Z Chińskiej Demokracji została mi tylko miłość

Chińska Demokracja

Jeśli zaintrygował was tytuł tego artykułu lub wydał wam się on absurdalny, to bardzo dobrze. Takie było moje zamierzenie – zaciekawić was już od samego początku. I tu powinien pojawić się emotikon średnik + nawias. Że niby do was mrugam oczkiem. Ale ponieważ prowadzę mój blog na poważnie, żadnych emotikonów tu nie będzie. Zresztą ja zawsze jestem poważny. Spójrzcie tylko na moje zdjęcie po prawej stronie…

OK, dopiero początek artykułu, a ja już zbaczam z tematu. No cóż, tak po prostu mam. Wybaczcie.

Nim jednak przejdę do sedna tego artykułu, potrzebne wam będzie…

… najpierw trochę historii

Dawno, dawno temu, to znaczy w III, IV i V wieku naszej ery, po zakończeniu walk w Okresie Trzech Królestw, Chinami rządziła dynastia Jin.

Ale przecież to już wiecie. Dlatego przyda wam się…

… historia trochę późniejsza

Nie tak dawno temu, to znaczy w roku 1985, czyli gdy mnie na świecie jeszcze nie było (ani w wersji prenatalnej, ani poprenatalnej – to słowo wymyśliłem…), już od 23 lat hasał sobie po świecie pewien gość. Na imię mu było William Bruce Bailey Jr. Nie kojarzycie? To może rozpoznacie po pseudonimie: Axl Rose. Teraz już wiecie? To super.

W tymże właśnie roku 1985 razem z kilkoma kumplami założył zespół znany jako Guns N’ Roses.

Po kilku przetasowaniach w składzie, grupa wyruszyła w niezorganizowaną trasę koncertową. Szybko zaczęła zdobywać popularność, a jej pierwszy album „Appetite for Destruction” z 1987 roku (zawierający takie utwory jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine” czy „Paradise City”), sprzedał się – jak do tej pory – w nakładzie 28 milionów egzemplarzy na całym świecie. Tym samym jest najlepiej sprzedającym się debiutanckim album w historii muzyki.

Co więcej: Guns N’ Roses – występując jako support – zaczęli wręcz przyćmiewać występy swoich bardziej znanych kolegów, sami wyrastając na uwielbianych idoli.

W międzyczasie nie obyło się – jak to często bywa w muzyce rockowej – bez skandali. A to w listopadzie 1987 roku podczas koncertu w Atlancie Axl pobił ochroniarza i został za sceną aresztowany przez policję… Innym znów razem – to znaczy w sierpniu 1988 na angielskim festiwalu Monsters of Rock – dwóch fanów poniosło śmierć w pogo… A po wydaniu w listopadzie roku 1988 albumu „G N’ R Lies” zespół oskarżono o szerzenie homofobii i rasizmu (wszystkiemu winna treść utworu „One in a Million”)…

A potem nadszedł rok 1991. Przyniósł on dwa kultowe albumy: „Use Your Illusion I” i „Use Your Illusion II”. Wydano je tego samego dnia, czyli 17 sierpnia. Łącznie zawierają one 30 utworów, w tym takie klasyki jak: „November Rain” (sam teledysk do utworu kosztował ponad 1,5 miliona dolarów), „Don’t Cry”, „Estranged” oraz „Knockin’ on Heaven’s Door” (cover utworu Boba Dylana).

Dwa lata później, czyli w roku 1993, Pistolety i Róże wydały swój kolejny album: „The Spaghetti Incident?”. Znajduje się na nim 12 (a z ukrytym utworem – 13) coverów piosenek innych wykonawców, w tym między innymi zespołów Nazareth, The Misfits oraz T.Rex.

Pistolety się zacięły, a róże straciły kolce i zwiędły

A potem? Długo, długo nic. Dla fanów nastało ciężkich piętnaście lat bez żadnej nowości. Ale jak tu tworzyć nowy materiał, gdy skład się ciągle zmieniał? A to ktoś odszedł z grupy sam, a to kogoś usunięto, a to ktoś przybył z nową wizją i sposobem grania… W 2004 roku wytwórnia płytowa, z którą związany jest zespół, wydała tylko album „Greatest Hits” (tak przy okazji: krążek pokrył się potrójną platyną), chociaż trochę ocierając łzy kapiące z oczu fanów.

I tylko Axl niestrudzenie zapowiadał, że w Chinach wreszcie zapanuje demokracja…

No i chińska demokracja stała się faktem

I wreszcie! Rok 2008. Miesiąc listopad. Nagrywany w trudach i przez wiele lat (od 1994 do 2007 roku) szósty album amerykańskiej grupy hardrockowej Guns N’ Roses stał się rzeczywistością. Na światło dzienne i ku uciesze uszu fanów wypuszczona została płyta „Chinese Democracy”.

Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jednym album się spodobał, a innym nie. (Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryłem…)

Moja ocena chińskiej demokracji

A ja? No cóż. Słyszałem oczywiście o opóźnieniach związanych z wydaniem tego albumu. Czytałem, że wiele osób kpi sobie z Axla i tej niemocy. Ale gdy w końcu album wydano, musiało minąć siedem lat (!!!), żebym go wysłuchał. Nie ukrywam: Guns N’ Roses to nie Depeche Mode, żebym na złamanie karku pobiegł do sklepu w dniu premiery, by zakupić świeżutki, jeszcze cieplutki album…

I jak z tymi wrażeniami?

Po jednokrotnym wysłuchaniu utworów tak od A do Z (to znaczy od pierwszego do ostatniego, a nie w kolejności alfabetycznej) stwierdzam, co następuje: w tym momencie nie kojarzę z tego albumu żadnego utworu oprócz jednego. Zgodnie z tytułem niniejszego artykułu pozostała mi tylko miłość, czyli trzynasty kawałek z płyty: „This I Love”.

„This I Love”

Adresatką tego utworu jest najprawdopodobniej Erin Everly, czyli była żona wokalisty. Jak podają niektóre źródła, zostawiła ona Rose’a dla bogatego biznesmena. Nie mam jednak zamiaru oceniać tutaj postępowania żadnego z nich – ani Axla, ani Erin. Bo po prostu tego nie da się obiektywnie zrobić. Pisząc ten artykuł zapoznałem się bowiem z wieloma materiałami i po tym mogę stwierdzić tylko jedno: zarówno Axl, jak i jego życie, są zakręcone jak słoiki na zimę (ha! ha! ha!) lub – jak kto woli – zakręcone jak chińskie dzień dobry (a w tytule chińska demokracja. Kapujecie to powiązanie?), szalone, pokręcone i egoistyczne. I nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe… (Wybaczcie po raz drugi – blog miał być apolityczny). To znaczy chciałem po prostu napisać, że w życiu Pana Axla działo się wiele rzeczy, których ocena wcale nie jest taka prosta i oczywista.

Coś mi się wydaje, że powyższy akapit troszkę zamotałem. Nie? Ale dla pewności – zgodnie ze znaną już moją praktyką – zacznę go jeszcze raz.

Adresatką tego utworu jest najprawdopodobniej Erin Everly, czyli była żona wokalisty. Była („ex”), bo delikatnie mówiąc, w ich wspólnym życiu bywało różnie. Bardzo różnie…

Po kilku latach spotykania się z Erin, Axl się jej oświadczył. Oczywiście się zgodziła. Oczywiście, bo jak tu powiedzieć „nie” chłopakowi, który z bronią w ręku grozi, że w razie odmowy popełni samobójstwo… Po szybkim ślubie (ach, urok Las Vegas) też wcale nie było różowo (jak na przykład w bajce albo na koniec południowoamerykańskiej telenoweli): pozwy o rozwód, pobicia, poronienie… Ale czy to wszystko to wina Axla? Wspomniane czarne zapewne nie jest do końca czarne, a białe nie jest takie białe… Jak to zwykle bywa, wina pewnie leży po obu stronach. Ale mnie tam nie było, kończę więc te wywody, zanim zapędzę się za daleko.

Hmm, ten akapit też coś jakiś taki pogmatwany… Nieważne, piszę dalej.

Jedno jest pewne: utwór „This I Love” Axlowi się udał. To przepiękna ballada pełna bólu, cierpienia i straconej miłości. Przy każdym jej słuchaniu – czy tym pierwszym, czy którymś z rzędu – zawsze czuję w środku jakieś ukłucie.

I ten głos Axla, gdy śpiewa:

So if she’s somewhere near me
I hope to God she hears me
There’s no one else
Could ever make me feel
I’m so alive
I hoped she’d never leave me
Please God you must believe me
I’ve searched the universe
And found myself
Within’ her eyes

Życie państwa Rose potoczyło się tak, a nie inaczej. Ale cóż: ta miłość gdzieś w sercu Axla pozostała. Dobrze, że jej nie stłumił. Dobrze, chociażby dla nas, bo teraz możemy delektować uszy tym cudownym utworem.

I na koniec jeszcze jedno: czyżby Axl żałował swoich błędów, jakie popełnił w związku z Erin? Przynajmniej ja właśnie tak odbieram słowa kończące ten utwór:

And now it seems that I
Gave up my ghost of pride
I’ll never say goodbye

Ostatnie wnioski po spotkaniu z chińską demokracją

Panie Axl – chociaż i tak pewnie tego nie przeczytasz – to do pana (ale wy nie czujcie się skrępowani. To list otwarty, więc też śmiało możecie się z nim zapoznać):

Piszę po imieniu i bez ogródek – mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe – ale szczerość to podstawa. Nie znam wszystkich twoich utworów. Jedynymi płytami, które w całości przesłuchałem od początku do końca są „Appetite for Destruction” (słuchałem dopiero w czasie pisania tego artykułu) i „Chinese Democracy”. Nie ze wszystkimi twoimi piosenkami się zgadzam, nie we wszystkich podobają mi się słowa. Ale ten jeden utwór – „This I Love” – chociaż jego powstanie wiąże się dla ciebie z wieloma bolesnymi przeżyciami i wspomnieniami, już na zawsze pozostanie w moim umyśle. Będę do niego wracał, bo dla mnie jest po prostu genialny. Życzę też, by nigdy nie brakło ci weny. I żeby fani nie musieli czekać na następny album kolejnych piętnastu lat. A od urzeczywistnienia chińskiej demokracji minęło już siedem… Pisz więc, pisz. Twórz i komponuj. I niech świat jeszcze nie jeden raz usłyszy muzykę Guns N’ Roses.

Pozdrawiam,
poSZTUKOwany

***

Żeby wam nie było smutno, was też pozdrawiam. Strzała. I do następnego artykułu.

Reklamy