Cisza w eterze, czyli moje prywatne „Enjoy The Silence”

Dave Gahan

Oto siedzę sobie na krześle przy biurku w moim pokoju:

Po mojej lewej stronie stoi na blacie zapalona lampka, wszak powoli słońce – i tak przez praktycznie cały dzień ukryte za chmurami – chyli się ku zachodowi.

Przede mną mój stary, wysłużony laptop. Pamięta jeszcze wydarzenia sprzed sześciu lat, takie jak akcję ratowania górników z chilijskiej kopalni miedzi i złota San José, położonej nieopodal Copiapó, na pustyni Atakama, 830 km na północ od Santiago, stolicy Chile. (Dziękuję ci, ciociu Wikipedio). Ech, jakiś wykład na studiach, a przede mną otwarty laptop i relacja live z wydobywania 33 zasypanych górników…

Po prawej czerwony telefon stacjonarny – taki ze słuchawką i tym śmiesznym „kółkiem”, za pomocą którego wybierało się numer (nie jest podłączony – stanowi tylko dekorację). Przyniósł mi go w prezencie kumpel, zresztą mój świadek ze ślubu. Pozdro, Adi!

Obok telefonu świecznik na trzy „podgrzewacze”. Obecnie się nie pali, ale nie chce mi się obracać, żeby sięgnąć po zapalniczkę spoczywającą w kieszeni plecaka leżącego za mną na łóżku. Już uspokajam – nie palę. Zapalniczka stanowi tylko część mojego EDC, czyli Everyday Carry. (Hej! Przeczytajcie ten podlinkowany artykuł, gdy skończycie już czytać mój. Łukasz Kielban pisze naprawdę ciekawie i mądrze).

Co jeszcze znajduje się po prawej stronie biurka? Taka długa, drewniana podstawka pod kadzidełko zapachowe. Skończyły mi się te „patyki”, więc leży sobie czyściutka i nieużywana.

Wosk! Jest i wosk! Taki do wąsów oczywiście. Postanowiłem bowiem, że nie będę już ich podcinał, ale je sobie najzwyczajniej w świecie zapuszczę. A do tego potrzebny jest taki właśnie specyfik, by nie wyglądać jak niechluj. I żeby włosy nie właziły do buzi… Tak więc sobie zapuszczam wąsa z firmą Męska Wyspa i ich woskiem „Mr Wąs Silny: cedr – jodła”, prezentem od mojej żony. (BTW. Jeśli chcecie wiedzieć, jak nakładać wosk na wąsy, zapraszam do przeczytania artykułu wymienionego przed chwilą Łukasza Kielbana KOSMETYKI DO BRODY I WĄSÓW – CZEGO SZUKAĆ I JAK ICH UŻYWAĆ).

No i ostatnia rzecz na biurku, nie uwzględniając oczywiście moich opartych o nie przedramion, a mianowicie kolejny prezent od mojej żony – szklanka. Taka do piwa. W takim śmiesznym kształcie. Jako gorący zwolennik piw regionalnych i rzemieślniczych piję bowiem z takiej właśnie specjalnej, do takich trunków dedykowanej. Czy smak jest wtedy lepszy, niż gdybym pił z takiej zwyczajnej? Z jednej strony powinienem powiedzieć: „no oczywiście, że tak”. Z drugiej mówię: „kształt szklanki nie jest ważny. Byleby nie z puszki. Szczury na nie sikają w magazynach i można umrzeć”. No ale trzymam się ideologii browarniczej i piję z takiej właśnie. Niestety, jest już pusta. A gościł w niej nie byle jaki specyfik, bowiem było to piwo Faktoria Winchester – moje ulubione. Chcecie specyfikację? Ależ proszę:

  • Imperialna IPA;
  • słody: Pilzneński i Karmelowe;
  • chmiele: Tomahawk, Simcoe, Cascade, Citra i Centennial;
  • ekstrakt: 18,1% wagi;
  • alkohol: 8,4%;
  • IBU: 100++.

Rewelacja. No i długo wyczekiwane. Ponownie w sprzedaży pojawiło się bowiem po roku (albo coś koło tego). Taki urok piw regionalnych i rzemieślniczych…

Ale wystarczy już o biurku i alkoholu. Czas na ciszę…

Enjoy The Silence

Spojrzałem sobie w kalendarz i ze smutkiem stwierdziłem, że od opublikowania poprzedniego artykułu – Bluzgać (nie) każdy może – minęły już ponad dwa tygodnie. Dwa i pół nawet, chcąc być dokładnym. Jestem z niego naprawdę dumny. Ale nie można osiąść na laurach – trzeba pisać dalej.

A w głowie pustka… I artykuł o tolerancji, do którego się przymierzam… I nowy projekt, który w mojej głowie zrodził się podczas ostatniej wycieczki do Krakowa… Jakoś tak sobie to wszystko leży gdzieś na boku i czeka na przypływ natchnienia…

Ale od czego jest muzyka! Od początku pisania tego artykułu słucham mojego zespołu. Mojego. Jak bowiem inaczej nazwać ten, który obudził we mnie miłość do muzyki?

Depeche Mode. To o nich mowa. I jako pierwszy puściłem sobie chyba najbardziej znany ich utwór: Enjoy The Silence. Taki właśnie w temacie ciszy i rozkoszowania się nią.

Dla przypomnienia:

Czujecie dreszcze podczas słuchania? Takie ciarki sięgające głębi waszego jestestwa?

I Król Dave wędrujący w klipie z tym niebieskim leżaczkiem w poszukiwaniu miejsca dla siebie. Cudowność…

A teraz przeszywające Macro:

Koniec

Wystarczy już tego artykułu, za pośrednictwem którego chciałem z jednej strony przybliżyć wam moją osobę i miejsce, w którym tworzę, a z drugiej obudzić w sobie głód pisania i przywołać trochę weny.

Teraz czas na poważne tematy…

Bluzgać (nie) każdy może

brzydkie słowa

Stare dobre czasy?

palenie młodych

Osoby mające już trochę więcej lat opowiadają, że kiedyś było to wręcz nie do pomyślenia, by młoda osoba paliła papierosy. Gdyby jednak jakiejś to się zdarzyło, to na widok kogoś dorosłego od razu wyrzuciłaby fajkę lub schowała ją do kieszeni: prędzej przypaliłaby sobie dłoń lub ubranie, niż pozwoliła się z nią zobaczyć.

Czasy współczesne wyglądają jednak trochę inaczej. Inaczej nie znaczy lepiej… Bywa bowiem, że dla niektórych osób dziesięć albo jedenaście wiosen nie jest już wiekiem, w którym zaczynają palić. One w tym wieku już palenie rzucają…

szewc

Podobnie ma się rzecz z przeklinaniem. Kiedyś była to domena „zarezerwowana” dla marginesu społecznego i szewców („klnie jak szewc” – utarło się porzekadło). A niechby tylko spróbował przekląć ktoś postrzegany jako kulturalny…

Dzisiaj wulgaryzmy są jednak na porządku dziennym. Z ich używaniem najmniejszego problemu nie mają już nawet ani dzieci, ani kobiety, do których takie słowa pasują jak kwiatek do kożucha (nie lubię tego przysłowia, ale pasuje tutaj wręcz idealnie).

Ot, taka sytuacja sprzed kilknastu dni: na trawniku przed blokiem, w którym mieszkam, bawi się dwóch chłopców. Mogą mieć po około 10 lat. Ci mali fani „Gwiezdnych Wojen” walczą sobie na plastikowe miecze świetlne. Przechodzę jakieś 50 metrów dalej i wyraźnie słyszę słowotok jednego z nich: „K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!!

Mistrz Yoda

Hmm, całą gwiezdną sagę oglądałem uważnie i jakoś nie przypominam sobie, by padło w niej chociaż jedno słowo określające najstarszy zawód świata lub jakiekolwiek inne przekleństwo. Skąd więc tego typu wyraz pojawił się w umyśle i ustach 10-latka? I to w takim niczym nieuzasadnionym słowotoku? Bo nie słyszałem, żeby coś mu się stało, albo żeby się ze sobą pokłócili. Po prostu sobie przeklinał…

Yoda zachwycony niekoniecznie byłby chyba…

OK, zostawiam już w spokoju przyszłość narodu. Niech się bawią, przecież to dzieci…

Definicja

A czym tak w ogóle jest wulgaryzm? Kilka razy w tym tekście już to słowo padło, warto więc lepiej mu się przyjrzeć.

Według Słownika Języka Polskiego: WULGARYZM to – wyraz lub wyrażenie będące dosadnym, ordynarnym określeniem zjawisk, które można nazwać, używając słów neutralnych stylistycznie.

Natomiast Wolna encyklopedia internetowa Wikipedia mówi tak: WULGARYZM to – wyraz, wyrażenie lub zwrot uznawany przez użytkowników danego języka jako nieprzyzwoity, ordynarny. Używanie wulgaryzmów uważane jest za przejaw wywyższania się i świadczy o bardzo niskiej kulturze osobistej.

Wulgaryzmy dzieli się na m.in. następujące grupy (wg Wikipedii):

  • przekleństwa, czyli słowa używane w celu rozładowania napięcia występującego z powodu uniesienia emocjonalnego lub docierających negatywnych bodźców;
  • używane w celu świadomego obrażania drugiej osoby lub grupy ludzi;
  • używane w celu wyrażenia lekceważenia czegoś lub kogoś;
  • humorystyczne osobliwości słowne, nawyki, natręctwa, „słowa-przecinki”;
  • funkcja estetyczna, artystyczna, abstrakcyjny humor, artyzm słowny, np. turpizm, wywoływanie szoku estetycznego itd.

W tym artykule słów wulgaryzm i przekleństwo używam zamiennie.

Dlaczego ten temat w ogóle przyszedł mi do głowy?

Po co tyle piszę tu o tych wulgaryzmach? Czyżbym nie miał lepszego tematu?

Przyznaję się bez bicia i innych tortur: od jakiegoś czasu nie słucham radia (nie licząc grającej w pracy internetowej stacji RMF 3. Grają tam naprawdę dobre utwory. Ale dla mnie bardziej jest to playlista, niż stacja z prawdziwego zdarzenia). Kiedyś radio grało u mnie w pokoju codziennie, a obecnie, jeśli już mi się to słuchanie zdarzy, jest to raczej obcowanie chwilowe i przypadkowe.

Miałem słuchać także na potrzeby tego artykułu, jednak coś nie poszło zgodnie z planem…

The Strumbellas - Spirits

Zresztą chyba pogrążyłem się w jakimś upodobaniu tego, co już znam. Zamiast poznawać nowości (i w sensie nowości na rynku, i tego, co już ma swoje lata, ale czego jeszcze nigdy nie słyszałem), ja wciąż tkwię sobie w moim sprawdzonym i osłuchanym bajorku (z małymi, rzadkimi wyjątkami: przesłuchiwane ostatnio namiętnie płyty zespołów The Strumbellas i X Ambassadors: kawałki „Spirits” i „Renegades” lecą na okrągło…). Dobrze byłoby coś z tą stagnacją zrobić, chociaż niewątpliwie swoje plusy też ma…

I tu wreszcie docieram do sedna tego, dlaczego w ogóle przyszedł mi do głowy tytułowy temat: tym razem także moje obcowanie z radiem było przypadkowe. Było to dnia 31 grudnia 2015 roku. Wieża u znajomych była włączona, więc sobie płynącej z niej muzyki słuchałem. Zegar pokazywał kilka minut po godzinie siedemnastej. A w radiu zagrali pewien utwór…

Winnie-the-Pooh

Obcowanie drugie: ta sama (komercyjna) stacja radiowa. Poniedziałek, 18 stycznia. Dzień raczej „zwykły”, chyba że ktoś z was obchodzi przypadający wtedy Dzień Kubusia Puchatka… Dochodziła godzina 16-sta. W radiu zagrali ten sam utwór co wtedy. Oto on:

The Offspring – Why Don’t You Get a Job

Znacie? Co za pytanie… Pewnie, że tak. Kto by przecież nie znał lub chociaż nie kojarzył tej amerykańskiej grupy… Utwór – wydany w roku 1998 na kultowej płycie „Americana” – też łatwo wpada w ucho i pozostaje w głowie na długo. U niektórych budząc nieodparte wrażenie, że już coś takiego kiedyś słyszeli… A potem przychodzi im na myśl „Obla-di obla-da” Beatlesów… Ale nie o (domniemanych) plagiatach tu będzie.

Szybkie spojrzenie na tekst

W utworze padają następujące słowa:

My friend’s got a girlfriend
Man he hates that b*tch

oraz

My friend’s got a boyfriend
Man she hates that d*ck

A teraz po polsku

Nic dziwnego, że szukając tłumaczenia tego utworu na stronie tekstowo.pl, jako pierwszy przywitał mnie przygaszony ekran i ostrzeżenie: Tekst lub teledysk może zawierać wulgaryzmy bądź treści erotyczne i jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich. Masz ukończone 18 lat?

W sumie The Offspring to nie Luciano Pavarotti ani nie Irena Santor, więc obecność przekleństw w tekście piosenki nie powinna mnie dziwić.

Dziwi mnie za to jedna rzecz: jaka jest różnica pomiędzy przekleństwem w języku polskim a angielskim (lub jakimkolwiek innym)? Dlaczego słowo o dokładnie tym samym znaczeniu wyśpiewane w mowie Miłosza i Słowackiego zostanie wycięte lub „wypikane”, a w języku chociażby Shakespeare’a pozostawione bez cenzury?

Przecież społeczeństwo coraz lepiej szwargocze w obcych narzeczach. Dla wielu angielski jest drugim językiem, dlaczego więc wulgaryzm w nim wypowiedziany ma nie razić?

Ech… Gdzie podziały się te czasy, gdy za wulgarne uznawane było określenie: „Gwiżdżę na to”?

Pytanie drugie

Dobrze, że artykuł ten przez pewien czas „dojrzewał”, bo nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie: skąd w ogóle pochodzi przyzwolenie na stosowanie przekleństw (i robienie różnych dziwnych rzeczy) przez artystów?

Czyżby samo stwierdzenie, że „tworzę sztukę”, może być wystarczającym argumentem usprawiedliwiającym wiele różnych podejrzanych i nierzadko szokujących zachowań?

Śmiertelnicy kontra artyści

Porównajmy reakcje otoczenia na używanie słów wulgarnych:

W Polsce artykuł 141 Kodeksu wykroczeń mówi: Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Zaraz po tym na Wikipedii w komentarzu podano: (Co zwykle nie dotyczy działań artystycznych; przepis dotyczy także Internetu).

No i jest tak rzeczywiście. Gdybym ja – zwykły szary człowiek – przeklął na ulicy, przechodzący obok ludzie (chociaż sami używający takich słów) mogliby uznać mnie za kogoś o braku kultury. A przechodzący obok policjant mógłby życzliwie wypisać mi mandat.

2Pac - Tupac Amaru Shakur

A teraz wyobraźmy sobie, co dzieje się w zamkniętej przestrzeni, np. klubu, gdzie występuje jakiś artysta. Jego co drugim słowem może być przekleństwo, ale tłum będzie śpiewał razem z nim. Nikt nie powie: „Hej, dlaczego przeklinasz? To nie jest kulturalne”. Uzna się raczej, że jako artysta trafnie komentuje otaczającą rzeczywistość.

Krótko mówiąc: ja przeklinam – ja płacę karę, przeklina artysta – płacą jemu nagrodę (bo przecież nagrodą są wpływy z biletów). Dlaczego pięcioliterowe słowo na „K” określające panią sprzedającą swoje ciało i czteroliterowe słowo na „Ch” określające męski narząd rozrodczy wypowiedziane normalnym głosem jest wulgarne, a wyśpiewane z dodatkiem lecącej muzyki jest już formą sztuki?

Myślę, że ta sprawa – kwestia „co wolno wojewodzie”: co uchodzi artystom, a wśród szarych ludzi uważane jest za złe – godna jest omówienia w osobnym artykule. To naprawdę szeroki temat. Tutaj chciałbym skupić się tylko na pierwszej kwestii: używania wulgaryzmów w muzyce i dopuszczania tego do emisji w radiu.

Cenzura w eterze?

Jak więc to jest z tymi wulgaryzmami w mediach? O pomoc w rozwikłaniu tej zagadki zwróciłem się do kogoś, kto ze studiem, radiem, eterem i artystami ma do czynienia codziennie – do Oli Budki z Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Czyżbym przeprowadził pierwszy w życiu wywiad?

Złożone pytanie, z jakim – po wyjaśnieniu kontekstu – zwróciłem się do Oli, brzmi(ało): Od czego zależy „wypikanie słów brzydkich i wulgarnych”? Czy jest ich jakaś skala, ranking: to słowo jest przekleństwem mniej, a to bardziej? Coś mi się kojarzy, że kiedyś wycięte było słowo „f*ck” z kawałka „American Idiot” Green Day’a. Czy może zależy to po prostu od danej stacji radiowej?

No i czegóż się dowiedziałem?

W grę wchodzą trzy główne kwestie:

  1. rodzaj radia: prywatne czy publiczne;
  2. pora emisji;
  3. rodzaj emisji.

No to po kolei:

  1. Rodzaj radia:

    Przede wszystkim zależy to od stacji – czy jest to radio publiczne czy prywatne. KRRiT (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – przyp. poSZTUKOwanego) nakłada na stacje radiowe misję, a jednym z elementów misji jest szerzenie i propagowanie języka polskiego, dbanie o poprawność itp. Z drugiej strony KRRiT odgrywa rolę obserwatora również w mediach prywatnych, przedłuża i wydaje koncesje, dlatego też w przypadku naruszeń może wydać swoją opinię. Istnieje również Rada Etyki Mediów, która jest kontrolerem mediów – wydaje orzeczenia także w kwestii zawartości przekazu medialnego. A jeśli ten byłby przepełniony wulgaryzmami, REM na pewno by się do tego odniosła, co nie wpłynęłoby dobrze na wizerunek danej stacji.

    W sumie dobrze, że jest ktoś, kto czuwa nad tym wszystkim – dzięki temu słuchanie radia może nas odprężać i dostarczać rozrywki, a nie bombardować uszy bluzgami.

  2. Pora emisji:

    Bardzo ważną kwestią jest też troska o dzieci, które nie powinny mieć możliwości dostępu do niewłaściwych, nieprzeznaczonych dla nich treści.

    Jeśli wulgaryzmy w piosenkach się pojawiają, to na pewno nie w godzinach porannych, porannych programach, w programach publicystycznych itp. Godz. 16-18 – do tej pory takie treści nie powinny się pojawiać.

  3. Rodzaj audycji:

    Własnymi prawami rządzą się za to audycje autorskie. Zamiast (często) oklepanej playlisty, prowadzący przedstawiają wtedy wybrane przez siebie utwory. Ta dowolność może się przełożyć na to, że jakieś niecenzuralne słowo się w prezentowanym kawałku przemknie.

Jest jednak jeszcze jedna ważna rzecz, którą podkreśliła Ola – szacunek do słuchacza: Trójka to inny świat, to radio, gdzie obowiązuje stara szkoła radiowa, gdzie do słuchacza z reguły nie powinno się mówić na „ty” i to on – a nie prowadzący – jest najważniejszy. Więc z tego szacunku wulgaryzmów powinno się unikać.

Tak więc na przykład jedno z najpopularniejszych polskich pięcioliterowych słów, występujące także w utworze „Beksa” Artura Rojka, zostało w Liście Przebojów „wypikane”. To samo słowo, tyle że w liczbie mnogiej, również zostało wycięte i niewyemitowane w czasie transmisji koncertu z okazji dziesięciolecia wydania płyty „Piła tango” przez zespół Strachy na Lachy, jaki odbył się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie (wyraz ten występuje w utworze „List do Che”). A – przyznam – nasłuchiwałem przy tym kawałku wyjątkowo uważnie. Właśnie po to, by wychwycić to jedno słowo: „wypikają czy nie?”.

Po polsku nie mówimy brzydko…

Ok, więc większość brzydkich słów w śpiewanych po polsku utworach jest „wypikiwanych”. Większość – o tym szerzej za chwilę. Co więc z wulgaryzmami w języku obcym? Zdaniem Oli Budki i jeszcze innych osób, z którymi o tym rozmawiałem, takie słowa są po prostu „mniej rażące”. Hmm, gdyby co drugie słowo w utworze zawierało przekleństwo, wyemitowane w 99% by nie było. Ale jedno czy dwa „czteroliterowe na f, s lub d” krzywdy najwidoczniej nikomu nie czynią. (BTW. Chcecie poczytać o „bluzgowych” rekordach w muzyce? Po skończeniu mojego artykułu przeczytajcie jeszcze ten: Fuck Buttons: krótka historia przekleństw w muzyce).

Wcześniej wspomniałem, że przecież coraz więcej osób zna języki obce, a angielski stał się dla nich drugim językiem. Ale rzeczywiście coś w tym jest: gdy widzimy (np. w tekście) lub słyszymy (np. w piosence) przekleństwo w języku innym niż nasz, wulgaryzm jakby tracił na mocy. Jakby nie był już bluzgiem.

… chociaż i z polskimi słowami nieparlamentarnymi są wyjątki

Nie wszystkie polskie słowa „nie do końca ładne” są jednak „wypikane” (taka na przykład „suka” występująca w utworze „Bądź duży” Natalii Nykiel). Pozwala to jednak później wyraźnie zobaczyć, jak przekłada się to na dzieci: pewna kilkuletnia dziewczynka usłyszała właśnie te słowa – „nie umiem być suką” – w radiu w czasie jazdy samochodem. Utkwiły w jej główce i później w czasie zabawy je sobie podśpiewywała… (Może to tłumaczyłoby też zachowanie moich młodocianych sąsiadów walczących na miecze świetlne?).

Brains, brains, gimme some brains…

No i co? Niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że muzyka (i teksty utworów) nie wywierają żadnego wpływu na umysły…

Wszystko to, co wchodzi do naszych głów, oddziałuje na nas bardziej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Oczywiście jest to całkowicie prywatną sprawą, jakiej muzyki słuchamy. Warto jednak pamiętać, że to, co do naszego umysłu się dostanie, na pewno też w jakiejś formie z niego wyjdzie. Oby było to jak najlepsze…

Bluzgać (nie) każdy może…

Gdybym więc spróbował jednym zdaniem podsumować ten artykuł i odpowiedzieć na postawione pytanie: „jak to jest, że przekleństwa w języku obcym są jednak dopuszczane do emisji w radiu”?

Wychodzi na to, że wulgaryzmy wypowiadane w obcej mowie – mimo tego, że wciąż pozostają przekleństwami – są przez nasze uszy jednak słabiej wyłapywane i mniej rażą…

Może to właśnie teraz jest ten czas na zrealizowanie mojego dawnego pomysłu na własną stację radiową…?

***

Jeśli czytaliście artykuł na komputerze, to najeżdżaliście też kursorem na obrazki? Pojawiają się wtedy ich opisy…

poSZTUKOwany gotuje – potrawka z ludziny, czyli „Synowie ludożerców” – cytaty wybrane

Odkąd pamiętam, książka ta – „Synowie ludożerców” Janusza Wolniewicza – zawsze stała w domu rodzinnym na półce gdzieś pośród innych. Z raz czy dwa po nią sięgnąłem, ale jedynie po to, by obejrzeć zawarte w niej zdjęcia. Nigdy jednak nie zabierałem się za jej czytanie.

Aż do pewnego momentu: jakiś czas temu przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Jaki, jeszcze wam powiedzieć dokładnie nie mogę. Żeby ktoś z was go sobie ode mnie „nie pożyczył”…

Aby ten pomysł zrealizować, konieczne było doedukowanie się w temacie kanibalizmu… I „Synowie ludożerców” okazali się do tego celu idealni.

O autorze

Janusz Wolniewicz

Janusz Wolniewicz (1929 – 2006) był polskim pisarzem, dziennikarzem, publicystą i podróżnikiem. Napisał ponad 20 książek podróżniczych i wiele artykułów. Za swoją działalność literacką i publicystyczną otrzymał Nagrodę Marynarzy i Portowców, Nagrodę Klubu Zagadnień Polonijnych MSZ, Nagrodę Stowarzyszenia Marynistów Polskich im. J. Conrada oraz Srebrny Globus od redakcji Widnokręgów.

Przeczytałem tylko jedną jego książkę – właśnie „Synów ludożerców”. Ale jeśli wszystkie są napisane w taki właśnie sposób i w takim stylu, to chętnie pochłonę je wszystkie…

Mogłoby się bowiem wydawać, że dla takiej jak ja osoby niezbyt zainteresowanej książkami opisującymi podróże, lektura ta wyda się nad wyraz nudna. Nie żebym nie lubił podróżować i/lub poznawać świata. Nie, po prostu wolę sam ruszyć moje zacne literki i pozwiedzać, niż czytać czyjeś historie.

W wypadku tej książki prawda okazała się zupełnie inna: od pierwszej do ostatniej strony nie nudziłem się ani przez chwilę. Dlaczego? Niech przekonają was o tym wybrane cytaty.

Wszystkie pochodzą z tej właśnie jednej książki – „Synowie ludożerców” – wydanej przez Państwowe Wydawnictwo „Iskry” w Warszawie w roku 1971.

Jeśli chcecie sprawdzić, przed cytatem podaję nazwę tytułu/podtytułu i numer strony (wg mojego egzemplarza). No i pamiętajcie, że od wyprawy Wolniewicza (i towarzyszącego mu kamerzysty Stanisława Szwarc-Bronikowskiego) na Papuę-Nową Gwineę i wydania książki minęło ponad 45 lat…

Cytaty:

Pasztet a la carte, ss. 8, 9:

Krajowiec

Jednym słowem, jest to zakątek naszego globu całkowicie ignorowany przez upływający czas. Autentyczna Kraina Dnia Przedwczorajszego. No, bo jakże można nazwać dzisiaj wyspę, gdzie kamienne siekiery są ciągle w użyciu, gdzie ludzie jedzą zmarłych rodziców – bo ich kochają, a wysysają mózgi zabitych nieprzyjaciół – bo ich nienawidzą? Gdzie żyją dwumetrowi brodacze, strojni w pióra rajskich ptaków, oraz pigmeje z plemienia Kukukuku, którzy wędzą swoich nieboszczyków. Jak określić wreszcie krainę, gdzie kobiety karmią piersią prosiaki, a mężczyźni noszą bambusowe futerały na fallusach? Jak wreszcie nazwać kraj, gdzie z chybotliwego czółna łowi się krokodyle, a obiegową walutę ciągle stanowią muszle i świnie?

Pierwsze kroki, s. 13:

Pierwszą czynnością, jakiej dokonałem w hotelowym pokoju, było podarcie na strzępy koszuli non-iron, którą tego dnia przez zapomnienie przywdziałem na siebie w Brisbane. Duszny upał sprawiał, że od chwili przylotu na lotnisko czułem się w niej niby krzyżaccy rycerze w rozgrzanych zbrojach na błoniach Grunwaldu.

Kolacja z przystawkami, ss. 26, 27:

Podano właśnie kawę, kiedy Gus zapytał smutno:
– Więc ty piszesz książki, Jan?
– Żadna praca nie hańbi…
Gus posmutniał jeszcze bardziej:
– Był tu taki jeden, też pisał…
– No i…?
– Już nie pisze, dawno… Zginął bez śladu w rejonie rzeki Lakekamu. Prawdopodobnie został odgłowiony…
Ta, cokolwiek szokująca, informacja miała stanowić, zdaniem Gusa, rozweselający wstęp do opowieści o nielicznych ludziach pióra, którzy odwiedzili w przeszłości Terytorium. Jednym z nich był Niemiec, Otto von Ehlers. (…) Jego zamierzeniem było przejście w poprzek Wyspy zupełnie dziewiczym szlakiem. Niemieccy koloniści ostrzegali go przed podjęciem tak niebezpiecznej wyprawy, a kiedy, mimo wszystko, pisarz zdecydował się na wyprawę, przydzielony mu z urzędu policjant nie trzeźwiał z rozpaczy aż do dnia wyruszenia w dżunglę.

Baimuru, ss. 43, 44:

Gospodarz, życząc nam dobrej nocy, wspomniał coś o żabim koncercie utrudniającym sen, ale „któż by tam martwił się o żabi koncercik” – myślałem pogodnie, wspominając pikniki i kumkanie mazowieckich żab. (…) przerażający odgłos kazał mi zerwać się na równe nogi.
– Nosorożec? Przecież tu ich nie ma. Więc co?
Były to… żabki, o których wspomniał gospodarz. Bestie musiały mieć gardziele o rezonansie dwóch fortepianów Bechsteina. Słyszałem jednocześnie coś pośredniego między rykiem morsa, chrząkaniem rozdrażnionej świni i gulgotaniem indyka. Co gorsza, te rozkoszne dźwięki dochodziły wyraźnie tuż spod mojego okna. Gospodarz miał rację. Tutejsze żaby-potwory łaziły po drzewach i ścianach domostw jak małpy.

Magnetofon sing-sing, s. 53:

Rano przy wdzierającym się do wnętrza „długiego domu” świetle mogliśmy stwierdzić, że wszystkich czaszek w chacie jest około trzydziestu, a każda z nich była inaczej spreparowana. (…)
– Cóż chcecie – perorował Gus – my biali kolekcjonujemy zdjęcia swoich krewnych w rodzinnych albumach, a ci tutaj kolekcjonują czaszki co wybitniejszych krewniaków. Z pewnością są to nawet trwalsze pamiątki.
– Tak, masz rację, różnica niewielka. My robimy zdjęcia za pomocą aparatów fotograficznych, oni zaś za pomocą noża albo siekiery.

Magnetofon sing-sing, s. 55:

Ostatnią niespodziankę tego dnia zgotowało nam małe Papuasiątko z wydętą brzuszyną, które rezolutnie wystąpiło nagle z koleżeńskich szeregów i zażądało stanowczo wskazując palcem futerał na moim ramieniu:
– Masta, magnetofon sing-sing!
Ze zdumieniem popatrzyliśmy po sobie. Malec wyraźnie powiedział >>magnetofon<<. A więc musiał podsłuchać naszą rozmowę, prawidłowo skojarzyć w kędzierzawej łepetynie słowo z przedmiotem i oto polsko-greckie słowo zyskało obywatelstwo w tej zapadłej papuaskiej wsi.

Trzydzieści mil, ss. 79, 80:

Lasaro był jednak wirtuozem kierownicy. Na maleńkich odcinkach względnie dobrej drogi „szalał” rozwijając szybkość ponad 20 km na godzinę, na gorszych zaś dusił z silnika wszystkie moce. „Najzabawniejsza” była jego technika brania niektórych zakrętów. Były one tak ciasne, że za jednym zamachem nie dały się pokonać. Lasaro więc cofał wóz, raz, dwa lub więcej, trzymając tylne koła o włos od przepaści, aby zmieścić się wreszcie na wąskiej drodze.

Trzydzieści mil, ss. 78, 80:

– Dam wam swój „Landrover” i policjanta. Zaryzykujecie?
– A daleko do tego Guari? – pytam przezornie.
– Około 30 mil.
– Eh, to w razie czego nawet pieszo… Jedziemy!
Nie wiedziałem wówczas jeszcze nic o papuaskich milach. (…)
Mniej więcej po godzinie jazdy zapytałem Lasaro, ile jeszcze drogi przed nami. Powiedział, że jeżeli nie będziemy stawać, aby masta Stak kisim pikczer (mój przyjaciel filmował bowiem zawzięcie), to za osiem godzin powinniśmy dojechać na miejsce. Zaczynałem powoli rozumieć, co oznacza w Papui odległość 30 mil.

Trzydzieści mil, s. 81:

Krajowiec

Kolejne spotkania z ludźmi wędrującymi skrajem drogi pozwalały nam obserwować bransolety, naszyjniki ze świńskich kłów oraz wspaniałe kwiaty wpięte we włosy wyłącznie… męskie. Dziewczęta też były przyozdobione, lecz chłopcy i mężczyźni zawsze byli strojniejsi. Najnędzniej prezentowały się mężatki – zaniedbane, zamiast ozdób nosiły na głowach najczęściej ciężkie siatki wypełnione słodkimi kartoflami.

Wioska w górach, s. 85:

Palce

Przechadzając się po wiosce stwierdzam w pewnej chwili, że wiele kobiet, zwłaszcza starszych, nie ma wszystkich palców u rąk. Lasaro spieszy z wyjaśnieniami:
– Jeśli dziecko umiera, matka na znak żałoby obcina sobie palec. Tutejszy luluai pewnie już na to nie pozwala, ale kiedyś palce te były noszone na szyi. Ci ludzie należą do szczepu Goilala.
Lasaro rad, że może błysnąć erudycją, kontynuuje swoje informacje:
– Żony tutejszych górali w razie śmierci męża mają obowiązek zakopać go w ziemi, usmarować twarz mułem i nie wychodzić przez miesiąc lub dłużej z chaty, zależnie od tego jak długo trwało małżeństwo i od ilości dzieci. A potem…
– Co potem? – pytam przerażony i czuję, jak mi cierpnie skóra na grzbiecie.
– …Potem żona odkopuje trupa męża, myje go w rzece i niektóre kości zawiesza sobie na ciele, czaszkę zaś nosi ze sobą w plecionej siatce bilum…
Częstuję Lasaro papierosem, żeby schwytać trochę oddechu i mimo woli wyobrażam sobie znajome warszawskie wdowy w żałobie kobiet Goilala.

Ludożercy z lotu ptaka, ss. 101-104:

Notowano skrzętnie wypadki ludożerstwa, o których wieść dotarła do tzw. cywilizowanego świata. Przy tej okazji okazało się, że przejawy te są nader różnorodne, a sposoby przyrządzania ludzkiego mięsa oraz lista dań z niego mogłaby być znacznie dłuższa niż menu w najlepszej paryskiej restauracji. W samej Nowej Gwinei, ze względu na obfitość plemion, szczepów, grup i grupek etnicznych, pomysłowość ludożerców może zaimponować, a samo przygotowywanie „surowca” wywołać koszmarne sny.
(Czytelników obdarzonych wrażliwością, a także wyobraźnią, uprasza się w tym miejscu o przerwanie lektury…)

* No i tu następuje w książce liczący trzy strony opis. Z troski o was, wasze zdrowie psychiczne i żołądki pozwolę go sobie tutaj nie zamieszczać. Zainteresowanych odsyłam do książki.

Var-sha-va, ss. 130-132:

Pchnąłem niklowe drzwi banku i byłbym cofnął się, gdyby nie Stach. W pomieszczeniu zobaczyłem trzy zatknięte za pas siekiery. Ich uzupełnienie stanowiła trójka brodatych drabów. Każdy z nich miał co najmniej 180 cm wzrostu. Ubrani byli przedziwnie. Wszyscy trzej mieli na gołym ciele czarne, szerokie na dwie dłonie pasy. Podobne noszą u nas żużlowcy na zawodach. (…)
Za takimi to trzema pięknisiami pokornie ustawiłem się w kolejce do okienka pilnie uważając, co będzie się dziać dalej. (…)
Urzędnik w okienku załatwiał ich wszystkich tak, jak u nas załatwia się dokonujących wpłat na książeczkę PKO. Nawet nie spojrzał na swoich klientów.
Jakkolwiek nadeszła moja kolej, nie wytrzymałem. Wybiegłem za ostatnim pięknisiem na ulicę. Warto było. Zdążyłem jeszcze zauważyć, jak mój adonis z pióropuszem odgarnął wdzięcznie liście z pośladków, siadł do… półciężarówki stojącej w pobliżu, zapuścił silnik i odjechał, zręcznie manewrując kierownicą. (…)
Tak, trzydzieści pięć lat, to jednak kupa czasu. Trochę za mało, aby pozbyć się liści z pośladków, ale dostatecznie dużo, aby zrobić prawo jazdy i brać udział w obrocie czekowym. Zaczynało mi się w tym Mount Hagen podobać.

Rzeka ludożerców, s. 156:

Wydobyto także kilka małych figurek (maselais). Wszystkie te rzeźby przedstawiały protektorów szczepu, bożków odpowiedzialnych za zbiory yamu i chroniących zdrowie członków plemienia. Była to więc w komplecie tamtejsza dyrekcja PZU.

Deptacze krokodyli, ss. 172, 173:

Sepik

– Tu, nad Sepikiem, łowy na krokodyle prowadzone są w dość osobliwy sposób… – oficer urwał.
– Prosimy o coś więcej na ten temat.
– Well, występują tu zasadniczo dwa gatunki tych zwierząt. Bliżej ujścia trafiają się krokodyle słonowodne, wyżej – gatunek słodkowodny. W czasie kiedy wody rzeki opadają, a bagna podsychają – słodkowodne krokodyle zagrzebują się grupowo w mule i stają się mniej żywotne. Wtedy właśnie myśliwi oddają się najniebezpieczniejszemu sportowi, jaki znam.
Cała tyraliera krajowców brodzi czasem po szyję w wodzie i wszyscy starają się „wydeptać” krokodyla. Kiedy jeden z nich wyczuje pod stopą gada, zwołuje resztę. Potem ostrożnie stara się odszukać „na macanego” głowę krokodyla. Jeśli to się uda – następuje najtrudniejsza część polowania. Krajowiec nurkuje i wsadza krokodylowi w oczodoły kciuki rąk tak głęboko, jak tylko zdoła. Zaatakowany w ten sposób krokodyl – wiadomo to z doświadczenia – udaje martwego, dopóki czuje na oczach ucisk. Zadaniem reszty myśliwych jest w tym czasie wywindować nad wodę gada razem z myśliwym. Jeśli marudzą zbyt długo i koledze zabraknie powietrza, rzecz kończy się najczęściej tragicznie. Nie ma również ratunku dla tych krajowców, którzy przypadkiem natkną się na słonowodny gatunek krokodyla.
– Jeśli o mnie chodzi, to znam przyjemniejsze rodzaje samobójstwa – powiedziałem po chwili milczenia.

Duchy z Matupit, ss. 210-213:

Wulkan Matupit

Byłoby rzeczą nieprzyzwoitą być w Rabaulu i nie wpaść na chwilę do… wulkanu. To uchybienie porównać by można tylko z odwiedzeniem warszawskiej Starówki bez szklaneczki wina u Fukiera. Skoro jednak już wulkan – to z całej rodzinki otaczającej miasto należało wybrać przedstawiciela najszacowniejszego, tzn. wulkan Matupit. (…)
Wszystko byłoby dobrze, gdybym gdzieś na wysokości może pięciu metrów od dna krateru nie postawił nogi na zupełnie solidnie z pozoru wyglądającym głazie. Głaz najpierw drgnął, a następnie stoczył się na dno krateru. Ponieważ prawa ciążenia, jak się okazało, obowiązują również na Nowej Gwinei, zmuszony byłem dość raptownie towarzyszyć mu w tej drodze. Przybrałem nawet dość skomplikowaną pozycję, ponieważ chciałem ochronić przed strzaskaniem kamerę, którą trzymałem w ręku. Aparat udało mi się uratować, ale lądowanie miałem dość twarde.
Stach, jak to zwykle bywa w takich okazjach, kwiknął najpierw radośnie, a potem zaczął mnie obłudnie pocieszać, że jako pierwszy przelałem polską krew w kraterze Matupit. „Krew łamagi” myślałem z wściekłością, bo dotychczas wyłącznie Stachowi zdarzały się drobne nieszczęścia, jak np. urwanie zelówki, podbicie oka w samochodzie oraz inne ucieszne wypadki.

Dziki nie jest dziki…, s. 251:

Każdy naród ma podobno taką historię, jakich ma historyków, każda podróż wygląda tak, jak zapisał ją kronikarz. A biali podróżnicy od wieków spotykali wyłącznie „odrażających, dzikich ludzi”, których – po prostu nie rozumieli lub których – przeświadczeni o swojej wyższości – rozumieć nie chcieli. Podbój nowych ziem, wyzysk kolorowych ludów biali zdobywcy traktowali jako przyrodzone im prawo. Własne okrucieństwa, żądzę zysku, grabieże i chęć ujarzmienia ludów kolorowych uznawali za rzecz normalną, natomiast jakiekolwiek odruchy obrony, próby przeciwstawienia się ujarzmieniu nieuchronnie klasyfikowali jako „barbarzyństwo i dzikość”. A jakiż poziom moralny, intelektualny reprezentowali, z nielicznymi wyjątkami, biali odkrywcy? Wielu z nich, zanim dostąpiło zaszczytów, trudniło się zwykłym rozbojem morskim, a wiedza ich ograniczała się do znajomości zasad najprostszej zaledwie nawigacji. Tacy ludzie, pozbawieni najczęściej elementarnego zainteresowania sprawami, nazwijmy je socjologicznymi, kulturowymi – przylepiali zwykle etykietkę dzikusów ludziom stojącym od nich często na wyższym pod wielu względami poziomie, z wyjątkiem umiejętności posługiwania się palną bronią.

Było tego więcej…

Tego typu opisów, anegdot, żartów i historii było znacznie więcej, ale wypisanie ich w tym artykule byłoby bezsensowne: musiałbym bowiem przepisać całą książkę…

Mam jednak nadzieję, że już tych kilka cytatów wystarczyło, aby zachęcić was do zapoznania się z lekturą opisującą pasjonującą wyprawę Wolniewicza i Szwarc-Bronikowskiego na Papuę-Nową Gwineę.

Aha, jeśli będziecie czytać w całości opis przyrządzania ludzkiego mięsa przez tamtejsze ludy, to nie róbcie tego przed obiadem…

Smacznego niedzielnego rosołku.

„Wiem, że nie chcesz jeszcze spać…”

Lubię, gdy zapada zmrok. I to nie tylko dlatego, że mogę wtedy stanąć w oknie i słuchając muzyki lounge wyobrażać sobie, że oto jestem i mieszkam w Nowym Jorku.

Późny wieczór i noc lubię też z innego powodu: jest wtedy cicho i spokojnie, co zdecydowanie sprzyja… pracy. Tak, pracy. Podobnie jak wczesny ranek, gdy wszyscy i wszystko wokół jeszcze śpi.

Nocna poSZTUKOwanego praca

Ech, pamiętam, gdy pewnego razu – w sumie całkiem niedawno – po całym dniu usiadłem do pisania zleconych mi artykułów. Deadline zbliżał się z każdą minutą, a na mnie czekały jeszcze trzy niezwiązane ze sobą tematy. Zasiadłem więc przed ekranem i klawiaturą o godzinie 23:52. I pisałem, pisałem, pisałem, za oknem robiło się już widno, a ja pisałem, pisałem, pisałem… Do 4:22… I tylko co kilkadziesiąt minut chodziłem do kuchni, aby po raz kolejny zalać yerba mate. Może to właśnie ta południowo-amerykańska herbata to sprawiła, a może jednak świadomość, że deadline tuż, tuż, ale w końcu każdy z tych artykułów miał nie tylko po konieczne minimum trzy tysiące znaków, ale też i sens…

Tak, lubię pracować nocą…

Noc supportem poranka

Choć ostatnio jednak dość szybko „padam”. Więc noc nabrała dla mnie trochę innego celu (może to i lepiej, że właśnie takiego?) – pozwala przygotować się do kolejnego dnia: mija godzina 23-cia, a ja mam już naszykowane na rano ubrania, umyty kubek termiczny i zaparzacz (kawę biorę na drogę do pracy, bo ostatnimi czasy jakoś z samego rana czarnego trunku pić nie mogę…) oraz naszykowany podcast – także na drogę (do tej pory w drodze z domu do pracy i z pracy do domu słuchałem muzyki. Ale teraz przestawiam się na podcasty. Żeby dowiedzieć się czegoś praktycznego i mądrego, zamiast na okrągło słuchać tych samych kawałków. Ale to temat na osobny artykuł).

Dzięki temu rano – gdy wstanę o godzinie 5:30 – nie będę się już martwił prasowaniem ani brudnymi naczyniami. Zostanie tylko się ogarnąć, ubrać i zrobić śniadanie. No i co najważniejsze: będę mógł na spokojnie poświęcić minimum godzinę na pisanie artykułu. A ciekawych tematów w zanadrzu mam sporo… W tym jeden, który chcę uczynić moim sztandarowym.

Tik-tak, tik-tak

Hmm, powinienem już się kłaść spać (23:34 na zegarku, w międzyczasie jeszcze się bowiem umyłem), ale bardzo chcę dokończyć i opublikować ten artykuł. Bo wena – jak zwykle – przyszła w najmniej oczekiwanym momencie… Muszę nad nią popracować i ją ogarnąć, żeby przychodziła wtedy, kiedy to JA tego będę chciał. A wiem, że jest to możliwe…

Więc na koniec artykułu – i tym samym już na dobranoc – jeszcze utwór, który – choć różnie można go interpretować – zawsze kojarzy mi się z błogim zapadaniem w sen:

23:50…

Dobranoc. Kolorowych.

Wygrzebane z szafy, część 2: Piosenka na deszcz

Jeśli ktoś z was kiedykolwiek chciał poczuć się jak w filmie, to ostatnich kilka dni daje mu taką możliwość. Oto bowiem mamy pogodę w iście bollywodzkim stylu: „czasem słońce, czasem deszcz”…

W miarę rześkie poranki, ciepłe/upalne południa, burzowo-deszczowe popołudnia i wieczory – taki mniej więcej scenariusz powtarza się praktycznie codziennie.

Nie wiadomo jednak czy się śmiać, czy może płakać. To komedia jest czy dramat? Bo wystarczyło trochę więcej ulewnego deszczu i niektóre miejsca w Częstochowie po prostu pływały. Tak jak na przykład Centrum Handlowo-Usługowe „Jagiellończycy”…

Recepta na deszcz

Zapytałem Wujka Google o jakieś piosenki na taką deszczową porę. Podał mi odnośniki do kilku mniej lub bardziej profesjonalnych zestawień i playlist. Przejrzałem je, jednak na żadnej nie znalazłem tego już trochę zapomnianego kawałka, który leży sobie wygodnie od jakiegoś czasu na mojej youtubowej półeczce z ulubionymi utworami.

Oto więc przed wami moja propozycja piosenki na deszczową porę:

Malarze i Żołnierze – „Nie bój się deszczu”

Znacie? Pewnie nie. Więc krótko o wykonawcy:

Malarze i Żołnierze to polska grupa muzyczna założona w roku 1986 w Poznaniu. Wielokrotnie się rozpadała i reaktywowała. Jej najbardziej znanymi utworami są właśnie ten powyższy – „Nie bój się deszczu” – i „Po prostu pastelowe”, bardziej znany szerszej publiczności w późniejszej (coverowej) wersji zespołu Strachy na Lachy. Wokalista zespołu, Stanisław Holak, jest ojcem Mateusza i Kuby, liderów zespołu Kumka Olik. Tych kojarzycie już bardziej?

Gdy więc znowu zacznie padać, włączcie sobie powyższy utwór i razem z nim z uśmiechem na twarzach przetrwajcie niezbyt ciekawą pogodę. Bo przecież:

Nie trzeba mi nic więcej
Niż deszczu pełne ręce mam

***

Pierwsza część „Wygrzebanych z szafy” – poniekąd też w temacie pogody, no bo przecież zatytułowana „Oko burzy” – do znalezienia pod tym linkiem.

O Schulzu to Xięga

Lektura arcyciekawej i świetnie napisanej książki „Synowie ludożerców” autorstwa Janusza Wolniewicza już za mną. W najbliższym czasie spodziewajcie się na poSZTUKOwanym jej opisu i ciekawych fragmentów.

Tymczasem biorę się za następną publikację: „Bruno Schulz” Jana Gondowicza, wydaną w ramach kolekcji „Ludzie Czasy Dzieła” przez Edipresse Polska. Traktuje ona właśnie o Bruno Schulzu – wybitnym przedstawicielu Dwudziestolecia międzywojennego, autorze m.in. „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą”, o których pisałem już w jednym z artykułów. (Ta książka o Schulzu to prezent od mojego kumpla Jarka, entuzjasty literatury tego okresu).

Kto wie, może jakimiś przemyśleniami o tym drohobyczańskim prozaiku, grafiku, malarzu, rysowniku i krytyku literackim podzielę się tu, na poSZTUKOwanym? Poczytamy, zobaczymy…

Pora na Skubasa

Czasami tak mam: spędzę sporo czasu nad jakimś tekstem, wprowadzę poprawki, otaguję go, wybiorę zdjęcie tytułowe… I pozostaje mi już tylko kliknąć „Opublikuj”. Ale nie klikam…

Bo jeszcze coś mi nie gra… Coś mi nie pasuje… Czegoś mi brakuje…

A potem tracę wenę do danego tematu i artykuł wędruje sobie na bok.

A może powinienem napisać: „odkładam, by dojrzał”…?

I tak było z niniejszym tekstem o Skubasie. Ale swoje odleżał (do pół roku – PÓŁ ROKU!!! – brakło kilku dni), dojrzał, przyszła wena i nowy pomysł. I oto jest gotowy!

Ludzie, ludziki i ludziska, oto przyszła pora na Skubasa!

O Skubasie

Skubas, czyli Radosław Skubaja, to pochodzący z Lublina polski piosenkarz, gitarzysta i kompozytor. W roku 2012 wydał swój debiutancki album: „Wilczełyko”. Na stronie wytwórni Kayax napisano o tym tak: „Wilczełyko” to pierwszy autorski projekt muzyczny Skubasa, wokalisty o wyjątkowej, bardzo charakterystycznej barwie głosu. Do tej pory znany głównie z kooperacji ze Smolikiem (pod pseudonimem Sqbass) tym razem zaskakuje w zupełnie nowej odsłonie. Muzyka to niezwykle klimatyczne, akustyczne gitarowe brzmienia o lekko folkowym, grunge’owym charakterze. Skubas w swoich autorskich kompozycjach łączy brudne, gitarowe riffy z melancholijnym wokalem, tworząc nostalgiczne, melodyjne piosenki. W produkcji postawił przede wszystkim na atmosferę i przestrzeń. „Wilczełyko” wypełnia lukę na polskiej scenie muzycznej i jest swoistym powrotem do prostoty i autentyczności.

Skubas - Wilczełyko

A co o Skubasie i jego dziele sądzę ja?

Jak chyba większości z tych, którzy spotkali się z jego twórczością, spodobał mi się przede wszystkim utwór „Linoskoczek” (chyba jedyny promowany przez media. Chyba, bo już teraz nie pamiętam. Było to tak dawno temu, że mogę się mylić). No i zacząłem wałkować tenże album, swoje szczególne sympatie i wyrazy uznania kierując w stronę właśnie „Linoskoczka” oraz utworu „Nie pytaj”. Płytę miałem w samochodzie i słuchałem, słuchałem, słuchałem. Nie zwracałem zbytniej uwagi na formę i treść, ale raczej na to, że mi się podoba… Ot, tak po prostu i banalnie: „fajna muzyka”. Ciekawe porównania i aranżacje zauważam dopiero teraz – słuchając tego „po latach”.

Dorosłem… I do twórczości Skubasa, i tak ogólnie.

Chyba coś przegapiłem

Niedługo po wydaniu tej płyty (przypominam: w roku 2012), powstała piosenka nosząca tytuł „Nie mam dla ciebie miłości”. Odkryłem ją jednak dopiero stosunkowo niedawno. Na osi czasu fakt ten można by umiejscowić gdzieś między trzecim a czwartym kwartałem roku 2015.

Jeśli dobrze łączą mi w głowie styki, to pierwsze jej wysłuchanie nie wprawiło mnie w zachwyt lub chociażby jakiekolwiek głębiej uzasadnione uznanie. Jednakże w tym momencie – z pełną świadomością – mówię: jak dla mnie, to jedna z naprawdę nielicznych genialnych piosenek o miłości, jakie powstały w ostatnich latach. Inne, które przychodzą mi teraz do głowy, to „This I Love” Guns N’ Roses, o której pisałem w grudniu ubiegłego roku, a także „Gdybym” Voo Voo, o której artykuł jest w fazie dojrzewania…

Co wpływa na taką moją ocenę: uznania „Nie mam dla ciebie miłości” za jeden z lepszych utworów?

Kilka słów „za”

Słuchając tego utworu Skubasa, w mojej głowie rysuje się tylko jeden obraz. I nie jest to wcale jakieś tandetne romansidło, jakaś południowoamerykańska telenowela lub wynalazek próbujący ją naśladować.

Oto mężczyzna i kobieta. Ona go kocha, a on dobrze o tym wie. Jednakże jego uczucia do niej są zgoła całkowicie inne. Parafrazując: ‚on nie ma dla niej miłości’, nie kocha jej, traktuje ją bardziej jak zwykłą koleżankę. Nie kryje tego, wręcz otwarcie o tym jej mówi, nie pozostawiając jej już żadnych złudzeń:

Jeśli chcesz, możesz przyjść, kupić wino, zostać na noc
Nie przytulę Cię potem, odwrócę, rzucę „dobranoc”
Jeśli chcesz, możesz przyjść, zdjąć bluzkę, zostać do rana
Nie odprowadzę Cię potem, do drzwi trafisz sama

Jeśli chcesz, troszcz się o mnie, tylko pozbądź się złudzeń
Nie zacznę Cię kochać, choć przy Tobie się budzę
Jeśli chcesz, to dbaj o mnie, bądź zawsze pod ręką
Jeśli pójdę z inną, nie mów – serce Ci pękło

… jeśli mogę zacytować tu w całości obie zwrotki utworu.

I gdzie tutaj ta miłość? Dopowiada to refren:

Nie mam dla Ciebie miłości, ktoś tu był przed Tobą
Nie ma we mnie miłości, odchodząc zabrała ją ze sobą

Mężczyzna ten tak bardzo kocha kobietę nieobecną już w jego życiu (śmierć? rozwód? rozstanie?), że nie jest w stanie pokochać już nikogo innego. Widać w tym niesamowite oddanie, przywiązanie, tęsknotę, żal, ból spowodowany stratą.

Mnie to porusza. Bo czyż nie jest to bardziej życiowe, niż wszystkie te cukierkowe historie?

Klip do utworu

Nie mogę oczywiście pominąć klipu, jaki powstał do tego utworu, a który wyreżyserował Maciej Bieliński.

Sprawy techniczne pominę, bo po prostu na tym się nie znam. (Gdybym chciał je opisać, musiałbym zwrócić się o pomoc do kumpla Czarka). Bez gdybania (i pomocy) mogę za to napisać o moich wrażeniach.

Klip porusza mnie na równi ze słowami utworu i idealnie też do niego pasuje, chociaż nie przedstawia wydarzeń z tekstu dosłownie. Głównym bohaterem jest tutaj postać grana przez wybitnego polskiego boksera, medalistę olimpijskiego i wielokrotnego Mistrza Polski – pana Krzysztofa Kosedowskiego.

Budzi się on rano do kolejnego dnia. Pacierz, poranna kawa, ćwiczenia, wyszykowanie się (do tego momentu jest sam, w domu brak kobiety) i wyjście do klubu, w którym trenuje młodych adeptów boksu. Po drodze mija przywiązanego do drzewa psa. Dzieli się z nim swoim skromnym śniadaniem. Wracając z treningu podejmuje decyzję: zabiera psa ze sobą, być może nawet ratując mu w ten sposób życie…

Nie wiem jak was, ale cierpienie zwierząt porusza mnie o wiele bardziej niż cierpienie ludzi. Czy jest to normalne? Nie chcę wiedzieć i nie chcę się w to zagłębiać. Może jest tak po prostu dlatego, że zwierzęta są od nas, ludzi, o wiele bardziej bezbronne i o wiele łatwiej wyrządzić im krzywdę – krzywdę, której w przeciwieństwie do człowieka, nie są w stanie sobie w żaden sposób wytłumaczyć.

Kosedowski

Paradoksalnie, najbardziej poruszającym mnie momentem teledysku nie jest scena, gdy ukazany jest pies przywiązany do drzewa. Najbardziej porusza mnie moment, gdy pan Krzysztof niesie tego biednego, brudnego, zlęknionego psa na rękach. Napisałbym, że dla mnie to chwila, w której zespalają się dwie cierpiące dusze (w sumie trzy: pana Krzysztofa, psa i podmiotu lirycznego). Ale tak nie napiszę, bo – jak dla mnie – brzmi to jakoś dziwnie, zbyt podniośle i sztucznie… I te emocje widoczne wtedy na twarzy bohatera – zwykłego, prostego człowieka.

Ostatnie przemyślenie

Bardzo się cieszę, że dnia 25 czerwca roku bieżącego Skubas wystąpi w Częstochowie „na Frytce”, czyli podczas VI edycji Częstochowskiego Festiwalu Kultury Niezależnej Frytka OFF. Nareszcie go zobaczę i posłucham na żywo. Sprawdzę, czy „w realu” jest tak samo przekonujący i trafiający do uczuć, a potem się z wami tym podzielę na łamach tego bloga.

I mam nadzieję, że relacja z tego wydarzenia pojawi się tutaj już kolejnego dnia, a nie po pół roku…

***

I co bardzo, bardzo, baaardzo ważne: będę „na Frytce” choćby grzmiało i ziemia się rozstępowała. Tym bardziej, że tego samego dnia, na tymże właśnie festiwalu, zagra też Voo Voo… Aaa, kolejne spotkanie z Waglem!!!

***

Autorką zdjęcia tytułowego jest Anna Tomczyńska. Pobrałem je z profilu Skubasa na stronie wydawnictwa muzycznego Kayax.

Lounge – mój prywatny teleport do Nowego Jorku

Nowy Jork

Grubo ponad rok temu opublikowałem na moim poprzednim blogu pewien artykuł. Jego tytuł najprawdopodobniej brzmiał tak: „Moje miejsca na ziemi”. Najprawdopodobniej, bo nie jestem w stanie już go sobie dokładnie przypomnieć. Czego on dotyczył? Opisałem w nim kilka lokalizacji, w jakich chciałbym pędzić swój żywot.

I co ostało się z tych – bądź co bądź – marzeń?

Nie będę się specjalnie rozpisywał nad miejscami, które już mnie zbytnio nie pociągają. Skoncentruję się zaś na tym jednym – nie tylko wciąż, ale też i coraz bardziej żywym w moim umyśle.

Uwaga, uwaga, oto przed wami:

Nowy Jork

Najpierw puśćcie sobie podkład do artykułu…

… i dopiero teraz kontynuujcie czytanie.

Nigdy nie byłem ani w tym mieście, ani w żadnym innym na amerykańskiej ziemi. Ba, nigdy nie przekroczyłem nawet granic europejskiego kontynentu.

Nic więc dziwnego, że jedno z moich marzeń przedstawia się tak:

Żyję w Nowym Jorku lub w jakimś innym wielkim amerykańskim mieście. Mieszkam w apartamencie na którymś z wysokich pięter w drapaczu chmur. I oto stoję sobie w minimalistycznie urządzonym pokoju. Konkretnie: w sypialni. Znajduje się w niej tylko parę mebli: łóżko, dwa fotele, mała szafka i stolik, niższy nawet od tego tak zwanego kawowego. Oświetlenie główne jest wyłączone. Na niebiesko świecą się tylko dekoracyjne LEDy umieszczone gdzieś w okolicach zagłówka łóżka.

Ja zaś stoję sobie przy samym oknie – takim „ciągnącym się” od podłogi aż po sufit (zresztą apartament ten byłby w wieżowcu mieszkaniem narożnym, więc dwie ściany tego pokoju byłyby całkiem przeszklone). Rolety w tych potężnych oknach są całkowicie podniesione.

Piszę po raz trzeci: i tak stoję w tym oknie, trzymając w dłoni kieliszek z drinkiem (w takiej sytuacji obowiązkowo Metropolitan). No i patrzę sobie na późno-wieczorne (ewentualnie wczesno-nocne) miasto cały czas tętniące życiem. W wielu oknach w innych budynkach świecą się już lampy, po ulicach ciągną się jeszcze smugi świateł licznych samochodów. (Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu tytułowym. Ze wszystkich obejrzanych jakoś to najbardziej pasuje mi do mojego wyobrażenia).

Gdzieś z dołu dociera powoli cichnący gwar metropolii. Jednakże do moich uszu dobiegają głównie dźwięki jednego z ciekawszych rodzajów muzyki: wspomnianej w tytule – i mam nadzieję, że i lecącej właśnie w tle – muzyki lounge.

Czuję, że cały świat żyje własnym życiem, a ja jestem gdzieś ponad tym wszystkim – spokojny, wyciszony, patrzący na przerażające piękno cywilizacji, tego dziwnego ludzkiego tworu.

Troszkę teorii, by – choć na chwilę – zejść na ziemię…

Muzyka lounge (co w języku angielskim oznacza po prostu „wypoczynek”) to, według definicji, zbiorcze określenie wywodzących się z jazzu stylów muzyki easy listening popularnych w USA w połowie XX wieku, kojarzonych z holami, barami lub kasynami hoteli, gdzie muzyka ta była (i często nadal jest) wykonywana w celu wytworzenia specyficznej atmosfery.

Dziękuję ci, ciociu Wikipedio. Sam nie ująłbym tego lepiej…

Lounge a ja

Uwielbiam ten styl. To mój prywatny teleport… Przebywając w moim mieszkaniu, zwłaszcza gdy na zewnątrz robi się już ciemno, w wyszukiwarce na YouTubie wpisuję najczęściej coś w stylu: luxury lounge, metropolitan luxury lounge, night lounge, night chillout. Cudowne są zwłaszcza sety zawierające w swojej nazwie te dwa słowa: „New York”…

Minimalistyczne, niezagracone drobiazgami mieszkanie w Częstochowie (choć mój pokój – moja artystyczna pracownia – trochę odbiega od tego opisu…), na zewnątrz już ciemno, w moich uszach luxury lounge, a moja dusza przenosi się na 50-te piętro nowojorskiego drapacza… W dole widzę sznury aut, światła w oknach innych wieżowców, a w dłoni trzymam kieliszek z drinkiem Metropolitan… Ale to już znacie.

Ach, potężną mają siłę marzenia wsparte dźwiękami… Choć czasami bywa też tak, że nawet nie muszę włączać tej muzyki. Zarówno ona, jak i moje marzenia są bowiem tak silne, że wystarczy mi tylko o niej (lub o nich) pomyśleć, a już przenoszę się myślami do Nowego Jorku…

Praca domowa

Podobno zadawanie dzieciom w szkołach prac domowych jest sprzeczne z prawem, więc moje zadanie jest „dla chętnych”:

W jaki sposób wam muzyka pomaga marzyć? Gdzie was wtedy przenosi?

Odpowiedzi w formie pisemnej umieszczajcie w komentarzach pod artykułem.

A ja, jak wrócę z Nowego Jorku, to je przeczytam i na nie odpowiem…

Żuczki nie żyją od 46 lat

The Beatles

Istnieli raptem przez 10 lat. Ale tyle czasu w zupełności wystarczyło, by skutecznie zawrócić w głowach setkom milionów ludzi i zainspirować tysiące współczesnych muzyków.

Dlaczego piszę o nich właśnie dzisiaj? 10 kwietnia to oficjalna data rozpadu The Beatles – czterech żuczków z Liverpoolu.

Ktoś kiedyś napisał, że jedyną rzeczą jaka im wyszła, było przejście przez jezdnię (to oczywiście nawiązanie do słynnej okładki albumu „Abbey Road”). Ale to oczywiście żart, bo jak można tak powiedzieć o zespole, którego 13 z 16 płyt (!!!) znalazło się na liście 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone? W tym cztery w pierwszej dziesiątce…:

  • 1. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
  • 3. Revolver
  • 5. Rubber Soul
  • 10. The Beatles

No cóż… Chapeau bas, panowie.

Bogactwo informacji

Wiele o nich już powiedziano i napisano. I wiele jeszcze można by powiedzieć i napisać. O genialnych albumach i utworach, które weszły do kanonu muzyki. O „inwazji brytyjskiej”. O beatlemanii: zbiorowemu, histerycznemu szałowi, jaki dopadał głównie młode fanki już na sam widok tych czterech chłopaków. O eksperymentach z narkotykami. O konfliktach i problemach. O kłopotach z fanami, którzy blokują ruch i stwarzają zagrożenie próbując zrobić sobie zdjęcie na pasach na wzór swoich idoli. O popularnej miejskiej legendzie, według której Paul McCartney zginął w wypadku samochodowym w roku 1966 i został zastąpiony przez sobowtóra. O… O… O… I o wielu innych rzeczach, sprawach i aspektach. O… O… O…

Ale nie ma co się powtarzać.

Koniec

Nie mam zamiaru też wnikać w dokładne powody rozpadu tego zespołu: konflikt między muzykami po śmierci ich menedżera – Briana Epsteina – oraz zamieszanie z osobą Johna Lennona. Jedno jest pewne: 10 kwietnia 1970 roku, dokładnie 46 lat temu, z zespołu odszedł Paul McCartney (a może jego sobowtór?), pieczętując ostatecznie koniec działalności The Beatles.

Można ich kochać, można nienawidzić. Można coverować ich utwory, bezczelnie z nich zżynać albo pisać o nich własne piosenki. Jak chociażby Jacek Kuderski z zespołu Myslovitz:

Jedno jest pewne – po zespole tym pozostała naprawdę ogromna spuścizna. I mało prawdopodobne, by ktokolwiek i kiedykolwiek im dorównał.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia członków zespołu po przybyciu na lotnisko im. Kennedy’ego w Nowym Jorku w USA, rok 1964. Od lewej: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison, Ringo Starr.

Zacznij od Zbyszka

Zbigniew Wodecki

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować trzem osobom: moim rodzicom za ufundowanie biletów oraz mojemu brygadziście za udzielenie mi wolnego i tym samym pozbawienie się bardzo cennego pracownika. Bo dzięki temu i dzięki nim mogliśmy razem z żoną wziąć udział w poniedziałkowym koncercie Zbigniewa Wodeckiego (4 kwietnia, godzina 19:00, Filharmonia Częstochowska).

Relację z tego wydarzenia chciałem opublikować jeszcze w poniedziałek, ale cóż… Jak śpiewa sam Wodecki w utworze „Lubię wracać tam gdzie byłem”:

Co dzień nas gna
W nowe strony zadyszany czas.
Sto dat, sto spraw
Wciąga nas, gna nas.

I moje dni
Wszechobecny pośpiech, czasu znak

Mamy więc już sobotni wieczór, a ja dopiero teraz gryzmolę ten artykuł.

Na początek tak ogólnie

Jesteście ciekawi, jak prezentowała się setlista? Notowałem ją na bieżąco, skrupulatnie, by nie pominąć ani jednego utworu. Proszę bardzo, oto ona:

  1. Opowiadaj mi tak (Słoneczko)
  2. Rzuć to wszystko co złe
  3. Znajdziesz mnie znowu (Muszla)
  4. Oczarowanie
  5. Teatr uczy nas żyć
  6. Zacznij od Bacha
  7. Czardasz Montiego
  8. Ciao ciao Bambino
  9. Raj
  10. Pszczółka Maja

Bisy:

  1. Szczęście jest we mnie
  2. Niech się w nas goi

Poza tym, pomiędzy siódmym a ósmym utworem, miejsce na scenie zajęła Renata Zarębska, która zaprezentowała swój krótki program artystyczny, na który składały się trzy utwory oraz wesoła konferansjerka.

O Artyście

A cóż mogę napisać o Zbigniewie Wodeckim? Co jak co, ale głos, talent, energię, włosy i gadane to on ma…

Na skalach głosu i technikach śpiewania jeszcze się nie znam. Ale wiele o tym wcale wiedzieć nie musiałem, by i tak wielokrotnie w czasie słuchania koncertu przeszywały mnie ciarki. Ale Zbigniew Wodecki to nie tylko piosenkarz. To także multiinstrumentalista: gdy w swoje ręce brał trąbkę lub skrzypce, już było wiadome, że zaraz usłyszę coś niezwykłego. Nie zawiodłem się ani razu: grać to on potrafi (ach, genialna fuga wykonana na skrzypcach i „Czardasz Montiego”)… Do tego niesamowita energia. Artysta ten ma już 66 lat, ale w ogóle tego nie widać. Zachowanie na scenie wręcz kłóci się z datą wpisaną do jego dowodu.

I ta jego niezwykła komunikacja z publicznością. Nie ograniczała się ona do przywitania i zachęcania, by śpiewać razem z nim. W sumie pomiędzy każdym utworem Zbigniew Wodecki raczył słuchaczy jedną lub nawet kilkoma genialnymi historyjkami i żartami, po których co rusz wybuchały salwy śmiechu.

Jeśli nie było was na tym koncercie, żałujcie. Poniżej spróbuję przywołać kilka z tych anegdot i tekstów, ale tak w skrócie, to nie jest już w żaden sposób to samo. (Może będzie to nawet bardziej dla mnie, bym za jakiś czas, wracając do niniejszego artykułu, przypomniał sobie niezwykłą atmosferę tego koncertu).

Przykłady tekstów

  • Po wykonaniu dwóch pierwszych utworów Zbyszek rzucił dwa słowa: „Udało się!”. A po chwili przerwy dodał: „Bo rano Geriavitu zapomniałem…”.
  • Mówiąc o wartości finansowej nagrody, którą razem z kolegą dostali za jakąś piosenkę lub album (chyba podczas któregoś z festiwali): „Kolega kupił sobie buty. Ja zegarek…”.
  • Inny tekst? O sobie i współczesnych artystach: „Kiedyś były takie czasy, że żeby śpiewać… trzeba było umieć śpiewać”.
  • O sobie i swoim wyglądzie? Anegdota o trzech amantach, którzy poszli do nieba. W skrócie prezentuje się ona tak: „Trzech amantów – Robert Redford, Robert De Niro i Zbigniew Wodecki – trafiło do nieba. Roberta Redforda przydzielono do pokoju numer 36, w którym przebywała bardzo brzydka kobieta. Głos Boga: Robercie Redfordzie, za twoje liczne grzechy już po wieki trafiasz do pokoju 36. Roberta De Niro przydzielono do pokoju numer 38, w którym przebywała jeszcze brzydsza kobieta. Głos Boga: Robercie De Niro, za twoje liczne grzechy już po wieki trafiasz do pokoju 38. Zbigniewa Wodeckiego przydzielono do pokoju numer 37. Otwiera on drzwi, zagląda do środka, a tam cudowna, przepiękna kobieta – Claudia Schiffer. Głos Boga: Claudio Schiffer, za twoje liczne grzechy…
  • Odnośnie włosów, których – gdy będę w jego wieku – też chciałbym mieć na głowie jeszcze tyle, i kolegi z towarzyszącego mu zespołu: „Mirek, świetny kolega. Pożyczył mi włosy na dzisiejszy koncert”. Mirek kłania się publiczności i ściąga przy tym z głowy czapkę – och, pięknie błyszczy się ta króciuteńko przystrzyżona glaca…

Napiszę wam tak: gdy w waszej okolicy zobaczycie kiedyś plakat zapowiadający koncert Zbyszka Wodeckiego, od razu zaklepcie sobie ten termin i nie poskąpcie pieniędzy na bilet. Jeśli człowiek ten kojarzy wam się tylko z Pszczółką Mają, Chałupami lub popularnymi w telewizji programami, po takim koncercie od razu zmienicie zdanie. Ja osobiście wybrałbym się bardzo chętnie jeszcze raz.

I nie ważne, że Zbigniew Wodecki ma lat 66, a ja czterdzieści mniej. To nie jest artysta zarezerwowany tylko dla „dziadków” i hipsterów. To chodzący genialny głos, prawdziwy talent, żartowniś i zwykły, miły człowiek, emanujący ze sceny szczerą przyjaźnią. Naprawdę warto go posłuchać i poznać.

***

Autorem zdjęcia tytułowego, pochodzącego z Wikipedii, jest Tomasz Ziober.

***

Artyście, w czasie koncertu, towarzyszył zespół w składzie: Zbigniew Stelmasiak, Mirosław Wiśniewski, Jarosław Zawadzki, Paweł Twardoch.