„We don’t speak very good spanish, but we speak rock & roll pretty good! Let’s go!!!”

akadaka

Pierwotnie artykuł ten miał nosić tytuł „Legendy też się kończą…”. Ale co tam! Do życia trzeba być nastawionym pozytywnie!

„¡Hola, Buenos Aires!”, czyli Argentyna rażona prądem

Ciągle patrzę na nich przez pryzmat trzech koncertów, jakie w roku 2009 – w ramach „Black Ice World Tour” – dali na stadionie w Buenos Aires w Argentynie. Występy te – oglądane na żywo przez łącznie ponad 200 tysięcy fanów – wydane zostały później jako jeden film „Live At River Plate” na DVD oraz Blu-Ray.

Ech, do dzisiaj pamiętam, gdy razem z kumplem oglądaliśmy u niego ten koncert (w formacie Blu-Ray), popijając sobie whisky…

AC/DC – bo to o nich przecież mowa – rozgrzewają tłumy pierwszym utworem: „Rock & Roll Train” (ach, ta potężna lokomotywa pojawiająca się na scenie…). Po nim wokalista – Brian Johnson – wita się z publicznością po hiszpańsku. A potem rzuca zdanie stanowiące tytuł tego artykułu. I zaczyna się rockowe show, bo w tym AC/DC są naprawdę dobrzy…

AC/DC

Dom starców? Nie pod tym adresem (przynajmniej wtedy…)

W roku 2009 członkowie zespołu mieli odpowiednio:

  • Brian Johnson – wokalista: 62 lata
  • Angus Young – gitarzysta prowadzący: 54 lata
  • Malcolm Young – gitarzysta rytmiczny: 56 lat
  • Cliff Williams – gitarzysta basowy: 60 lat
  • Phil Rudd – perkusista: 55 lat

Patrzenie na gości mających po mniej więcej 60 lat i ruszających się po scenie żwawiej niż niejeden nastolatek stanowi doświadczenie bezcenne i skłaniające do refleksji: ja, mogąc być (pod względem wieku) ich synem albo i nawet wnukiem, chyba nie dałbym rady tak szaleć. Chociaż (oj, będzie to zgryźliwe) gdybym miał zarobić na tym tyle, co oni (cała ta trasa powiększyła konto AC/DC o jakieś 450 milionów dolarów)…

Ale nie patrzmy przez pryzmat pieniędzy. Spójrzmy z perspektywy wirtuozerii i zabawy. Muzyka AC/DC klasyfikowana jest najczęściej jako hard rock, tymczasem sami muzycy mówią, że grają rock & roll. I swoją radością, optymizmem oraz żywiołowością naprawdę zarażają fanów. To genialny i cudowny widok: kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących rytmicznie do granych przez nich utworów…

Wspomnienie tego koncertu jakiś czas temu skłaniało mnie do napisania tekstu o – może nie nieśmiertelności – ale bardziej o zadziwiającej (choć i pozornej) odporności rockmanów na ich styl życia, zamykający się często w trzech słowach: sex, drugs and rock & roll.

Ostatecznie nie napisałem tego tekstu. I może dobrze. Bo spojrzenie z obecnej perspektywy skłania do zupełnie innych refleksji.

AC/DC

Oddajmy sprawiedliwość rzeczywistości

Od tamtego wydarzenia – koncertu (albo poprawniej byłoby napisać: koncertów) – minęło już 7 lat. Co – oprócz wieku – się zmieniło?

No niby AC/DC wciąż grają. Ale skład jest już trochę inny…

Angus Young – założyciel, ostoja, mózg i prawa ręka zespołu – przeszedł już na muzyczną emeryturę. Udar mózgu doprowadził bowiem do demencji. Nie było więc innego wyjścia, jak w roku 2014 zawiesić gitarę na kołku.

Phil Rudd. Jemu zdrowie dopisuje aż za bardzo: posiadanie narkotyków i grożenie śmiercią jednemu z byłych współpracowników przełożyło się na osiem miesięcy aresztu domowego. O nieudowodnionym zleceniu zrobienia poważnej krzywdy skracającej żywot (na tym łez padole) dwóm osobom nie ma co nawet wspominać…

Brian Johnson. Przypadek to ciekawy, bowiem lekarze… zabronili mu dawać koncerty. Powód? Żeby do reszty nie stracił słuchu…

Akadaka po nowemu, czyli „umarł król, niech żyje król”…

  • Briana Johnsona w szeregach AC/DC zastąpił (gościnnie?) Axl Rose z Guns N’ Roses;
  • Phila Rudda zmienił Chris Slade (znany m.in. z zespołu Uriah Heep i gry w AC/DC w latach 1989 – 1994);
  • zamiast Malcolma Younga na scenie pojawia się jego raptem trzy lata młodszy bratanek – Stevie Young;
  • no i Cliff Williams – we wrześniu 2016 roku (po 39 latach gry w AC/DC) opuścił szeregi zespołu…

Ech, jak się muszą czuć „odwieczni” fani, gdy na scenie z „oryginalnego” składu widzą już tylko Angusa „Duckwalk” Younga…

Życie…

Krótko mówiąc: rockowe dinozaury też mają swoje problemy. Chociaż na scenie świetnie się bawią, poza nią świat nie jest już taki kolorowy. I chociaż może przez pewien czas dają radę znieść hulaszczy tryb życia, to jednak w pewnym momencie dopadają ich „zwykłe” choroby oraz skutki takiego funkcjonowania.

Muzyczni „bogowie” okazują się zwykłymi ludźmi…

I pozytywne nastawienie (o którym wspominałem na początku artykułu) jest już pozytywne mniej.

Z Chińskiej Demokracji została mi tylko miłość

Chińska Demokracja

Jeśli zaintrygował was tytuł tego artykułu lub wydał wam się on absurdalny, to bardzo dobrze. Takie było moje zamierzenie – zaciekawić was już od samego początku. I tu powinien pojawić się emotikon średnik + nawias. Że niby do was mrugam oczkiem. Ale ponieważ prowadzę mój blog na poważnie, żadnych emotikonów tu nie będzie. Zresztą ja zawsze jestem poważny. Spójrzcie tylko na moje zdjęcie po prawej stronie…

OK, dopiero początek artykułu, a ja już zbaczam z tematu. No cóż, tak po prostu mam. Wybaczcie.

Nim jednak przejdę do sedna tego artykułu, potrzebne wam będzie…

… najpierw trochę historii

Dawno, dawno temu, to znaczy w III, IV i V wieku naszej ery, po zakończeniu walk w Okresie Trzech Królestw, Chinami rządziła dynastia Jin.

Ale przecież to już wiecie. Dlatego przyda wam się…

… historia trochę późniejsza

Nie tak dawno temu, to znaczy w roku 1985, czyli gdy mnie na świecie jeszcze nie było (ani w wersji prenatalnej, ani poprenatalnej – to słowo wymyśliłem…), już od 23 lat hasał sobie po świecie pewien gość. Na imię mu było William Bruce Bailey Jr. Nie kojarzycie? To może rozpoznacie po pseudonimie: Axl Rose. Teraz już wiecie? To super.

W tymże właśnie roku 1985 razem z kilkoma kumplami założył zespół znany jako Guns N’ Roses.

Po kilku przetasowaniach w składzie, grupa wyruszyła w niezorganizowaną trasę koncertową. Szybko zaczęła zdobywać popularność, a jej pierwszy album „Appetite for Destruction” z 1987 roku (zawierający takie utwory jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine” czy „Paradise City”), sprzedał się – jak do tej pory – w nakładzie 28 milionów egzemplarzy na całym świecie. Tym samym jest najlepiej sprzedającym się debiutanckim album w historii muzyki.

Co więcej: Guns N’ Roses – występując jako support – zaczęli wręcz przyćmiewać występy swoich bardziej znanych kolegów, sami wyrastając na uwielbianych idoli.

W międzyczasie nie obyło się – jak to często bywa w muzyce rockowej – bez skandali. A to w listopadzie 1987 roku podczas koncertu w Atlancie Axl pobił ochroniarza i został za sceną aresztowany przez policję… Innym znów razem – to znaczy w sierpniu 1988 na angielskim festiwalu Monsters of Rock – dwóch fanów poniosło śmierć w pogo… A po wydaniu w listopadzie roku 1988 albumu „G N’ R Lies” zespół oskarżono o szerzenie homofobii i rasizmu (wszystkiemu winna treść utworu „One in a Million”)…

A potem nadszedł rok 1991. Przyniósł on dwa kultowe albumy: „Use Your Illusion I” i „Use Your Illusion II”. Wydano je tego samego dnia, czyli 17 sierpnia. Łącznie zawierają one 30 utworów, w tym takie klasyki jak: „November Rain” (sam teledysk do utworu kosztował ponad 1,5 miliona dolarów), „Don’t Cry”, „Estranged” oraz „Knockin’ on Heaven’s Door” (cover utworu Boba Dylana).

Dwa lata później, czyli w roku 1993, Pistolety i Róże wydały swój kolejny album: „The Spaghetti Incident?”. Znajduje się na nim 12 (a z ukrytym utworem – 13) coverów piosenek innych wykonawców, w tym między innymi zespołów Nazareth, The Misfits oraz T.Rex.

Pistolety się zacięły, a róże straciły kolce i zwiędły

A potem? Długo, długo nic. Dla fanów nastało ciężkich piętnaście lat bez żadnej nowości. Ale jak tu tworzyć nowy materiał, gdy skład się ciągle zmieniał? A to ktoś odszedł z grupy sam, a to kogoś usunięto, a to ktoś przybył z nową wizją i sposobem grania… W 2004 roku wytwórnia płytowa, z którą związany jest zespół, wydała tylko album „Greatest Hits” (tak przy okazji: krążek pokrył się potrójną platyną), chociaż trochę ocierając łzy kapiące z oczu fanów.

I tylko Axl niestrudzenie zapowiadał, że w Chinach wreszcie zapanuje demokracja…

No i chińska demokracja stała się faktem

I wreszcie! Rok 2008. Miesiąc listopad. Nagrywany w trudach i przez wiele lat (od 1994 do 2007 roku) szósty album amerykańskiej grupy hardrockowej Guns N’ Roses stał się rzeczywistością. Na światło dzienne i ku uciesze uszu fanów wypuszczona została płyta „Chinese Democracy”.

Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jednym album się spodobał, a innym nie. (Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryłem…)

Moja ocena chińskiej demokracji

A ja? No cóż. Słyszałem oczywiście o opóźnieniach związanych z wydaniem tego albumu. Czytałem, że wiele osób kpi sobie z Axla i tej niemocy. Ale gdy w końcu album wydano, musiało minąć siedem lat (!!!), żebym go wysłuchał. Nie ukrywam: Guns N’ Roses to nie Depeche Mode, żebym na złamanie karku pobiegł do sklepu w dniu premiery, by zakupić świeżutki, jeszcze cieplutki album…

I jak z tymi wrażeniami?

Po jednokrotnym wysłuchaniu utworów tak od A do Z (to znaczy od pierwszego do ostatniego, a nie w kolejności alfabetycznej) stwierdzam, co następuje: w tym momencie nie kojarzę z tego albumu żadnego utworu oprócz jednego. Zgodnie z tytułem niniejszego artykułu pozostała mi tylko miłość, czyli trzynasty kawałek z płyty: „This I Love”.

„This I Love”

Adresatką tego utworu jest najprawdopodobniej Erin Everly, czyli była żona wokalisty. Jak podają niektóre źródła, zostawiła ona Rose’a dla bogatego biznesmena. Nie mam jednak zamiaru oceniać tutaj postępowania żadnego z nich – ani Axla, ani Erin. Bo po prostu tego nie da się obiektywnie zrobić. Pisząc ten artykuł zapoznałem się bowiem z wieloma materiałami i po tym mogę stwierdzić tylko jedno: zarówno Axl, jak i jego życie, są zakręcone jak słoiki na zimę (ha! ha! ha!) lub – jak kto woli – zakręcone jak chińskie dzień dobry (a w tytule chińska demokracja. Kapujecie to powiązanie?), szalone, pokręcone i egoistyczne. I nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe… (Wybaczcie po raz drugi – blog miał być apolityczny). To znaczy chciałem po prostu napisać, że w życiu Pana Axla działo się wiele rzeczy, których ocena wcale nie jest taka prosta i oczywista.

Coś mi się wydaje, że powyższy akapit troszkę zamotałem. Nie? Ale dla pewności – zgodnie ze znaną już moją praktyką – zacznę go jeszcze raz.

Adresatką tego utworu jest najprawdopodobniej Erin Everly, czyli była żona wokalisty. Była („ex”), bo delikatnie mówiąc, w ich wspólnym życiu bywało różnie. Bardzo różnie…

Po kilku latach spotykania się z Erin, Axl się jej oświadczył. Oczywiście się zgodziła. Oczywiście, bo jak tu powiedzieć „nie” chłopakowi, który z bronią w ręku grozi, że w razie odmowy popełni samobójstwo… Po szybkim ślubie (ach, urok Las Vegas) też wcale nie było różowo (jak na przykład w bajce albo na koniec południowoamerykańskiej telenoweli): pozwy o rozwód, pobicia, poronienie… Ale czy to wszystko to wina Axla? Wspomniane czarne zapewne nie jest do końca czarne, a białe nie jest takie białe… Jak to zwykle bywa, wina pewnie leży po obu stronach. Ale mnie tam nie było, kończę więc te wywody, zanim zapędzę się za daleko.

Hmm, ten akapit też coś jakiś taki pogmatwany… Nieważne, piszę dalej.

Jedno jest pewne: utwór „This I Love” Axlowi się udał. To przepiękna ballada pełna bólu, cierpienia i straconej miłości. Przy każdym jej słuchaniu – czy tym pierwszym, czy którymś z rzędu – zawsze czuję w środku jakieś ukłucie.

I ten głos Axla, gdy śpiewa:

So if she’s somewhere near me
I hope to God she hears me
There’s no one else
Could ever make me feel
I’m so alive
I hoped she’d never leave me
Please God you must believe me
I’ve searched the universe
And found myself
Within’ her eyes

Życie państwa Rose potoczyło się tak, a nie inaczej. Ale cóż: ta miłość gdzieś w sercu Axla pozostała. Dobrze, że jej nie stłumił. Dobrze, chociażby dla nas, bo teraz możemy delektować uszy tym cudownym utworem.

I na koniec jeszcze jedno: czyżby Axl żałował swoich błędów, jakie popełnił w związku z Erin? Przynajmniej ja właśnie tak odbieram słowa kończące ten utwór:

And now it seems that I
Gave up my ghost of pride
I’ll never say goodbye

Ostatnie wnioski po spotkaniu z chińską demokracją

Panie Axl – chociaż i tak pewnie tego nie przeczytasz – to do pana (ale wy nie czujcie się skrępowani. To list otwarty, więc też śmiało możecie się z nim zapoznać):

Piszę po imieniu i bez ogródek – mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe – ale szczerość to podstawa. Nie znam wszystkich twoich utworów. Jedynymi płytami, które w całości przesłuchałem od początku do końca są „Appetite for Destruction” (słuchałem dopiero w czasie pisania tego artykułu) i „Chinese Democracy”. Nie ze wszystkimi twoimi piosenkami się zgadzam, nie we wszystkich podobają mi się słowa. Ale ten jeden utwór – „This I Love” – chociaż jego powstanie wiąże się dla ciebie z wieloma bolesnymi przeżyciami i wspomnieniami, już na zawsze pozostanie w moim umyśle. Będę do niego wracał, bo dla mnie jest po prostu genialny. Życzę też, by nigdy nie brakło ci weny. I żeby fani nie musieli czekać na następny album kolejnych piętnastu lat. A od urzeczywistnienia chińskiej demokracji minęło już siedem… Pisz więc, pisz. Twórz i komponuj. I niech świat jeszcze nie jeden raz usłyszy muzykę Guns N’ Roses.

Pozdrawiam,
poSZTUKOwany

***

Żeby wam nie było smutno, was też pozdrawiam. Strzała. I do następnego artykułu.