Lana

Drugi dzień z rzędu płynie mi leniwie w towarzystwie Lany…

Spokojnie, nie dzieje się nic złego, nie musicie powiadamiać mojej żony. Ona zresztą dobrze o wszystkim wie i nie ma nic przeciwko.

Uspokoję was po raz drugi: nie, nie jesteśmy patologiczną rodziną. No bo przecież cóż może być złego w słuchaniu muzyki? Tak, tak, wspomnianą Laną jest oczywiście Lana Del Rey.

A któż to jest ta Lana?

Lana Del Rey, a właściwie Elizabeth Woolridge Grant, urodziła się 30 lat temu w Nowym Jorku. Jest autorką tekstów, modelką, ale też przede wszystkim wokalistką. Jeśli wierzyć Wikipedii, style muzyczne, w których się obraca, to indie pop, alternatywny pop/rock, chamber pop i sadcore.

To oczywiście gwoli formalności i ścisłości, bo wydaje mi się niemożliwe, żebyście nigdy jej ani o niej nie słyszeli. No chyba że mieszkacie na jakiejś odludnej wyspie lub w dżungli i nie macie kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale wtedy nie macie też raczej dostępu do Internetu. Czyli nie możecie przeczytać też tego artykułu… OK, ten akapit robi się bezsensowny, więc zacznę go jeszcze raz.

To oczywiście gwoli formalności i ścisłości, bo wydaje mi się niemożliwe, żebyście nigdy jej ani o niej nie słyszeli. Jeśli tylko słuchacie radia, to na pewno się na nią (już nie jeden raz) natknęliście. „Video Games”, „Summertime Sadness”, „Born to Die”, „Blue Jeans”… Grają to w radiu. Więc na sto procent słyszeliście, tylko może po prostu nie kojarzycie. (Choć i tak wydaje mi się to niemożliwe).

Pierwsze spotkanie

Jeśli pamięć mnie nie myli, pierwszy raz z Laną spotkałem się na początku roku 2012. Usłyszałem wtedy refren wymienionego przed chwilą utworu „Video Games”.

Czy mnie zauroczył, zainteresował? Spodobał mi się czy nie? A może przeszedłem obok niego obojętnie? To było prawie cztery lata temu. Mam prawo nie pamiętać…

Kolejne spotkania

Jakoś tak się stało, że w którymś momencie do mojego telefonu trafiły dwa albumy Lany: „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” z 2010 roku i „Born to Die” z roku 2012.

Raz częściej, raz rzadziej, ale jednak zawsze do nich wracałem. Z tego pierwszego albumu moją szczególną sympatię zyskał pozytywnie mi się kojarzący utwór „Queen of the Gas Station”, natomiast z drugiego podniosły „National Anthem” oraz pełen miłości i tęsknoty „Lucky Ones”.

Tu i teraz

A jak sytuacja wygląda w tym momencie? Tak jak rozpocząłem ten artykuł: „Drugi dzień z rzędu płynie mi leniwie w towarzystwie Lany…”.

Wczoraj i dzisiaj, niemal przez cały czas, z głośników dobiega jej głos. Tylko przez chwilę zmieniliśmy z moją Martą repertuar na The Cure. Bo tak przy okazji: 20 PAŹDZIERNIKA 2016 ROKU GRAJĄ W ŁÓDZKIEJ ATLAS ARENIE!!! TRZEBA JECHAĆ KONIECZNIE – TEGO NIE MOŻNA PRZEGAPIĆ!!! AAA!!! Tym bardziej, że – jak stwierdził jeden z kumpli – Robert Smith (wokalista) może długo już nie pożyć… To co, też jedziecie? Tylko jak przez was braknie nam biletów, to inaczej sobie porozmawiamy…

Wracając do Lany. Jak już zacząłem: Wczoraj i dzisiaj, niemal przez cały czas, z głośników dobiega jej głos. Przewijają się oczywiście utwory ze wspomnianych już albumów. Ale nadrabiam też zaległości. W 2014 roku wokalistka wydała bowiem album „Ultraviolence”, a we wrześniu roku obecnego (czyli 2015 – uprzejmie przypominam, jeśli zapomnieliście) „Honeymoon”.

Tym razem moje szczególne uznanie zyskały utwory „West Coast” i „High by the Beach” (odpowiednio z pierwszego i drugiego nadrabianego albumu).

Dlaczego Lana?

Dobrze mi się słucha Lany. Odpowiada mi jej głos i styl śpiewania. Jest w nim coś hipnotyzującego, urzekającego, uspokajającego, ale momentami też zadziornego. Jakaś nostalgia, głęboka tęsknota za czymś, czego nie potrafię ani określić, ani nazwać. Mnóstwo w nim również innych odczuć: miłości, oddania, pożądania, ale też i bólu.

Czuję, że idealnie pasuje on do mojego aktualnego nastroju. Tak bardzo mu odpowiada, że ani nie wprawia mnie w lepszy humor, ani mnie nie dołuje. Po prostu utrzymuje go w obecnym stanie. Tak więc myślę, że czeka mnie jeszcze parę dni z Laną, dopóki nastrój „samoistnie” lub za jakąś inną przyczyną nie ulegnie zmianie.

Perspektywy na przyszłość

A potem? Potem przy różnych okazjach znów będę do niej wracał. Czasami na krócej, czasami na dłużej. Bo o Lanie nie da się tak łatwo i szybko zapomnieć.

A wy?

Mam nadzieję, że wasze zdanie na temat zarówno Lany, jak i jej muzyki jest takie samo jak moje lub podobne. A jeśli nie jest ono jeszcze sprecyzowane, to dajcie jej szansę i również spędźcie z nią trochę czasu.

***

W nazwie albumu „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” nie popełniłem literówki. Trzecia część pseudonimu artystki rzeczywiście brzmiała z początku „Ray”, a nie „Rey”. Przyznajcie się: zauważyliście to w ogóle, gdy czytaliście artykuł?

Reklamy