Grudniowy blues o Bukareszcie

Data opublikowania tego artykułu – 22 grudnia – nie jest przypadkowa. Wspomnieniami do tego właśnie dnia wraca bohater jednego z utworów zespołu Pidżama Porno. Kawałek ten pochodzi z wydanego w 1999 roku albumu „Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy”, a nosi tytuł „Grudniowy blues o Bukareszcie”.

Trochę historii

Rumunia, rok 1989. W dniach od 16 do 27 grudnia miała tam miejsce rewolucja, w wyniku której obalono komunistyczny reżim dyktatora Nicolae Ceaușescu. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat tego przewrotu (wydarzenia do niego prowadzące, wybuch, przebieg, skutki), przeczytajcie o nim stosowny artykuł na Wikipedii.

Na poSZTUKOwanym bowiem tylko w skrócie – w sam raz na potrzeby tego tekstu:

Rumuni, mający już dość biedy, terroru i propagandy, wychodzą na ulice. Dochodzi do starć z siłami popierającymi dyktatora. Leje się krew, są ranni i zabici. Kraj pogrąża się w chaosie. Rumunia okazuje się jedynym krajem bloku wschodniego, w którym komunizm upada po krwawej rewolucji.

21 i 22 grudnia dochodzi do walk także w Bukareszcie – stolicy Rumunii. Swoją siedzibę opuszcza Nicolae Ceaușescu. Wkrótce potem zostaje aresztowany i – 25 grudnia, po błyskawicznym procesie – razem z żoną stracony.

I o tych właśnie wydarzeniach, dziejących się w Bukareszcie, dowiaduje się bohater tytułowego utworu.

A jakie przemyślenia związane z „Grudniowym bluesem…” przychodzą do mojej głowy?

Przemyślenie #1

Moim ulubionym fragmentem utworu jest moment, w którym Grabaż śpiewa:

Kończył się dziewięćdziesiąty rok
Piłem piwo ze ślepym szewcem
Silną dłonią złapał za mój kark
I poprosił bym zaśpiewał jeszcze
Grudniowy blues o pewnym mieście
Grudniowy blues o pewnym mieście

Dlaczego właśnie ten fragment?

Czuję w nim wiele silnych emocji: z jednej strony cierpienie szewca, ale z drugiej też radość i chęć przypomnienia sobie po raz kolejny wydarzeń, które – mimo przelanej krwi – wlały nadzieję w zbolałe serce. A ja bardzo lubię wyraziste, pełne emocji i zaangażowania utwory. O czym zresztą mogliście się już przekonać czytając moje wcześniejsze artykuły (np. ten związany z chińską demokracją lub ten o Lanie Del Rey).

Przemyślenie #2

Wystarczyło raz czy dwa wysłuchać tego utworu oraz przeczytać wspomniany już artykuł na Wikipedii i o tych historycznych wydarzeniach wiem więcej, niż z lekcji historii w szkole.

Dlaczego by właśnie w taki sposób nie przekazywać wiedzy dzieciom i młodzieży?

Pamiętam jak w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum na początku roku szkolnego zawsze (pół żartem, pół serio) pytaliśmy panie nauczycielki od niemieckiego, czy na lekcjach będziemy słuchać utworów zespołu Rammstein.

Niestety, nie słuchaliśmy… A szkoda, bo może by to wcale nie było takie głupie. Pani nauczycielka wybrałaby stosowne kawałki, słuchalibyśmy ich, poznawali tekst, sami go tłumaczyli… Nie nauczylibyśmy się szybciej szprechać?

A gdyby tak na lekcji historii prezentować utwory dotyczące jakichś dziejowych momentów? Nie tylko „Grudniowy blues o Bukareszcie”. Większość kawałków zespołu Sabaton dotyczy konkretnych wydarzeń. Polska grupa muzyczna Armia napisała „Jeszcze raz, jeszcze dziś” na 600-lecie bitwy pod Grunwaldem. To tak na szybko co mi przyszło do głowy. Gdyby poświęcić parę chwil więcej, na pewno znalazłoby się jeszcze całe mnóstwo takich piosenek, poruszających nie tylko militarną stronę historii.

Bo skoro dzieci i młodzież mają się uczyć o przeszłych latach, to dlaczego im tego nie ułatwić, nie przedstawić w sposób dla nich przystępniejszy, prostszy do zapamiętania?

Chociaż żeby wprowadzić w szkołach takie nauczanie, potrzebny byłby albo odważny nauczyciel, albo jakaś rewolucja…

***

Zdjęcie tytułowe pochodzi z wymienionego w tekście powyżej artykułu dotyczącego rewolucji w Rumunii.

***

Ale 22 grudnia to nie tylko rocznica wydarzeń opisanych w utworze zespołu Pidżama Porno. Dokładnie 14 lat temu zmarł bowiem Grzegorz Ciechowski – „poeta, dopiero potem muzyk”. Chcecie poczytać także o nim? Zapoznajcie się z artykułem znajdujący się pod tym linkiem: 14 lat.

Welcome To My World

Shame

„Kiedy byłem / Kiedy byłem małym chłopcem, hej”, praktycznie w każdą sobotę rano oglądałem w telewizji Polsat programy z piosenkami disco polo. „Yeti, Yeti w górach ma swój dom” niestety jakoś trwale się zakodowało w którymś z zakątków umysłu. Czasami się stamtąd wyłania i kaleczy mój mózg. Mając może siedem, osiem lat miałem co prawda świadomość istnienia na przykład takiego zespołu jak Dżem. Wiedziałem nawet, że mają oni utwór zatytułowany „Czerwony jak cegła”. Właśnie: tylko wiedziałem. Ale żebym znał chociaż odrobinę więcej tekstu, niż sam początek refrenu: „Czerwony jak cegła”. Serio! Trzy słowa! Tylko tyle! No szkoda…

A co z lekcjami muzyki w szkole podstawowej? Grałem tam na dętym instrumencie muzycznym z grupy drewnianych, a mianowicie na flecie prostym. Pisząc, że grałem, mam na myśli oczywiście nieudolne próby wydmuchania gamy.

Na keybordzie Casio, który też gdzieś się w międzyczasie przewinął, nie opanowałem nawet odwiecznego szlagieru „Wlazł kotek na płotek”.

A gitara elektryczna, którą kupiłem w (chyba) 2007 roku? Leży sobie cichutko i spokojnie u góry na szafie. Jej głównym celem istnienia jest obecnie zbieranie kurzu oraz przeszkadzanie mi w czasie przenoszenia tegoż właśnie mebla. Choć z drugiej strony nie jest też wcale tak źle. Mogę się tu bowiem pochwalić większymi osiągnięciami niż w przypadku fletu i keybordu. Kojarzycie ten grany na (bodajże) pianinie wstęp z piosenki „Nemo” zespołu Nightwish? No to umiem go wyszarpać na strunach. Pod warunkiem, że czysto w nie trafię…

Enjoy the Silence

Pamiętam takie wydarzenie z mojego życia: początek nauki w gimnazjum (czyli dawno temu i w odległej galaktyce). Pierwsze zajęcia (prawdopodobnie godzina wychowawcza): przedstawiamy się, mówimy coś o sobie i swoich zainteresowaniach. Ogólnie rzecz biorąc – pierdoły. Na przekór kolegom, którzy mówili, jakiej muzyki słuchają (np. grunge’u w wykonaniu Nirvany – Robert K., pozdrawiam), ja dumnie podkreśliłem, że muzyki nie słucham.

Tak naprawdę było! W pewnym momencie muzyka stała się dla mnie całkowicie obca. Cieszyłem się raczej z życia w ciszy.

New Life

Jakiś czas po tych gimnazjalnych wyznaniach dostałem (od rodziców, nie kolegów) wieżę firmy Panasonic. Radio, odtwarzacz płyt CD i kaset magnetofonowych zamknięte w jednej obudowie. No i powoli zacząłem znowu słuchać. Tym razem kawałków promowanych przez radiowych didżejów. I jakichś innych wybranych przez siebie piosenek, które na płycie CD wypalili mi życzliwi koledzy dysponujący nagrywarką. Co prawda nie było to już disco polo, jednak i tak wolałbym o tych koszmarkach nie pamiętać…

Nastał jednak rok 2005. Brytyjski zespół Depeche Mode (tak, to ci goście z tytułowego zdjęcia) wydał wtedy swój jedenasty studyjny album „Playing the Angel”. Całkowitym przypadkiem usłyszałem pierwszych 30 sekund utworu „Precious”. To wystarczyło, by moja przygoda z muzyką zaczęła się na dobre.

Just Can’t Get Enough

Od tych wydarzeń (z roku 2005) minęło już dziesięć lat, a ja ciągle nie mam dość ani Depeche Mode, ani muzyki samej w sobie. Co więcej, miłość do tego zespołu – mimo upływu czasu – wcale nie osłabła. Chociaż zapalonym depeszowcem nie jestem, też mogę się pochwalić drobną kolekcją, w skład której wchodzą:

  • album „Delta Machine” (rok 2013, wersja Deluxe Edition);
  • singiel „Heaven” z powyższego;
  • koszulka;
  • kubek, który dostałem w prezencie od żony (widnieje na nim okładka mojego ulubionego albumu: „Songs of Faith and Devotion” z 1993 roku).

Przy okazji taka ciekawostka: dlaczego przez pewien czas nosiłem baki i chodziłem w czarnej, skórzanej kurtce? Wystarczającą odpowiedzią niech będą oczywiście dwa słowa: Depeche Mode.

Co jakiś czas – rzecz jasna – zmienia się to, czego słucham. Ciągle jednak oscyluje to w granicach muzyki rockowej. Nirvana, Foo Fighters, Red Hot Chili Peppers, AC/DC, Radiohead, Pidżama Porno, Coma, Farben Lehre, Kabanos (polecam zwłaszcza „Klocki”), Myslovitz (w składzie z Arturem Rojkiem, ale tego chyba nie muszę dodawać)… Czasami dojdzie do tego trochę trance’u (idealny do słuchania w czasie programowania i sprzątania – bo nie rozprasza), chillout’u albo lounge’u.

W pewnym momencie (czyli po przeczytaniu „Maszyny różnicowej” autorstwa W. Gibsona i B. Sterlinga) przeżyłem też poważną fascynację steampunkiem. Słuchałem więc namiętnie amerykańskiego zespołu Abney Park. Swoją drogą – mają rewelacyjne kawałki, np. „Airship Pirate”. I ten genialny refren w tym właśnie utworze: „With a crew of drunken pilots / We’re the only airship pirates / We’re full of hot air and we’re starting to rise / We’re the terror of the skies, but a danger to ourselves now”.

Albo miłość do reprezentantów Mysłowickiej Sceny Niezależnej: Delons, Negatyw, Generał Stilwell, Penny Lane, Gutierez. Ach, wspomnienia…

I oczywiście cudowny Scatman John. Ale mogę go słuchać tylko wtedy, gdy jestem w domu sam. Żona go nie cierpi i tego nie ukrywa: „Wyłącz to!!!”…

Soothe My Soul

No cóż, wciąż szukam czegoś nowego. Czegoś, co znowu mnie zauroczy i zawładnie moim muzycznym sercem. Dobra muzyka jest bowiem takim pięknym ukojeniem, zarówno tłem, jak i treścią życia… Chlip, chlip, będę płakał…

Goodnight Lovers

Dość, wystarczy już tych uzewnętrznień i bełkotliwych pseudopoezji.

Niech ten tekst – moja muzyczna i życiowa historia – będzie odpowiednim wstępem do dalszych artykułów i rozważań na temat szeroko rozumianej sztuki. W tej bowiem dziedzinie mam jeszcze całkiem sporo do przekazania.

***

Jak wam się podoba taka wersja pierwszego artykułu na moim blogu, swoistego „Hello, World!”? Nie chciałem was zanudzać tekstem typu: „Nazywam się tak i tak, mam lat tyle a tyle, lubię to i to, a będę pisał o tym i o tym, więc zapraszam. Miłej lektury”. Bleee… Tego typu formułkę znajdziecie po kliknięciu przycisku menu. Jeśli jeszcze tego nie odkryliście, jest to ten guziczek u góry po prawej – tak, tak, te trzy poziome kreseczki w kwadraciku.

***

Zdjęcie tytułowe pochodzi z oficjalnej strony zespołu Depeche Mode: depechemode.com. Mam nadzieję, że chłopaki się nie pogniewają, że użyłem go na moim blogu.

Natomiast w charakterze tytułu tego artykułu oraz śródtytułów wykorzystałem oczywiście nazwy utworów tejże właśnie basildońskiej grupy.