Na żywo

Zobaczyć Depeche Mode i umrzeć

W 2006 roku obudzili moją miłość do muzyki. Wczoraj, 9 lutego 2018 – po blisko 12 latach od poznania – zobaczyłem i posłuchałem ich na żywo po raz pierwszy. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć „wstyyyd…”, ale z drugiej „nareszcie!!!” 😀

Przed koncertem

Bilet na koncert Depeche Mode kupiłem już w lipcu roku 2017. Tuż po tym, jak tylko pojawiły się w sprzedaży. Tak, to była już najwyższa pora, by wreszcie spotkać się z tym zespołem.

Spośród trzech dostępnych koncertów wybrałem ten w Łodzi (7 lutego koncert w Krakowie, 11 lutego koncert w Gdańsku): najlepszy dzień (piątek) i najmniejsza odległość od Częstochowy. Wziąłem też w pracy wolne, by pojawić się w mieście koncertowym już rano i uniknąć nerwowego dojazdu w godzinach popołudniowych (jak miało to miejsce w przypadku koncertu zespołu The Cure).

Dzięki temu w Atlas Arenie mogłem zameldować się tuż po otwarciu bram i w spokoju oczekiwać rozpoczęcia.

A w międzyczasie ogarnąć jeszcze inne przyjemności…

😀

Support

O 19:40 na scenę wyszedł zespół Black Line – projekt z gatunku IDM (Intelligent Dance Music, chociaż z muzyką Dance nie ma to wiele wspólnego) z Los Angeles. Mroczne, ciężkie, elektroniczne utwory. Właśnie tego było trzeba przed właściwą gwiazdą wieczoru.

W ich muzyce brakowało mi tylko jednego: aby po zbudowaniu napięcia nastąpiła pauza, łupnięcie i ściana dźwięku… No ale może nie na tym ten gatunek polega. A poza tym ostatnio jestem spaczony pokaźnymi dawkami Goa i Psytrance’u 😉

Black Line skończyli grać o 20:14.

I przyszedł czas oczekiwania na wyjście tych, dla których w Atlas Arenie pojawiło się kilkanaście tysięcy ludzi…

Oni…

I wreszcie wyszli: Martin Lee Gore, Andrew Fletcher, muzycy koncertowi Peter Gordeno i Christian Eigner, a także wokalista, frontman i – mimo niemal 56 lat na karku – wciąż szalejący na scenie i kręcący tyłkiem Dave Gahan. Oni! Obiekt miłości i uwielbienia rzeszy fanów, powody powstania niezwykle specyficznej subkultury depeszowców, twórcy charakterystycznego brzmienia i stylu, inspiratorzy dla setek innych artystów. I ci, którzy zaszczepili we mnie miłość do muzyki…

I zagrali. Tak, jak potrafią tylko oni. Porywając tłumy do wspólnej celebracji kolejnych dźwięków, nogi, ręce i pozostałe członki ciała do ruchu, gardła do śpiewu, mózgi do produkcji endorfiny w ilościach hurtowych, a serca do pompowania krwi w tempie grożącym rozerwaniem żył…

Dave Gahan

Lista utworów

Cóż zagrali? Jeżeli nic nie pomieszałem (wszak kawałki zapisywałem w telefonie w pośpiesznym tempie, by jak najmniej przegapić z tego, co działo się na scenie), to lista zagranych utworów prezentuje się tak:

  1. Going Backwards
  2. It’s No Good
  3. Barrel of a Gun
  4. A Pain That I’m Used To
  5. Useless
  6. Precious
  7. World In My Eyes
  8. Cover Me
  9. Insight
  10. Home
  11. In Your Room
  12. Where’s the Revolution
  13. Everything Counts
  14. Stripped
  15. Enjoy the Silence
  16. Never Let Me Down Again

I oczywiście bisy:

  1. I Want You Now
  2. Walking In My Shoes
  3. A Question of Time
  4. Personal Jesus

Dave Gahan

Show

Ale Depeche Mode to nie tylko sama muzyka i teksty. To także wizualizacje stanowiące integralną część każdego show. Tylną część sceny stanowił podwójny telebim, na którym – w zależności od utworu – wyświetlana była obrazująca tekst grafika, klip lub sami muzycy.

Najlepsze, co pojawiło się na tym ekranie? Jak dla mnie: klip do utworu In Your Room (zmysłowy i porywający taniec), zwierzęta do Enjoy the Silence i animacja do Where’s the Revolution.

Where's the Revolution

Aha, dlaczego telebim był podwójny? Bo znajdował się tam jeszcze biegnący przez całą szerokość sceny balkon, po którym szalał do niektórych kawałków Dave Gahan.

Cover Me

Cover Me

Where's the Revolution

Walking In My Shoes

Walking In My Shoes

Nie zawiedź mnie nigdy więcej, czyli morze rąk

Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki utworu Never Let Me Down Again, serce zabiło jeszcze mocniej. Wiedziałem, że zaraz nastąpi coś przepięknego. Coś, czego zawsze chciałem doświadczyć…

Tak, ten punkt koncertu był jednym z tych, na które czekałem najbardziej…

W pewnym momencie utworu Dave podnosi do góry obie ręce. W odpowiedzi swoje ręce podnoszą wszyscy fani. Dave zaczyna machać nimi na boki. Fani robią dokładnie to samo. Ta cudowna jedność wszystkich zebranych w tym miejscu. Ten rytm. Ten widok morza falujących rąk i dłoni. Chwilo, trwaj…

Cóż jeszcze

Cóż jeszcze mogę dodać?

Śpiewał oczywiście Dave, kilka utworów śpiewał także Martin. Tłumami dyrygował oczywiście Dave, tłumami dyrygował także Martin. Tyłkiem kręcił i tańczył ze swoimi dzikimi obrotami oczywiście Dave, nie tańczył Martin. Tylko Fletch – jak zwykle – dostojnie i w skupieniu stał za swoimi klawiszami. Pozwolił on sobie na żarty i całusy w stronę publiczności dopiero po zakończeniu koncertu. Ten typ tak ma. I za to go lubię 😀

Z innych cudownych uczuć?

Usłyszeć na żywo Precious – kawałek, od którego wszystko się zaczęło.

I uświadomić sobie, że Enjoy the Silence ma dokładnie tyle samo lat, co ja 😀

Zobaczyć Depeche Mode i…

Nie, tytuł tego artykułu powinien brzmieć inaczej: zobaczyć Depeche Mode i żyć, by zobaczyć ich znowu.

Będę teraz w wielkiej niecierpliwości czekał na ich kolejny koncert w Polsce lub niedalekich jej okolicach. Ale tym razem kupię bilet pod samą sceną, by poczuć ich jeszcze mocniej…

Reklamy
The Cure w Atlas Arenie

Zestarzałem się szybciej niż The Cure…

Dzień, w którym osiągnę wiek będący jednym z warunków niezbędnych do starania się o członkostwo w słynnym Klubie 27, zrzeszającym wiele sławnych osobistości, jeszcze półtora miesiąca przede mną. Ale i tak od 20 października czułem się wyjątkowo staro…

(Uwaga: artykuł pisany tak, jakby wciąż był czwartek, 20 października 2016).

Kjurzy…

Wesoły autobus

Świadomie rezygnując z przywilejów, jakie daje bycie pasażerem, zasiadam za sterami wesołego autobusu, by pomimo deszczowej pogody poprowadzić pozytywnie nastawioną, pięcioosobową gromadkę asfaltową szosą wprost do Łodzi. Okazja całkiem zacna: pierwszy od ośmiu lat koncert zespołu The Cure w Polsce. Bilety na to wydarzenie posiadamy już od roku… Oprócz kumpla, który na co dzień para się filmowaniem. Ten swoją przepustkę kupuje spontanicznie w dniu imprezy…

Pozostawiamy pojazd na stacji Lukoil (miejsce przy krawężniku, Al. Adama Mickiewicza 2, Łódź – gorąco polecam) i udajemy się w pieszą, kilometrową wędrówkę do Atlas Areny. Mijając przedsiębiorczych koników machających tekturkami z napisem „Sprzedam bilet” oraz zdesperowanych fanów machających tekturkami z napisem „Kupię bilet”, docieramy do celu.

Niczym do Koloseum, wkraczamy na arenę, tzn. do Areny. I tak jak gladiatorzy dumnie wymachujący mieczami, tak my z biletami w dłoniach udajemy się w poszukiwaniu szatni, w której byłyby jeszcze jakieś wolne miejsca na nasz chroniący przed zimnem i deszczem przyodziewek. Znajdujemy takowe i pozostawiamy obciążające nas puchowe zbroje, oczywiście płacąc haracz w wysokości 2 polskich złotych od łebka. Eee, chciałem napisać: uiszczając stosowną opłatę…

Schodzimy na dół, na płytę. Wysłuchujemy tego, co ma do zaproponowania support. Oczywiście nie w całości, bo się na niego najzwyczajniej w świecie spóźniamy. Wiadomo: podróż niemalże prosto z pracy, trudne warunki na drodze, standardowo zakorkowana Łódź itd.

WC

Chwilę przed 20:30 – planowaną godziną rozpoczęcia najważniejszego występu, jaki tego wieczora (wieczoru?) odbywa się w Polsce – czujemy wołanie natury. Tatusia oszukasz, mamusię oszukasz, kolegów oszukasz, ale życia nie oszukasz… I z powrotem po schodach na górę, by oddać się poszukiwaniu stosownego miejsca. Ha, jest! Trzeba jeszcze tylko zejść innymi schodami na dół i grzecznie odstać swoje w kolejce. Ale udaje się: ważący parę litrów mniej odnotowujemy powrót na płytę jeszcze przed wydobyciem się z głośników pierwszych dźwięków utworów. W przeciwieństwie do widowni, która już wydaje okrzyki uwielbienia, chociaż scena jeszcze spowita mrokiem…

Zaczyna się…

Kilkakrotnie zmieniamy miejsce: a to dźwięk nie jest idealny, a to gorąco, a to nie widać… Wreszcie znajdujemy swój kawałek podłogi i już na spokojnie pogrążamy się w muzycznym transie.

Dziadzieję?

Sam koncert i moje wrażenia z nim związane są godne osobnego artykułu (ale czy takowy powstanie, nie obiecuję). Przeskoczmy więc w czasie do momentu, w którym zaczynam odczuwać gwałtowne posunięcie się w latach…

Oto bowiem na scenie gra zespół The Cure (powstały w roku 1976 w brytyjskim Crawley. Lider – natapirowany Robert Smith, lat 57 [ur. 21.04.1959] – mógłby być moim ojcem).

Kjurzy, znani z dawania długich koncertów, i tym razem nie zawodzą: grają, grają i grają. 2 godziny i 40 minut… Przy „standardowym” czasie – półtorej do dwóch godzin – jaki na koncerty przeznaczają najczęściej inne zespoły, prawie trzy godziny tego muzycznego spektaklu wydają się długością wręcz kosmiczną. A chłopaki ciągle dają radę…

A na widowni jest Bartosz aka poSZTUKOwany (powstały [choć odpowiedniejsze byłoby słowo „urodzony”] 14 lat później niż zespół i 31 lat później niż Smith). I nie może już wytrzymać. Ok, The Cure nie są moim ulubionym zespołem. Wielu ich piosenek nie znam. Do tego dochodzi jakieś całodniowe zmęczenie. No i zaczynam już stąpać z jednej owłosionej nóżki na drugą równie owłosioną nóżkę.

Ale litości… W tym wieku nudzić się już koncertem? Naprawdę dziadzieję?

Cure znaczy „lekarstwo, kuracja, uzdrowienie”

(Wróćmy już do właściwego czasu, tj. 23 listopada 2016 – to właśnie dzisiaj piszę ten tekst).

Na szczęście Robert Smith i spółka ostatecznie okazali się dla mnie – zgodnie z nazwą swojego zespołu – skutecznym lekarstwem. Oni plus pewna osoba (tak: to Ty, mój kumplu wstający codziennie o zabójczej dla 99,99% ludzi godzinie), dali mi skutecznego kopa w tyłek i zmotywowali do działania.

Minął miesiąc, zdziadzienie minęło. I oby już nigdy się nie pojawiło. Będę się o to starał ze wszystkich sił.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Travelbay. Wykonał je podczas koncertu zespołu The Cure w łódzkiej Atlas Arenie 20 października 2016. Umieścił je w darmowych zasobach Wikipedii, skąd je pobrałem.

Moje zdziadzienie spowodowało, że nie zrobiłem nawet jednego zdjęcia…

***

I jeszcze jedno: nie mam najmniejszego zamiaru wstępować do Klubu 27 (chociaż towarzystwo miałbym tam wyborne: Kurt, Amy, Jim, Janis, Jimi…). To wyjaśnienie na wypadek, gdyby ktoś opacznie zinterpretował wstęp do tego artykułu.

Zbigniew Wodecki

Zacznij od Zbyszka

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować trzem osobom: moim rodzicom za ufundowanie biletów oraz mojemu brygadziście za udzielenie mi wolnego i tym samym pozbawienie się bardzo cennego pracownika. Bo dzięki temu i dzięki nim mogliśmy razem z żoną wziąć udział w poniedziałkowym koncercie Zbigniewa Wodeckiego (4 kwietnia, godzina 19:00, Filharmonia Częstochowska).

Relację z tego wydarzenia chciałem opublikować jeszcze w poniedziałek, ale cóż… Jak śpiewa sam Wodecki w utworze „Lubię wracać tam gdzie byłem”:

Co dzień nas gna
W nowe strony zadyszany czas.
Sto dat, sto spraw
Wciąga nas, gna nas.

I moje dni
Wszechobecny pośpiech, czasu znak

Mamy więc już sobotni wieczór, a ja dopiero teraz gryzmolę ten artykuł.

Na początek tak ogólnie

Jesteście ciekawi, jak prezentowała się setlista? Notowałem ją na bieżąco, skrupulatnie, by nie pominąć ani jednego utworu. Proszę bardzo, oto ona:

  1. Opowiadaj mi tak (Słoneczko)
  2. Rzuć to wszystko co złe
  3. Znajdziesz mnie znowu (Muszla)
  4. Oczarowanie
  5. Teatr uczy nas żyć
  6. Zacznij od Bacha
  7. Czardasz Montiego
  8. Ciao ciao Bambino
  9. Raj
  10. Pszczółka Maja

Bisy:

  1. Szczęście jest we mnie
  2. Niech się w nas goi

Poza tym, pomiędzy siódmym a ósmym utworem, miejsce na scenie zajęła Renata Zarębska, która zaprezentowała swój krótki program artystyczny, na który składały się trzy utwory oraz wesoła konferansjerka.

O Artyście

A cóż mogę napisać o Zbigniewie Wodeckim? Co jak co, ale głos, talent, energię, włosy i gadane to on ma…

Na skalach głosu i technikach śpiewania jeszcze się nie znam. Ale wiele o tym wcale wiedzieć nie musiałem, by i tak wielokrotnie w czasie słuchania koncertu przeszywały mnie ciarki. Ale Zbigniew Wodecki to nie tylko piosenkarz. To także multiinstrumentalista: gdy w swoje ręce brał trąbkę lub skrzypce, już było wiadome, że zaraz usłyszę coś niezwykłego. Nie zawiodłem się ani razu: grać to on potrafi (ach, genialna fuga wykonana na skrzypcach i „Czardasz Montiego”)… Do tego niesamowita energia. Artysta ten ma już 66 lat, ale w ogóle tego nie widać. Zachowanie na scenie wręcz kłóci się z datą wpisaną do jego dowodu.

I ta jego niezwykła komunikacja z publicznością. Nie ograniczała się ona do przywitania i zachęcania, by śpiewać razem z nim. W sumie pomiędzy każdym utworem Zbigniew Wodecki raczył słuchaczy jedną lub nawet kilkoma genialnymi historyjkami i żartami, po których co rusz wybuchały salwy śmiechu.

Jeśli nie było was na tym koncercie, żałujcie. Poniżej spróbuję przywołać kilka z tych anegdot i tekstów, ale tak w skrócie, to nie jest już w żaden sposób to samo. (Może będzie to nawet bardziej dla mnie, bym za jakiś czas, wracając do niniejszego artykułu, przypomniał sobie niezwykłą atmosferę tego koncertu).

Przykłady tekstów

  • Po wykonaniu dwóch pierwszych utworów Zbyszek rzucił dwa słowa: „Udało się!”. A po chwili przerwy dodał: „Bo rano Geriavitu zapomniałem…”.
  • Mówiąc o wartości finansowej nagrody, którą razem z kolegą dostali za jakąś piosenkę lub album (chyba podczas któregoś z festiwali): „Kolega kupił sobie buty. Ja zegarek…”.
  • Inny tekst? O sobie i współczesnych artystach: „Kiedyś były takie czasy, że żeby śpiewać… trzeba było umieć śpiewać”.
  • O sobie i swoim wyglądzie? Anegdota o trzech amantach, którzy poszli do nieba. W skrócie prezentuje się ona tak: „Trzech amantów – Robert Redford, Robert De Niro i Zbigniew Wodecki – trafiło do nieba. Roberta Redforda przydzielono do pokoju numer 36, w którym przebywała bardzo brzydka kobieta. Głos Boga: Robercie Redfordzie, za twoje liczne grzechy już po wieki trafiasz do pokoju 36. Roberta De Niro przydzielono do pokoju numer 38, w którym przebywała jeszcze brzydsza kobieta. Głos Boga: Robercie De Niro, za twoje liczne grzechy już po wieki trafiasz do pokoju 38. Zbigniewa Wodeckiego przydzielono do pokoju numer 37. Otwiera on drzwi, zagląda do środka, a tam cudowna, przepiękna kobieta – Claudia Schiffer. Głos Boga: Claudio Schiffer, za twoje liczne grzechy…
  • Odnośnie włosów, których – gdy będę w jego wieku – też chciałbym mieć na głowie jeszcze tyle, i kolegi z towarzyszącego mu zespołu: „Mirek, świetny kolega. Pożyczył mi włosy na dzisiejszy koncert”. Mirek kłania się publiczności i ściąga przy tym z głowy czapkę – och, pięknie błyszczy się ta króciuteńko przystrzyżona glaca…

Napiszę wam tak: gdy w waszej okolicy zobaczycie kiedyś plakat zapowiadający koncert Zbyszka Wodeckiego, od razu zaklepcie sobie ten termin i nie poskąpcie pieniędzy na bilet. Jeśli człowiek ten kojarzy wam się tylko z Pszczółką Mają, Chałupami lub popularnymi w telewizji programami, po takim koncercie od razu zmienicie zdanie. Ja osobiście wybrałbym się bardzo chętnie jeszcze raz.

I nie ważne, że Zbigniew Wodecki ma lat 66, a ja czterdzieści mniej. To nie jest artysta zarezerwowany tylko dla „dziadków” i hipsterów. To chodzący genialny głos, prawdziwy talent, żartowniś i zwykły, miły człowiek, emanujący ze sceny szczerą przyjaźnią. Naprawdę warto go posłuchać i poznać.

***

Autorem zdjęcia tytułowego, pochodzącego z Wikipedii, jest Tomasz Ziober.

***

Artyście, w czasie koncertu, towarzyszył zespół w składzie: Zbigniew Stelmasiak, Mirosław Wiśniewski, Jarosław Zawadzki, Paweł Twardoch.

Lubię to! I co z tego?

Ile warte są fejsbukowe lajki? Wyraźną odpowiedź na to pytanie otrzymałem w czwartek wieczorem.

Od początku, czyli od poniedziałku

Poniedziałek, godzina 11:28. Idę sobie przez miasto, załatwiam różne sprawy. SMS: to kumpel informuje mnie o darmowym koncercie, jaki w czwartkowy wieczór ma odbyć się w częstochowskim pubie Twoja Kolej.

Nie zastanawiamy się długo – idziemy. (Jak wjazd za free, to trzeba korzystać. Tym bardziej, że ponoć kapela fajnie gra).

Jako support „gwiazdy wieczoru” – kompletnie mi nieznanego niemieckiego zespołu o wdzięcznej nazwie Dead Cats On Mopeds – wystąpić ma częstochowska grupa Strado. Akurat o tych już coś niecoś słyszałem.

Koncert ma się zacząć o 20:00…

Dzień zero, czyli czwartek

W pubie meldujemy się gdzieś w okolicach godziny 20:30. I co? Strado jeszcze nie gra, Niemcy jeszcze nie dojechali… Szybko podjęta decyzja – także pod wpływem dźwięków płynących gdzieś z pustych żołądków – idziemy na kebsa.

Stoimy więc sobie obok budki i wcinamy kebaby, zręcznie przy tym manewrując stopami, by uniknąć spadających kawałków surówki (czy co to tam jest w tej bułce). Po chwili dociera jeszcze jeden kumpel. Po drodze zahaczył on o pub i teraz zdaje nam relację: support już gra, ale nagłośnienie jest fatalne – mega głośno, nic nie idzie zrozumieć. No nic. Kończymy kebsy i idziemy na własne uszy przekonać się o prawdziwości jego słów.

Wchodzimy, siadamy przy stoliku. Nie słyszymy własnych myśli… No dobra, może nie jest aż tak tragicznie, ale rzeczywiście bardzo, bardzo głośno. W związku z tym i bardzo niewyraźnie. Jest zdecydowanie głośniej, niż podczas (również darmowego) koncertu dwóch włoskich hardcore punkowych kapel (Have It All z Padwy oraz On A Ship z Wenecji), na którym byliśmy w tym samym pubie jakieś pół roku wcześniej. A przecież Strado to żaden punk, tylko zwykły rock…

Ale pomijając już fatalne nagłośnienie (kto je ustawiał?!): gdzie są fani? Powtarzam: gdzie…? są…? fani…?

Ach, te tłumy…

Nasza ekipa liczy cztery osoby. Niedaleko nas siedzi przy stoliku i sączy browarka jakaś dziewczyna. Trzech lub czterech gości w średnim wieku spoczywa nieco dalej. Na „parkiecie” przed sceną dwóch (!!!) fanów rytmicznie buja sobie czuprynami…

Nie mogąc znieść hałasu (czyżbyśmy już dziadzieli?), wychodzimy na zewnętrzny ogródek. Tu fanów brak. Przynajmniej idzie pogadać i wymienić się licznymi uwagami na temat stylu gry zespołu, nagłośnienia i tych tłumów ludzi.

No właśnie, gdzie są ci ludzie? Sprawdzam na fejsbukowym profilu grupy Strado: „lubię to!” kliknęło 1251 osób. Macie ochotę na odrobinę matematyki? No to jedziemy. Odejmijmy od tej liczby członków zespołu i ich rodziny. Nie jest to raczej kapela znana szerzej, no ale odrzućmy też osoby z dalszych stron, bo i pewnie takie dały lajka. Niech też ktoś akurat ma drugą albo trzecią zmianę. No i ile nam zostanie? 1000 dusz? 900? No mniej więcej tak może być. Na twarzoksiążkowej tablicy grupy informacja o wydarzeniu jest… O DARMOWYM wydarzeniu!!! Więc co się stało? Powtarzam po raz kolejny: gdzie są ci fani? Czyżby były to tylko puste lajki, no bo to przecież koledzy albo rodzina, więc „lubię to!” dać wypada?

OK, przyznaję, że przecież nie każdy z fanów przyjść musi. W moich polubieniach widnieje chociażby zespół Depeche Mode, a gdy grali koncert w Polsce, także się nie wybrałem.

No ale litości, z tysiąca osób „lubiących” na DARMOWYM gigu pojawia się dwoje? Gdyby jeszcze trzeba było kupić bilet za 15 zł (toż to przecież jakieś osiem VIPków)… Ale wejściówka „kosztuje” okrągłe zero! (Zresztą chyba jak wszystkie koncerty organizowane w „kolejce”). Nawet nie musimy kupować piwa lub czegokolwiek innego, obsługa nikogo nie wyprasza…

Lubię to! I co z tego?

Wyraźnie widać, jak zmienia się świat. Kiedyś fani wieszali na ścianach z trudem zdobyte plakaty. Z gazet wycinali artykuły i artykuliki dotyczące swoich ulubieńców. Z wypiekami na policzkach słuchali nagrań z kaset. Tych oficjalnych i bootlegów. Jechali za „swoją” kapelą na drugi koniec kraju.

Dzisiaj przeskakuje się na YouTubie z piosenki na piosenkę. A miłością i uwielbieniem obdarza zbyt wiele różnych treści. Przykre. Bo to uwielbienie często jest po prostu puste i bez znaczenia.

Aż szkoda mi członków zespołu: bo zagrali, no ale dla kogo?

Przydałoby się pozytywne zakończenie artykułu

Chciałem zakończyć tekst pozytywnym akcentem. Chciałem, ale chyba mi tym razem nie wyjdzie. Ogólnie rzecz biorąc zespół Strado zagrał poprawny koncert. Jednakże jakość nagłośnienia zepsuła wszystko. Nawet nie wiem, o czym śpiewała wokalistka… Może kiedyś jeszcze się wybiorę na jakiś ich występ i lepiej poznam ich twórczość.

Słówko o kotach

Piszę o fatalnym nagłośnieniu, braku fanów i supporcie – zespole Strado. A gdzie chociaż jedno krótkie słowo o gwoździu programu – Dead Cats On Mopeds? Ależ proszę bardzo.

Jest już po dwudziestej drugiej. Strado kończą swój występ, pakują się do samochodu i odjeżdżają. A niemieckiej kapeli wciąż nie widać… Więc my też ładujemy się do aut i rozjeżdżamy do domów.

Ale przed snem jeszcze szybkie przejrzenie twarzoksiążki i Instagrama. A nuż ktoś zasłużył na lajka…

poSZTUKOwany się najadł…

…wybawił, zmęczył i upocił. I tylko mam gorącą nadzieję, że uda się doprać spodnie. Buty doczyścić się chyba udało…

Co spowodowało tak poważne obrażenia? Ano są one skutkiem czegoś, co zapowiadałem jakieś dwa tygodnie temu w artykule o dziwnej nazwie „Laszuraburej i laszuraba”.

Krótko mówiąc: koncert Kabanosa w Częstochowie, promujący ich najnowszy „Balonowy Album”.

I występ ten miał miejsce wczoraj, czyli w sobotę, 28 listopada, w klubie Teatr from Poland. Przyznam, że się (jak w tytule artykułu) najadłem. A czym? Ano (plus minus) kilkunastoma cienkimi, suchymi kiełbasami – tyle właśnie utworów zagrali. Z początku nawet notowałem w telefonie ich tytuły, żeby później móc wypisać dla was setlistę (tak jak w relacji z koncertu Pidżamy Porno). No ale jakoś wiele nie zapisałem, bo ostatecznie powędrowałem pod samą scenę i – ogólnie mówiąc – dobrze się tam bawiłem, skacząc i odbijając się od innych w rytm muzyki oraz czyniąc zniszczenia opisane na początku…

Szczątkowa setlista

Koncert zaczął się z grubej rury, czyli od utworu „Czołg”. Kabanos to zespół pięcioosobowy, tymczasem podczas tego kawałka widocznych na scenie było tylko czterech muzyków. Nigdzie nie było widać Zenka, choć jednak jego głos z głośników dobiegał. Po skończeniu utworu wszystko się wyjaśniło: Zenek wylazł ze swojej kryjówki i uśmiechnięty od ucha do ucha oznajmił, że po raz pierwszy śpiewał ukryty za… yyy? Wzmaczniaczem albo kolumną. Nie pamiętam dokładnie, co powiedział…

Pamiętam za to inne jego słowa. Może dlatego, że powtórzył je kilka razy. Może trzy, może nawet cztery. Stwierdził, że – jeśli chodzi o ilość fanów – ten koncert jest ich najliczniejszym w Częstochowie „ever”.

A pozostałe utwory jakie zagrali? Nie zachowując kolejności chronologicznej wypisuję te, które pamiętam: „Serce”, „Klocki”, „Hortensja chce być brzydka”, „Mamo, jest mi tu dobrze”, „Baleron w kartoflach pod keczupem”, „Moja piosenka”, „Buraki”, „Balony”, „Gruby grubas”.

Ciekawostka #1

Pierwsza ciekawostka: wokalista Zenek występował boso. Ale nie tak z całkiem gołymi stopami jak Wojciech Cejrowski. Zenek był w samych skarpetkach. Dziur w tychże nie odnotowałem…

Ciekawostka #2

Druga ciekawostka: według mnie gitarzysta Lodzia wygląda jak elf – długie blond włosy i gładko ogolony. W przeciwieństwie do drugiego gitarzysty, czyli Mirka. Ten dumnie nosi swoją piękną, długą, „menelską” brodę. Zostając przy wyglądzie chłopaków: basista Fons ma niezłe muskuły, perkusisty Witalisa niewiele widziałem, a Zenek ma już całkiem pokaźny brzuch. Zapowiedział, że podczas kolejnego koncertu w Częstochowie będzie on jeszcze większy…

Ogólna ocena

Jak zagrał Kabanos – „zespół taki sam jak żaden”? Oczywiście beznadziejnie. Przecież najnowsza płyta jest „dużo gorsza od poprzedniej”… To znaczy bardzo mi się podobało i – jeśli żona wybaczy mi te wyciorane spodnie (przyznaję się do błędu: mogłem założyć jakieś stare) – na ich kolejny koncert w Częstochowie znowu się wybiorę.

Support

No i jeszcze słowo o supporcie. Na rozgrzewkę zagrał zespół AmetriA, tak samo jak Kabanos, pochodzący z Piaseczna. Jego występ spędziliśmy z kumplami – a byliśmy w czterech – z tyłu sali, w okolicach baru. Prezentowany przez nich typ muzyki po prostu nam nie leżał. Ożywiliśmy się za to ostatnim zagranym przez nich kawałkiem, a mianowicie coverem piosenki Loony „Bailando”… Po prostu odlot!

***

Był to mój drugi koncert Kabanosa. Na pierwszy wybraliśmy się w zeszłym roku z kumplem do Sosnowca pociągiem.

***

Na koniec konkurs. Po koncercie, gdy chłopaki z kiełbasy schodzili już ze sceny, udało mi się przybić „piątki” czterem z nich. Nie udało się tylko nawiązać kontaktu dłoń-dłoń z Zenkiem… Moje pytanie (konkursowe) brzmi: czy po takim zaszczycie mam teraz myć rękę? Odpowiedzi piszcie w komentarzach.

Pidżama Porno

Pidżama, Pidżama

17 października o godzinie 20:00 pojawiłem się (razem z żoną i znajomymi) w łódzkim klubie „Wytwórnia”. Okazja wyśmienita, gdyż w ramach swojej jesiennej trasy koncertowej wystąpiła tam legenda polskiej muzyki (punk)rockowej – zespół Pidżama Porno.

Próbowałem dokumentować to wydarzenie – żeby były zdjęcia (lub chociaż jakieś jedno): do niniejszego artykułu, „na fejsika” i na Instagrama… No ale w warunkach koncertowo-bojowych, tzn. przy ogólnie niewielkim oświetleniu, a za to mocno oświetlonej scenie i reflektorach przeczesujących widownię oraz konieczności zoomowania (nie stałem blisko muzyków), nawet 8 megapikseli okazało się niewystarczające. Chyba że po prostu nie umiem robić zdjęć… Jakby nie było, musi wam wystarczyć moja relacja słowna i setlista, którą na bieżąco skrupulatnie notowałem. A jeśli już tak bardzo chcecie tych zdjęć, to poszukajcie ich sobie w internetach sami. Mnie się nie chce szukać…

Setlista (kursywą w nawiasach podaję nazwy albumów, z których pochodzi dany utwór):

  1. Nocny gość (Marchef w butonierce)
  2. Ach co za dzień (Futurista)
  3. Kocięta i szczenięta (Futurista)
  4. Taksówki w poprzek czasu (Marchef w butonierce)
  5. Grudniowy blues o Bukareszcie (Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy)
  6. 28 (One love) (Złodzieje zapalniczek)
  7. Goszka (Styropian)
  8. Dłoń, która podpisała papier (Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy)
  9. Idą brunatni (Marchef w butonierce)
  10. Kotów kat ma oczy zielone (Bułgarskie centrum)
  11. Do nieba wzięci (Styropian)
  12. Marchef w butonierce (Marchef w butonierce)
  13. Film o końcu świata (Futurista)
  14. Chłopcy idą na wojnę (Marchef w butonierce)
  15. Ulice jak stygmaty (Futurista)
  16. Bułgarskie centrum (Bułgarskie centrum)
  17. Wirtualni chłopcy (Bułgarskie centrum)
  18. Ezoteryczny Poznań (Złodzieje zapalniczek)

Bisy:

  1. Noc jak noc (Marchef w butonierce)
  2. Brudna forsa (Marchef w butonierce)
  3. Twoja generacja (Marchef w butonierce)

Drugie bisy:

  1. Droga na Brześć (Bułgarskie centrum)
  2. Pasażer (Ulice jak stygmaty)

Wrażenia i przemyślenia

Pidżama, jak to Pidżama. Nudno, smutno, bez polotu.

Żartuję oczywiście („ha! ha! ha! Cudowny żart, boki zrywać!”).

Wyłapując (już po koncercie) głosy z tłumu w przeważającej części słyszałem, że koncert był świetny. I do tej opinii się podłączam – mnie również bardzo się on podobał. Chociaż – szczerze powiedziawszy – był to mój pierwszy koncert Pidżamy w życiu. Nie mam więc możliwości porównać go z żadnym innym. (Mieliśmy już z żoną kupione bilety na koncert w Katowicach w marcu 2015. Jednakże dopadła nas choroba i w ostatniej chwili musieliśmy je odsprzedać. A znajomi nie zachorowali i pojechali…).

Jakie jeszcze komentarze dotarły do mnie z tłumu? Komuś nie podobała się aranżacja jednego z utworów (przeglądam setlistę z góry na dół, z dołu do góry i na wyrywki, ale za nic w świecie nie mogę skojarzyć, o który to kawałek chodzi). Ktoś inny jeszcze stwierdził, że Grabaż nie nadąża za melodią i po prostu nie ma już siły śpiewać. W sumie trochę w tym racji jest: Grabaż ma już przecież 50 lat, a od ponad trzydziestu występuje na scenie (oczywiście nie non stop. Robi sobie przerwy na posiłki i codzienne życie). Nie ma się co dziwić, że część sił już go opuściła i po prostu nie jest już w stanie ani śpiewać, ani skakać po scenie z wigorem godnym dwudziestolatka.

Nevermind. Najważniejsze, że – podkreślę to jeszcze raz – mnie się bardzo podobało. Tym bardziej, że zagrali też kawałki, na które najbardziej liczyłem: „Wirtualni chłopcy”, „Kocięta i szczenięta” oraz „Twoja generacja”. Gdyby zagrali jeszcze utwory „Outsider”, „Egzystencjalny paw” oraz „Tom Petty spotyka Debbie Harry”, byłoby już idealnie… No ale z drugiej strony nie można mieć przecież wszystkiego.

Miejscówka

I jeszcze słówko o klubie „Wytwórnia”. Mnóstwo miejsca, dzięki czemu nawet te tłumy – jak to na Pidżamie – spokojnie się pomieściły. Także powietrze było praktycznie cały czas świeżutkie (na pochwałę zasługuje tu dobra wentylacja, zakaz palenia oraz to, że nie staliśmy pod samą sceną, gdzie często tańczono pogo i uprawiano crowd surfing). Dopiero pod sam koniec do nosów na chwilę dobiegła mało przyjemna woń wydzielana przez spoconego fana przeciskającego się przez tłum…

Ostateczny wniosek

Ech, pojechałbym na Pidżamę ponownie… W sumie nic straconego: łódzki koncert był dopiero piątym podczas tej trasy koncertowej. W kolejce jest jeszcze jedenaście. Hmm, może się gdzieś znowu wybiorę…

Z przewagą na „może”, bo musi mi jeszcze zostać gotówka na bilet na koncert Kabanosa 28 listopada w częstochowskim TfP. Ale o tym już może innym razem.

***

W skrócie o zespole: Pidżama Porno powstała w grudniu 1987 roku z inicjatywy ówczesnych studentów poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza – Krzysztofa Grabowskiego i Andrzeja Kozakiewicza. W ciągu swojej bogatej, prawie trzydziestoletniej działalności nagrali:

  • siedem albumów studyjnych: „Ulice jak stygmaty” (1989), „Futurista” (1990), „Złodzieje zapalniczek” (1997), „Styropian” (1998), „Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy” (1999), „Marchef w butonierce” (2001), „Bułgarskie Centrum” (2004);
  • jeden minialbum: „Zamiast burzy” (1994);
  • dwa albumy koncertowe: „Koncertówka part 1” (2002), „Koncertówka 2. Drugi szczyt” (2003);
  • trzy DVD: „Finalista” (2007), „Dwadzieścia” (2008), „Breżniew… ujrzałem śmierć na scenie” (2012).

Obecny skład zespołu to Krzysztof „Grabaż” Grabowski, Andrzej „Kozak” Kozakiewicz oraz Rafał „Kuzyn” Piotrowiak. W czasie koncertów wspierają ich Longin Bartkowiak oraz Mariusz Nalepa.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Sławomir Nakoneczny.