerców, s. 156:

Wydobyto także kilka małych figurek (maselais). Wszystkie te rzeźby przedstawiały protektorów szczepu, bożków odpowiedzialnych za zbiory yamu i chroniących zdrowie członków plemienia. Była to więc w komplecie tamtejsza dyrekcja PZU.

Deptacze krokodyli, ss. 172, 173:

Sepik

– Tu, nad Sepikiem, łowy na krokodyle prowadzone są w dość osobliwy sposób… – oficer urwał.
– Prosimy o coś więcej na ten temat.
– Well, występują tu zasadniczo dwa gatunki tych zwierząt. Bliżej ujścia trafiają się krokodyle słonowodne, wyżej – gatunek słodkowodny. W czasie kiedy wody rzeki opadają, a bagna podsychają – słodkowodne krokodyle zagrzebują się grupowo w mule i stają się mniej żywotne. Wtedy właśnie myśliwi oddają się najniebezpieczniejszemu sportowi, jaki znam.
Cała tyraliera krajowców brodzi czasem po szyję w wodzie i wszyscy starają się „wydeptać” krokodyla. Kiedy jeden z nich wyczuje pod stopą gada, zwołuje resztę. Potem ostrożnie stara się odszukać „na macanego” głowę krokodyla. Jeśli to się uda – następuje najtrudniejsza część polowania. Krajowiec nurkuje i wsadza krokodylowi w oczodoły kciuki rąk tak głęboko, jak tylko zdoła. Zaatakowany w ten sposób krokodyl – wiadomo to z doświadczenia – udaje martwego, dopóki czuje na oczach ucisk. Zadaniem reszty myśliwych jest w tym czasie wywindować nad wodę gada razem z myśliwym. Jeśli marudzą zbyt długo i koledze zabraknie powietrza, rzecz kończy się najczęściej tragicznie. Nie ma również ratunku dla tych krajowców, którzy przypadkiem natkną się na słonowodny gatunek krokodyla.
– Jeśli o mnie chodzi, to znam przyjemniejsze rodzaje samobójstwa – powiedziałem po chwili milczenia.

Duchy z Matupit, ss. 210-213:

Wulkan Matupit

Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą być w Rabaulu i nie wpaść na chwilę do… wulkanu. To uchybienie porównać by można tylko z odwiedzeniem warszawskiej Starówki bez szklaneczki wina u Fukiera. Skoro jednak już wulkan – to z całej rodzinki otaczającej miasto należało wybrać przedstawiciela najszacowniejszego, tzn. wulkan Matupit. (…)
Wszystko byłoby dobrze, gdybym gdzieś na wysokości może pięciu metrów od dna krateru nie postawił nogi na zupełnie solidnie z pozoru wyglądającym głazie. Głaz najpierw drgnął, a następnie stoczył się na dno krateru. Ponieważ prawa ciążenia, jak się okazało, obowiązują również na Nowej Gwinei, zmuszony byłem dość raptownie towarzyszyć mu w tej drodze. Przybrałem nawet dość skomplikowaną pozycję, ponieważ chciałem ochronić przed strzaskaniem kamerę, którą trzymałem w ręku. Aparat udało mi się uratować, ale lądowanie miałem dość twarde.
Stach, jak to zwykle bywa w takich okazjach, kwiknął najpierw radośnie, a potem zaczął mnie obłudnie pocieszać, że jako pierwszy przelałem polską krew w kraterze Matupit. „Krew łamagi” myślałem z wściekłością, bo dotychczas wyłącznie Stachowi zdarzały się drobne nieszczęścia, jak np. urwanie zelówki, podbicie oka w samochodzie oraz inne ucieszne wypadki.

Dziki nie jest dziki…, s. 251:

Każdy naród ma podobno taką historię, jakich ma historyków, każda podróż wygląda tak, jak zapisał ją kronikarz. A biali podróżnicy od wieków spotykali wyłącznie „odrażających, dzikich ludzi”, których – po prostu nie rozumieli lub których – przeświadczeni o swojej wyższości – rozumieć nie chcieli. Podbój nowych ziem, wyzysk kolorowych ludów biali zdobywcy traktowali jako przyrodzone im prawo. Własne okrucieństwa, żądzę zysku, grabieże i chęć ujarzmienia ludów kolorowych uznawali za rzecz normalną, natomiast jakiekolwiek odruchy obrony, próby przeciwstawienia się ujarzmieniu nieuchronnie klasyfikowali jako „barbarzyństwo i dzikość”. A jakiż poziom moralny, intelektualny reprezentowali, z nielicznymi wyjątkami, biali odkrywcy? Wielu z nich, zanim dostąpiło zaszczytów, trudniło się zwykłym rozbojem morskim, a wiedza ich ograniczała się do znajomości zasad najprostszej zaledwie nawigacji. Tacy ludzie, pozbawieni najczęściej elementarnego zainteresowania sprawami, nazwijmy je socjologicznymi, kulturowymi – przylepiali zwykle etykietkę dzikusów ludziom stojącym od nich często na wyższym pod wielu względami poziomie, z wyjątkiem umiejętności posługiwania się palną bronią.

Było tego więcej…

Tego typu opisów, anegdot, żartów i historii było znacznie więcej, ale wypisanie ich w tym artykule byłoby bezsensowne: musiałbym bowiem przepisać całą książkę…

Mam jednak nadzieję, że już tych kilka cytatów wystarczyło, aby zachęcić was do zapoznania się z lekturą opisującą pasjonującą wyprawę Wolniewicza i Szwarc-Bronikowskiego na Papuę-Nową Gwineę.

Aha, jeśli będziecie czytać w całości opis przyrządzania ludzkiego mięsa przez tamtejsze ludy, to nie róbcie tego przed obiadem…

Smacznego niedzielnego rosołku.

Wygrzebane z szafy, część 2: Piosenka na deszcz

Jeśli ktoś z was kiedykolwiek chciał poczuć się jak w filmie, to ostatnich kilka dni daje mu taką możliwość. Oto bowiem mamy pogodę w iście bollywodzkim stylu: „czasem słońce, czasem deszcz”…

W miarę rześkie poranki, ciepłe/upalne południa, burzowo-deszczowe popołudnia i wieczory – taki mniej więcej scenariusz powtarza się praktycznie codziennie.

Nie wiadomo jednak czy się śmiać, czy może płakać. To komedia jest czy dramat? Bo wystarczyło trochę więcej ulewnego deszczu i niektóre miejsca w Częstochowie po prostu pływały. Tak jak na przykład Centrum Handlowo-Usługowe „Jagiellończycy”…

Recepta na deszcz

Zapytałem Wujka Google o jakieś piosenki na taką deszczową porę. Podał mi odnośniki do kilku mniej lub bardziej profesjonalnych zestawień i playlist. Przejrzałem je, jednak na żadnej nie znalazłem tego już trochę zapomnianego kawałka, który leży sobie wygodnie od jakiegoś czasu na mojej youtubowej półeczce z ulubionymi utworami.

Oto więc przed wami moja propozycja piosenki na deszczową porę:

Malarze i Żołnierze – „Nie bój się deszczu”

Znacie? Pewnie nie. Więc krótko o wykonawcy:

Malarze i Żołnierze to polska grupa muzyczna założona w roku 1986 w Poznaniu. Wielokrotnie się rozpadała i reaktywowała. Jej najbardziej znanymi utworami są właśnie ten powyższy – „Nie bój się deszczu” – i „Po prostu pastelowe”, bardziej znany szerszej publiczności w późniejszej (coverowej) wersji zespołu Strachy na Lachy. Wokalista zespołu, Stanisław Holak, jest ojcem Mateusza i Kuby, liderów zespołu Kumka Olik. Tych kojarzycie już bardziej?

Gdy więc znowu zacznie padać, włączcie sobie powyższy utwór i razem z nim z uśmiechem na twarzach przetrwajcie niezbyt ciekawą pogodę. Bo przecież:

Nie trzeba mi nic więcej
Niż deszczu pełne ręce mam

***

Pierwsza część „Wygrzebanych z szafy” – poniekąd też w temacie pogody, no bo przecież zatytułowana „Oko burzy” – do znalezienia pod tym linkiem.

Lounge – mój prywatny teleport do Nowego Jorku

Nowy Jork

Grubo ponad rok temu opublikowałem na moim poprzednim blogu pewien artykuł. Jego tytuł najprawdopodobniej brzmiał tak: „Moje miejsca na ziemi”. Najprawdopodobniej, bo nie jestem w stanie już go sobie dokładnie przypomnieć. Czego on dotyczył? Opisałem w nim kilka lokalizacji, w jakich chciałbym pędzić swój żywot.

I co ostało się z tych – bądź co bądź – marzeń?

Nie będę się specjalnie rozpisywał nad miejscami, które już mnie zbytnio nie pociągają. Skoncentruję się zaś na tym jednym – nie tylko wciąż, ale też i coraz bardziej żywym w moim umyśle.

Uwaga, uwaga, oto przed wami:

Nowy Jork

Najpierw puśćcie sobie podkład do artykułu…

… i dopiero teraz kontynuujcie czytanie.

Nigdy nie byłem ani w tym mieście, ani w żadnym innym na amerykańskiej ziemi. Ba, nigdy nie przekroczyłem nawet granic europejskiego kontynentu.

Nic więc dziwnego, że jedno z moich marzeń przedstawia się tak:

Żyję w Nowym Jorku lub w jakimś innym wielkim amerykańskim mieście. Mieszkam w apartamencie na którymś z wysokich pięter w drapaczu chmur. I oto stoję sobie w minimalistycznie urządzonym pokoju. Konkretnie: w sypialni. Znajduje się w niej tylko parę mebli: łóżko, dwa fotele, mała szafka i stolik, niższy nawet od tego tak zwanego kawowego. Oświetlenie główne jest wyłączone. Na niebiesko świecą się tylko dekoracyjne LEDy umieszczone gdzieś w okolicach zagłówka łóżka.

Ja zaś stoję sobie przy samym oknie – takim „ciągnącym się” od podłogi aż po sufit (zresztą apartament ten byłby w wieżowcu mieszkaniem narożnym, więc dwie ściany tego pokoju byłyby całkiem przeszklone). Rolety w tych potężnych oknach są całkowicie podniesione.

Piszę po raz trzeci: i tak stoję w tym oknie, trzymając w dłoni kieliszek z drinkiem (w takiej sytuacji obowiązkowo Metropolitan). No i patrzę sobie na późno-wieczorne (ewentualnie wczesno-nocne) miasto cały czas tętniące życiem. W wielu oknach w innych budynkach świecą się już lampy, po ulicach ciągną się jeszcze smugi świateł licznych samochodów. (Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu tytułowym. Ze wszystkich obejrzanych jakoś to najbardziej pasuje mi do mojego wyobrażenia).

Gdzieś z dołu dociera powoli cichnący gwar metropolii. Jednakże do moich uszu dobiegają głównie dźwięki jednego z ciekawszych rodzajów muzyki: wspomnianej w tytule – i mam nadzieję, że i lecącej właśnie w tle – muzyki lounge.

Czuję, że cały świat żyje własnym życiem, a ja jestem gdzieś ponad tym wszystkim – spokojny, wyciszony, patrzący na przerażające piękno cywilizacji, tego dziwnego ludzkiego tworu.

Troszkę teorii, by – choć na chwilę – zejść na ziemię…

Muzyka lounge (co w języku angielskim oznacza po prostu „wypoczynek”) to, według definicji, zbiorcze określenie wywodzących się z jazzu stylów muzyki easy listening popularnych w USA w połowie XX wieku, kojarzonych z holami, barami lub kasynami hoteli, gdzie muzyka ta była (i często nadal jest) wykonywana w celu wytworzenia specyficznej atmosfery.

Dziękuję ci, ciociu Wikipedio. Sam nie ująłbym tego lepiej…

Lounge a ja

Uwielbiam ten styl. To mój prywatny teleport… Przebywając w moim mieszkaniu, zwłaszcza gdy na zewnątrz robi się już ciemno, w wyszukiwarce na YouTubie wpisuję najczęściej coś w stylu: luxury lounge, metropolitan luxury lounge, night lounge, night chillout. Cudowne są zwłaszcza sety zawierające w swojej nazwie te dwa słowa: „New York”…

Minimalistyczne, niezagracone drobiazgami mieszkanie w Częstochowie (choć mój pokój – moja artystyczna pracownia – trochę odbiega od tego opisu…), na zewnątrz już ciemno, w moich uszach luxury lounge, a moja dusza przenosi się na 50-te piętro nowojorskiego drapacza… W dole widzę sznury aut, światła w oknach innych wieżowców, a w dłoni trzymam kieliszek z drinkiem Metropolitan… Ale to już znacie.

Ach, potężną mają siłę marzenia wsparte dźwiękami… Choć czasami bywa też tak, że nawet nie muszę włączać tej muzyki. Zarówno ona, jak i moje marzenia są bowiem tak silne, że wystarczy mi tylko o niej (lub o nich) pomyśleć, a już przenoszę się myślami do Nowego Jorku…

Praca domowa

Podobno zadawanie dzieciom w szkołach prac domowych jest sprzeczne z prawem, więc moje zadanie jest „dla chętnych”:

W jaki sposób wam muzyka pomaga marzyć? Gdzie was wtedy przenosi?

Odpowiedzi w formie pisemnej umieszczajcie w komentarzach pod artykułem.

A ja, jak wrócę z Nowego Jorku, to je przeczytam i na nie odpowiem…

Żuczki nie żyją od 46 lat

The Beatles

Istnieli raptem przez 10 lat. Ale tyle czasu w zupełności wystarczyło, by skutecznie zawrócić w głowach setkom milionów ludzi i zainspirować tysiące współczesnych muzyków.

Dlaczego piszę o nich właśnie dzisiaj? 10 kwietnia to oficjalna data rozpadu The Beatles – czterech żuczków z Liverpoolu.

Ktoś kiedyś napisał, że jedyną rzeczą jaka im wyszła, było przejście przez jezdnię (to oczywiście nawiązanie do słynnej okładki albumu „Abbey Road”). Ale to oczywiście żart, bo jak można tak powiedzieć o zespole, którego 13 z 16 płyt (!!!) znalazło się na liście 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone? W tym cztery w pierwszej dziesiątce…:

  • 1. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
  • 3. Revolver
  • 5. Rubber Soul
  • 10. The Beatles

No cóż… Chapeau bas, panowie.

Bogactwo informacji

Wiele o nich już powiedziano i napisano. I wiele jeszcze można by powiedzieć i napisać. O genialnych albumach i utworach, które weszły do kanonu muzyki. O „inwazji brytyjskiej”. O beatlemanii: zbiorowemu, histerycznemu szałowi, jaki dopadał głównie młode fanki już na sam widok tych czterech chłopaków. O eksperymentach z narkotykami. O konfliktach i problemach. O kłopotach z fanami, którzy blokują ruch i stwarzają zagrożenie próbując zrobić sobie zdjęcie na pasach na wzór swoich idoli. O popularnej miejskiej legendzie, według której Paul McCartney zginął w wypadku samochodowym w roku 1966 i został zastąpiony przez sobowtóra. O… O… O… I o wielu innych rzeczach, sprawach i aspektach. O… O… O…

Ale nie ma co się powtarzać.

Koniec

Nie mam zamiaru też wnikać w dokładne powody rozpadu tego zespołu: konflikt między muzykami po śmierci ich menedżera – Briana Epsteina – oraz zamieszanie z osobą Johna Lennona. Jedno jest pewne: 10 kwietnia 1970 roku, dokładnie 46 lat temu, z zespołu odszedł Paul McCartney (a może jego sobowtór?), pieczętując ostatecznie koniec działalności The Beatles.

Można ich kochać, można nienawidzić. Można coverować ich utwory, bezczelnie z nich zżynać albo pisać o nich własne piosenki. Jak chociażby Jacek Kuderski z zespołu Myslovitz:

Jedno jest pewne – po zespole tym pozostała naprawdę ogromna spuścizna. I mało prawdopodobne, by ktokolwiek i kiedykolwiek im dorównał.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia członków zespołu po przybyciu na lotnisko im. Kennedy’ego w Nowym Jorku w USA, rok 1964. Od lewej: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr.