Czytając z kundelkiem w dłoni

Czytając z kundelkiem w dłoni

Z głośników płyną dźwięki kolejnych utworów pochodzących z albumu „Once More with Feeling” zespołu Placebo… W kuflu skrzy się „ciemny, gęsty, konkretnie dymiony Koźlak w stylu bamberskim”, czyli wędzone piwo „jak w dym” od browaru PINTA… A przede mną ekran z pustym miejscem, które zaraz przyjdzie mi zapełnić znakami kolejnego artykułu – już piętnastego na moim blogu…

Od opublikowania moich poprzednich wypocin – Czy zachowałbym się tak jak Kurt? – mijają już dwa tygodnie. Najwyższy więc czas, by przedstawić wam coś nowego. Dzisiaj jest to artykuł, który obiecałem wam już jakiś czas temu – w zakończeniu tekstu „Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty” z 11 września 2015 roku.

A więc oto i on: zapowiedziany artykuł o e-bookach i czytnikach.

Czytnik w życiu codziennym

Na początku roku 2015 postanowiłem sobie, że nabędę czytnik e-booków. Mój cel zrealizowałem w sumie bardzo szybko – po (chyba nawet niecałych) dwóch miesiącach trzymałem już w rękach urządzenie Amazon Kindle (w sprowadzeniu go ze Stanów Zjednoczonych pomógł mi mój znajomy. Zapytacie: „a nie łatwiej było po prostu pójść do sklepu w Polsce, tylko go tak przez ocean ciągnąć?” Może i było łatwiej, ale ściągnięcie go ze Stanów wyszło zdecydowanie taniej…).

Z moim „kundelkiem” zaprzyjaźniłem się bardzo szybko. A kiedy z niego korzystam? Najczęściej robię to w autobusie – jadąc do pracy lub z niej wracając. Myślę, że to najlepsze wykorzystanie tych spędzonych w podróży czterdziestu minut. Ponieważ mój czytnik nie ma podświetlanego (albo nadświetlanego) ekranu, czytam tylko wtedy, gdy jest widno: zimą jest to albo jadąc na drugą zmianę, albo wracając ze zmiany pierwszej. Latem – gdy dzień jest dłuższy – dojdzie jeszcze czytanie rano, czyli przed godziną szóstą. Czytanie po nocce nie wchodzi w grę: zasypiam tuż za bramą zakładu i budzę się w momencie, gdy trzeba już wysiadać…

Zdarza mi się też zabierać czytnik ze sobą wtedy, gdy wiem, że będę musiał gdzieś dłużej poczekać. Czyli na przykład udając się do urzędu lub przychodni.

Plusy i minusy?

Ponieważ korzystam z niego już prawie rok, śmiało mogę dokonać konkretnej, popartej doświadczeniem oceny. Pierwotnie planowałem wypisać w formie listy kilka zalet czytników, a potem dla równowagi i sprawiedliwości wymienić (w takiej samej formie) kilka ich wad. Ale zmieniłem ten zamiar: postanowiłem informacje te przedstawić trochę inaczej. Zafunduję wam po prostu rozbudowany opis kilku rzeczy i spraw, na które najbardziej zwróciłem uwagę.

Poręczność

To chyba największa zaleta czytników sześciocalowych, czyli takich jak ten, który posiadam ja (na rynku dostępne są też większe modele – mające na przykład osiem lub dziesięć cali). Jak przed chwilą wspomniałem, czytam głównie w autobusie. Na moim Kindlu przeczytałem całą „Trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego. Ciężko byłoby mi za każdym razem taszczyć gruby tom. Tymczasem czytnik, mający niewielkie wymiary – mniej więcej 17 na 12 cm (z etui ciut więcej) – jest bardzo poręczny. Bez problemu mogę więc spakować go do torby między bułki a czyste skarpetki. I mieści o wiele więcej, niż jeden tom książki (o tym poniżej).

Pojemność

Jak byście zareagowali, gdybyście się dowiedzieli, że wasz sprzęt elektroniczny ma 4 GB pojemności? Gdyby chodziło tu o tablet albo o smartfona, wasza negatywna lub wykpiwająca reakcja byłaby całkiem normalna: kilka aplikacji, trochę zdjęć i miejsca już brak. Natomiast w wypadku czytnika 4 GB (czasem 2 GB + możliwość „wtyknięcia” karty pamięci) to mnóstwo miejsca: nawet opasłe tomy – czyli także i wspomniana „Trylogia husycka” – zajmują bowiem zaledwie po kilka megabajtów.

To rewelacyjna wiadomość dla wszystkich bibliofilów wyjeżdżających na wakacje lub w jakąś inną podróż, na przykład służbową. Po co zrywać kręgosłup dźwigając kilogramy papieru, skoro można schować – nawet i do kieszeni – urządzenie ważące nieco ponad 200 gramów…

Gdzie „to coś”?!

Tutaj mogą zaprotestować osoby, które wolą tradycyjne książki ze względu na „to coś”. Ci, którzy uwielbiają upajać się zapachem papieru (a może kleju? To niewybredny żart oczywiście…) i wyczuwać go pod palcami, w przypadku czytnika srodze się zawiodą. Plastik bowiem ani trochę nie pachnie tak jak „spilśniona na sicie masa włóknista pochodzenia organicznego o gramaturze od 28 do 200 g/m²” (ten jakże mądrze wyglądający tekst pochodzi z Wikipedii).

Akurat te „braki” mnie osobiście nie przeszkadzają. Chociaż jest jednak coś, co w tej kwestii także i w moim odczuciu bardziej przemawia za papierową wersją: zgromadzona w biblioteczce spora kolekcja pięknie oprawionych i zadbanych książek wygląda naprawdę majestatycznie (tak, to właściwe słowo określające ten cudowny widok).

Podkreślanie i zaznaczanie

Mówię otwarcie: nie przepadam za pisaniem po książkach. Nie mogę też znieść zagiętych rogów i poplamionych stronic. Dlatego czytając „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza (prezent od żony), założyłem sobie zeszyt, do którego przepisywałem ciekawe i interesujące mnie fragmenty. Mało wygodne, prawda? Tymczasem w czytniku nie mam z tym najmniejszego problemu: zaznaczam taki interesujący mnie tekst po prostu przejeżdżając po nim palcem. Chcę później do niego wrócić? Ależ proszę bardzo – wszystko odbywa się sprawnie i komfortowo (pod warunkiem posiadania czytnika z ekranem dotykowym. Troszkę ciężej wygląda zaznaczanie – i ogólnie samo korzystanie – w przypadku modelu posiadającego fizyczną klawiaturę). Z tego udogodnienia skorzystałem pisząc dla was artykuł Trylogia husycka – cytaty wybrane.

Nie rozprasza

Ktoś z was może powiedzieć: „ale po co wydawać pieniądze na czytnik, skoro w tej samej cenie można kupić już jakiś tablet – urządzenie posiadające o wiele więcej funkcji i możliwości?”. No niby racja. Ale właśnie dzięki temu, że czytnik umożliwia tylko czytanie książek, po prostu nie ma jak się rozproszyć! Nie kuszą ani wyskakujące powiadomienia z twarzoksiążki, ani przychodzące e-maile czy wiadomości. Korzystanie z czytnika to obcowanie tylko pomiędzy czytelnikiem a tekstem – tak jak przy wersji tradycyjnej. No dobra, na moim Kindlu jest jeszcze zainstalowana przeglądarka internetowa. Ale jest ona na tyle prymitywna, że korzystanie za jej pośrednictwem z Internetu nie jest wygodne. Zresztą jaki sens ma oglądanie śmiesznych zdjęć kotów w kilku odcieniach szarości…

Bateria

Smartfony i tablety stały się już nieodłączną częścią naszego życia. Równie istotne znaczenie mają jednak… ładowarki. Mnogość możliwości i stopień korzystania ze współczesnych urządzeń sprawiają, że trzeba je ładować w zasadzie codziennie. Nic dziwnego, że niektórzy z nas z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy telefon (swoją wielkością i ciężarem przypominający cegłę lub bloczek Ytong) ładowało się raz na dwa tygodnie…

Także i przy korzystaniu z czytnika nie obejdzie się bez ładowarki. Ale ponieważ w ich wyświetlaczach zastosowana jest zupełnie inna technologia – E Ink – energia pobierana jest tylko podczas samej zmiany strony (wyświetlanego obrazu). Co ile więc „karmię” mojego „kundelka”? Mniej więcej raz na dwa tygodnie.

Gdzie jest najbliższa księgarnia? Czyli słów kilka o dostępności e-booków

Chcesz poczytać książkę? Idziesz do księgarni lub antykwariatu i kupujesz. Albo wchodzisz na stronę internetową i zamawiasz. Nie chcesz wydawać pieniędzy? Udajesz się do biblioteki bądź nabywasz ją za pośrednictwem bookcrossingu.

A jeśli chcesz pozyskać e-booki na swój czytnik? Korzystasz z internetowego sklepu oferującego takowe pozycje lub za darmo pobierasz je z odpowiedniej strony (mam tu na myśli oczywiście legalne serwisy, takie jak na przykład Wolne Lektury, a nie torrenty…).

Podsumowanie

W tym momencie jest to już chyba wszystko, co przyszło mi do głowy na temat czytników. Jeśli jeszcze coś kiedyś mi się przypomni, to – kto wie – może powstanie jakiś sequel tego artykułu.

Tymczasem jeszcze tylko sprawdzę ten tekst od początku do końca, ustawię odpowiednie kategorie, właściwie otaguję, dodam jakieś zdjęcie tytułowe, opublikuję, link wrzucę na twarzoksiążkę, trochę się ogarnę, przebiorę w piżamkę, umyję ząbki i pójdę spać. Tym bardziej, że za oknem już ciemno, piwo dawno mi się skończyło, a płyta Placebo leci już trzeci albo czwarty raz…

***

Placebo – rockowo-alternatywny zespół muzyczny założony w 1994 roku w Londynie.

„Once More with Feeling – Singles 1996-2004” – kompilacja zawierająca najważniejsze single zespołu Placebo, wydana 25 października 2004 roku.

***

„jak w dym” – ciekawy w smaku dymiony Koźlak od browaru PINTA. Ekstrakt: 16,5% wag.; IBU (goryczka): 28; Alkohol: 6,9% obj.

***

Słodki ten piesek na zdjęciu tytułowym, prawda? Foto – przyznaję się – gwizdnąłem z jakiejś strony z tapetami…

„Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty”

Prolog

Przyznaję: od pojawienia się pomysłu do powstania tego artykułu w takiej właśnie formie minęło troszkę czasu (prawie dwa tygodnie. Ale opłacało się). Powstało kilka(naście) jego wersji, w tym jedna na papierze. Pisałem też „w locie”, idąc do sklepu z piwami regionalnymi. Podróż ta przyniosła dwa wnioski, którymi chciałbym się tu tak przy okazji podzielić:

  • Pisanie w telefonie to droga przez mękę. Aplikacja zacinała się tak bardzo, że przez niemal cały czas wyzywałem sobie cichutko pod nosem.
  • Choć w okolicy tej mieszkam już ponad rok, to po raz pierwszy wybrałem się do tego sklepu na piechotę. Okazało się, że droga tam i z powrotem wynosi 1100 metrów. A razem z dokonaniem zakupów i rozmową na temat piwa z najwyższym IBU, jakie znajduje się obecnie na stanie, zajęła mi raptem piętnaście minut. Co kupiłem? Ciemnego, owsianego Kormorana za 4,50 zł. Pychotka…

Ok, rozpisałem się. Wracam więc do tematu książek i czytania. Ale mam też nadzieję, że rozbudziłem wasze apetyty na temat o piwach regionalnych. A taki też na pewno się pojawi. Zdziwieni? Przecież wśród alkoholi również trafiają się dzieła sztuki…

Treść właściwa

Stwierdzeniem stanowiącym tytuł tego artykułu zaczyna się pełen sarkazmu i ironii utwór „I can’t get no gratisfaction” zespołu Strachy na Lachy. A wy? Zgadzacie się z takim właśnie poglądem?

W sumie nie trudno jest go zrozumieć. W większości przypadków ceny tego typu rzeczy są naprawdę wysokie. Nic więc dziwnego, że nie każdy z nas może sobie pozwolić na kupowanie nowych książek, komiksów, płyt, biletów na koncerty, do kin czy teatrów. A szkoda, gdyż odpowiednio dobrane tego typu treści potrafią nas w znaczący sposób rozwinąć.

Garść numer 1

Co więc możemy począć w sytuacji, gdy nie stać nas na kulturę? Oto kilka rozwiązań (Uwaga! Wszystkie podane w tym artykule dotyczą książek):

  • Siadamy i rzewnie płaczemy nad swoim losem.
  • Krytykujemy rząd i pracodawców za niskie pensje.
  • Krytykujemy artystów, ich managerów/menadżerów/menedżerów (jak jest poprawnie?) oraz wydawców za „ceny z kosmosu”.

Podobają się wam takie rozwiązania? Mnie średnio… W żaden sposób nie poprawiają bowiem naszej sytuacji: jak nie było nas stać, tak nie stać nas nadal. Przynoszą tylko nerwy i stres.

Garść numer 2

Druga garść pomysłów i rozwiązań? Proszę bardzo:

  • Robimy zakupy w składzie taniej książki. W takim właśnie miejscu w Częstochowie kupiłem kiedyś „Erystykę, czyli sztukę prowadzenia sporów” Artura Schopenhauera za 4 (słownie: cztery) złote, a „Krotochwile i maksymy imć pana Zagłoby” za 50 (słownie: pięćdziesiąt) groszy! Jeszcze ich nie przeczytałem… Wstyd, wstyd, wstyd!
  • Idziemy po książkę do wypożyczalni lub czytelni.
  • Przez kilka dni pod rząd odwiedzamy najbliższy Empik i czytamy na sofie.

Już lepiej? A jest jeszcze jedno rozwiązanie.

Zawierająca jedną rzecz garść numer 3

  • Bookcrossing.

Cóż to takiego?

Przeczytaliście jakąś książkę? Uważacie, że warto byłoby się nią podzielić z innymi? No więc zostawiacie ją w jakimś miejscu publicznym. Może to być na przykład ławka w parku, budka telefoniczna, parapet w przychodni, siedzenie w autobusie, kanapa w kawiarni… I to jest właśnie bookcrossing.

A żeby ktoś jej nie potraktował jako zguby lub śmiecia, warto umieścić w niej odpowiednią informację. Chociażby taką (ta akurat pochodzi ze strony prowadzonej przez polskich bookcrosserów – bookcrossing.pl):

NIE jestem książką ZAGUBIONĄ!
Jestem książką znalezioną przez Ciebie.
I jestem ZA DARMO.

Jeśli lubisz czytać, weź mnie do domu,
przeczytaj, a następnie przekaż dalej.

W niektórych miastach takie „uwalnianie” książek jest nawet bardziej zorganizowane: ustawiane są specjalne półki/regały, gdzie można pozostawić przeczytaną publikację i przygarnąć kolejną.

Przyznacie, że pomysł w swojej prostocie jest wręcz genialny? Zamiast odkładać książkę na półkę (żeby się kurzyła), przekazuję ją komuś innemu. A co tam! Niech kurzy się u kogoś innego… tfu! Miałem na myśli: niech niesie kaganek oświaty dalej!

Plan działania

Przygotowałem dla was (i dla mnie też) plan działania:

  • Podejdźcie do regału z książkami.
  • Wybierzcie jedną publikację.
  • Jeśli jej nie przeczytaliście, to ją wreszcie przeczytajcie!!! (Tak jak ja „Erystykę”. Może wreszcie nauczę się, jak właściwie się z kimś spierać).
  • Wydrukujcie karteczkę ze stosowną treścią i umieśćcie ją w środku. W razie braku drukarki lub tuszu w takowej, napiszcie notatkę ręcznie, ale czytelnie i starannie.
  • Idźcie do parku / przejedźcie się autobusem / zadzwońcie z budki telefonicznej / odszukajcie w swoim mieście specjalny regał.
  • Zostawcie tam książkę.
  • Jeśli skorzystaliście ze specjalnego regału, weźcie sobie jakąś pozostawioną tam przez kogoś innego.
  • Wróćcie do domu lub idźcie w jakieś ulubione miejsce i czytajcie, czytajcie, czytajcie!
  • Powróćcie do punktu pierwszego i wykonajcie plan punkt po punkcie po raz kolejny…

To co? Podejmiecie wyzwanie i zostaniecie bookcrosserami?

Epilog

W niniejszym tekście świadomie pominąłem książki elektroniczne, tzw. ebooki, dostępne chociażby w formatach pdf, epub czy mobi, które można czytać na komputerze, w telefonie (albo smartfonie – ach, tak nowocześnie to brzmi…), na tablecie lub czytniku. W Internecie istnieje mnóstwo stron, np. Wolne Lektury, z których można pobrać tysiące darmowych publikacji tego typu. Na ten właśnie temat – ebooków – powstanie osobny artykuł.

***

Zdjęcie tytułowe (wybaczcie średnią jakość) przedstawia fragment z „Iteracji Piątej” książki „Maszyna Różnicowa” autorstwa W. Gibsona i B. Sterlinga.

Tak, przeczytałem ją. Nie, nie zostawię jej ani w autobusie, ani na ławce w parku. Tak, możecie przeczytać ją u mnie w domu (na sofie jak w Empiku). Nie, nie pożyczę jej, bo później zapomnicie i nie oddacie.