Co cię powstrzymuje przed rozpoczęciem…?

Stary rower

Hej, ty! Tak, mówię właśnie do ciebie!

Pamiętasz, że masz/miałeś/miałaś zacząć ćwiczyć? Biegać? Jeździć na rowerze? Zrzucić pięć kilo, żeby zmieścić tyłek w te fajne kąpielówki? Rozpocząć pisanie książki? Wywołać zdjęcia z ostatniej wycieczki? Kupić przez internet ceramiczny domek zapachowy w kształcie dłoni? Zalegalizować gaśnicę w samochodzie? Zadzwonić do babci ot tak, że niby nie tylko w celach zdobycia funduszy? Zacząć uczyć się hiszpańskiego? Nagrać pierwszy odcinek vloga o motywacji?

Aha, mówisz, że coś cię powstrzymuje/powstrzymało… A co? Źle się czułeś… Nie masz siły po ośmiu godzinach w pracy… Zapomniałeś… Nie chciało ci się… Nie masz motywacji… Zaczniesz od najbliższego poniedziałku, miesiąca, nowego roku… (O kwestii finansowej nawet nie wspominaj. To temat na zupełnie inny artykuł).

Hmm… Szukasz usprawiedliwienia/wytłumaczenia/zrozumienia? Tutaj go nie znajdziesz.

Jeśli masz 4 minuty i 16 sekund wolnego czasu (po prostu wyłącz już tego facebooka), obejrzyj poniższy klip. A potem jeszcze raz odpowiedz mi na pytanie, co cię powstrzymuje/powstrzymało przed rozpoczęciem XXX (wstaw dowolną rzecz).

To mówisz, że co jest tą przeszkodą nie do pokonania? Powtórz, bo nie usłyszałem.

Reklamy

Bluzgać (nie) każdy może

brzydkie słowa

Stare dobre czasy?

palenie młodych

Osoby mające już trochę więcej lat opowiadają, że kiedyś było to wręcz nie do pomyślenia, by młoda osoba paliła papierosy. Gdyby jednak jakiejś to się zdarzyło, to na widok kogoś dorosłego od razu wyrzuciłaby fajkę lub schowała ją do kieszeni: prędzej przypaliłaby sobie dłoń lub ubranie, niż pozwoliła się z nią zobaczyć.

Czasy współczesne wyglądają jednak trochę inaczej. Inaczej nie znaczy lepiej… Bywa bowiem, że dla niektórych osób dziesięć albo jedenaście wiosen nie jest już wiekiem, w którym zaczynają palić. One w tym wieku już palenie rzucają…

szewc

Podobnie ma się rzecz z przeklinaniem. Kiedyś była to domena „zarezerwowana” dla marginesu społecznego i szewców („klnie jak szewc” – utarło się porzekadło). A niechby tylko spróbował przekląć ktoś postrzegany jako kulturalny…

Dzisiaj wulgaryzmy są jednak na porządku dziennym. Z ich używaniem najmniejszego problemu nie mają już nawet ani dzieci, ani kobiety, do których takie słowa pasują jak kwiatek do kożucha (nie lubię tego przysłowia, ale pasuje tutaj wręcz idealnie).

Ot, taka sytuacja sprzed kilknastu dni: na trawniku przed blokiem, w którym mieszkam, bawi się dwóch chłopców. Mogą mieć po około 10 lat. Ci mali fani „Gwiezdnych Wojen” walczą sobie na plastikowe miecze świetlne. Przechodzę jakieś 50 metrów dalej i wyraźnie słyszę słowotok jednego z nich: „K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!!

Mistrz Yoda

Hmm, całą gwiezdną sagę oglądałem uważnie i jakoś nie przypominam sobie, by padło w niej chociaż jedno słowo określające najstarszy zawód świata lub jakiekolwiek inne przekleństwo. Skąd więc tego typu wyraz pojawił się w umyśle i ustach 10-latka? I to w takim niczym nieuzasadnionym słowotoku? Bo nie słyszałem, żeby coś mu się stało, albo żeby się ze sobą pokłócili. Po prostu sobie przeklinał…

Yoda zachwycony niekoniecznie byłby chyba…

OK, zostawiam już w spokoju przyszłość narodu. Niech się bawią, przecież to dzieci…

Definicja

A czym tak w ogóle jest wulgaryzm? Kilka razy w tym tekście już to słowo padło, warto więc lepiej mu się przyjrzeć.

Według Słownika Języka Polskiego: WULGARYZM to – wyraz lub wyrażenie będące dosadnym, ordynarnym określeniem zjawisk, które można nazwać, używając słów neutralnych stylistycznie.

Natomiast Wolna encyklopedia internetowa Wikipedia mówi tak: WULGARYZM to – wyraz, wyrażenie lub zwrot uznawany przez użytkowników danego języka jako nieprzyzwoity, ordynarny. Używanie wulgaryzmów uważane jest za przejaw wywyższania się i świadczy o bardzo niskiej kulturze osobistej.

Wulgaryzmy dzieli się na m.in. następujące grupy (wg Wikipedii):

  • przekleństwa, czyli słowa używane w celu rozładowania napięcia występującego z powodu uniesienia emocjonalnego lub docierających negatywnych bodźców;
  • używane w celu świadomego obrażania drugiej osoby lub grupy ludzi;
  • używane w celu wyrażenia lekceważenia czegoś lub kogoś;
  • humorystyczne osobliwości słowne, nawyki, natręctwa, „słowa-przecinki”;
  • funkcja estetyczna, artystyczna, abstrakcyjny humor, artyzm słowny, np. turpizm, wywoływanie szoku estetycznego itd.

W tym artykule słów wulgaryzm i przekleństwo używam zamiennie.

Dlaczego ten temat w ogóle przyszedł mi do głowy?

Po co tyle piszę tu o tych wulgaryzmach? Czyżbym nie miał lepszego tematu?

Przyznaję się bez bicia i innych tortur: od jakiegoś czasu nie słucham radia (nie licząc grającej w pracy internetowej stacji RMF 3. Grają tam naprawdę dobre utwory. Ale dla mnie bardziej jest to playlista, niż stacja z prawdziwego zdarzenia). Kiedyś radio grało u mnie w pokoju codziennie, a obecnie, jeśli już mi się to słuchanie zdarzy, jest to raczej obcowanie chwilowe i przypadkowe.

Miałem słuchać także na potrzeby tego artykułu, jednak coś nie poszło zgodnie z planem…

The Strumbellas - Spirits

Zresztą chyba pogrążyłem się w jakimś upodobaniu tego, co już znam. Zamiast poznawać nowości (i w sensie nowości na rynku, i tego, co już ma swoje lata, ale czego jeszcze nigdy nie słyszałem), ja wciąż tkwię sobie w moim sprawdzonym i osłuchanym bajorku (z małymi, rzadkimi wyjątkami: przesłuchiwane ostatnio namiętnie płyty zespołów The Strumbellas i X Ambassadors: kawałki „Spirits” i „Renegades” lecą na okrągło…). Dobrze byłoby coś z tą stagnacją zrobić, chociaż niewątpliwie swoje plusy też ma…

I tu wreszcie docieram do sedna tego, dlaczego w ogóle przyszedł mi do głowy tytułowy temat: tym razem także moje obcowanie z radiem było przypadkowe. Było to dnia 31 grudnia 2015 roku. Wieża u znajomych była włączona, więc sobie płynącej z niej muzyki słuchałem. Zegar pokazywał kilka minut po godzinie siedemnastej. A w radiu zagrali pewien utwór…

Winnie-the-Pooh

Obcowanie drugie: ta sama (komercyjna) stacja radiowa. Poniedziałek, 18 stycznia. Dzień raczej „zwykły”, chyba że ktoś z was obchodzi przypadający wtedy Dzień Kubusia Puchatka… Dochodziła godzina 16-sta. W radiu zagrali ten sam utwór co wtedy. Oto on:

The Offspring – Why Don’t You Get a Job

Znacie? Co za pytanie… Pewnie, że tak. Kto by przecież nie znał lub chociaż nie kojarzył tej amerykańskiej grupy… Utwór – wydany w roku 1998 na kultowej płycie „Americana” – też łatwo wpada w ucho i pozostaje w głowie na długo. U niektórych budząc nieodparte wrażenie, że już coś takiego kiedyś słyszeli… A potem przychodzi im na myśl „Obla-di obla-da” Beatlesów… Ale nie o (domniemanych) plagiatach tu będzie.

Szybkie spojrzenie na tekst

W utworze padają następujące słowa:

My friend’s got a girlfriend
Man he hates that b*tch

oraz

My friend’s got a boyfriend
Man she hates that d*ck

A teraz po polsku

Nic dziwnego, że szukając tłumaczenia tego utworu na stronie tekstowo.pl, jako pierwszy przywitał mnie przygaszony ekran i ostrzeżenie: Tekst lub teledysk może zawierać wulgaryzmy bądź treści erotyczne i jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich. Masz ukończone 18 lat?

W sumie The Offspring to nie Luciano Pavarotti ani nie Irena Santor, więc obecność przekleństw w tekście piosenki nie powinna mnie dziwić.

Dziwi mnie za to jedna rzecz: jaka jest różnica pomiędzy przekleństwem w języku polskim a angielskim (lub jakimkolwiek innym)? Dlaczego słowo o dokładnie tym samym znaczeniu wyśpiewane w mowie Miłosza i Słowackiego zostanie wycięte lub „wypikane”, a w języku chociażby Shakespeare’a pozostawione bez cenzury?

Przecież społeczeństwo coraz lepiej szwargocze w obcych narzeczach. Dla wielu angielski jest drugim językiem, dlaczego więc wulgaryzm w nim wypowiedziany ma nie razić?

Ech… Gdzie podziały się te czasy, gdy za wulgarne uznawane było określenie: „Gwiżdżę na to”?

Pytanie drugie

Dobrze, że artykuł ten przez pewien czas „dojrzewał”, bo nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie: skąd w ogóle pochodzi przyzwolenie na stosowanie przekleństw (i robienie różnych dziwnych rzeczy) przez artystów?

Czyżby samo stwierdzenie, że „tworzę sztukę”, może być wystarczającym argumentem usprawiedliwiającym wiele różnych podejrzanych i nierzadko szokujących zachowań?

Śmiertelnicy kontra artyści

Porównajmy reakcje otoczenia na używanie słów wulgarnych:

W Polsce artykuł 141 Kodeksu wykroczeń mówi: Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Zaraz po tym na Wikipedii w komentarzu podano: (Co zwykle nie dotyczy działań artystycznych; przepis dotyczy także Internetu).

No i jest tak rzeczywiście. Gdybym ja – zwykły szary człowiek – przeklął na ulicy, przechodzący obok ludzie (chociaż sami używający takich słów) mogliby uznać mnie za kogoś o braku kultury. A przechodzący obok policjant mógłby życzliwie wypisać mi mandat.

2Pac - Tupac Amaru Shakur

A teraz wyobraźmy sobie, co dzieje się w zamkniętej przestrzeni, np. klubu, gdzie występuje jakiś artysta. Jego co drugim słowem może być przekleństwo, ale tłum będzie śpiewał razem z nim. Nikt nie powie: „Hej, dlaczego przeklinasz? To nie jest kulturalne”. Uzna się raczej, że jako artysta trafnie komentuje otaczającą rzeczywistość.

Krótko mówiąc: ja przeklinam – ja płacę karę, przeklina artysta – płacą jemu nagrodę (bo przecież nagrodą są wpływy z biletów). Dlaczego pięcioliterowe słowo na „K” określające panią sprzedającą swoje ciało i czteroliterowe słowo na „Ch” określające męski narząd rozrodczy wypowiedziane normalnym głosem jest wulgarne, a wyśpiewane z dodatkiem lecącej muzyki jest już formą sztuki?

Myślę, że ta sprawa – kwestia „co wolno wojewodzie”: co uchodzi artystom, a wśród szarych ludzi uważane jest za złe – godna jest omówienia w osobnym artykule. To naprawdę szeroki temat. Tutaj chciałbym skupić się tylko na pierwszej kwestii: używania wulgaryzmów w muzyce i dopuszczania tego do emisji w radiu.

Cenzura w eterze?

Jak więc to jest z tymi wulgaryzmami w mediach? O pomoc w rozwikłaniu tej zagadki zwróciłem się do kogoś, kto ze studiem, radiem, eterem i artystami ma do czynienia codziennie – do Oli Budki z Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Czyżbym przeprowadził pierwszy w życiu wywiad?

Złożone pytanie, z jakim – po wyjaśnieniu kontekstu – zwróciłem się do Oli, brzmi(ało): Od czego zależy „wypikanie słów brzydkich i wulgarnych”? Czy jest ich jakaś skala, ranking: to słowo jest przekleństwem mniej, a to bardziej? Coś mi się kojarzy, że kiedyś wycięte było słowo „f*ck” z kawałka „American Idiot” Green Day’a. Czy może zależy to po prostu od danej stacji radiowej?

No i czegóż się dowiedziałem?

W grę wchodzą trzy główne kwestie:

  1. rodzaj radia: prywatne czy publiczne;
  2. pora emisji;
  3. rodzaj emisji.

No to po kolei:

  1. Rodzaj radia:

    Przede wszystkim zależy to od stacji – czy jest to radio publiczne czy prywatne. KRRiT (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – przyp. poSZTUKOwanego) nakłada na stacje radiowe misję, a jednym z elementów misji jest szerzenie i propagowanie języka polskiego, dbanie o poprawność itp. Z drugiej strony KRRiT odgrywa rolę obserwatora również w mediach prywatnych, przedłuża i wydaje koncesje, dlatego też w przypadku naruszeń może wydać swoją opinię. Istnieje również Rada Etyki Mediów, która jest kontrolerem mediów – wydaje orzeczenia także w kwestii zawartości przekazu medialnego. A jeśli ten byłby przepełniony wulgaryzmami, REM na pewno by się do tego odniosła, co nie wpłynęłoby dobrze na wizerunek danej stacji.

    W sumie dobrze, że jest ktoś, kto czuwa nad tym wszystkim – dzięki temu słuchanie radia może nas odprężać i dostarczać rozrywki, a nie bombardować uszy bluzgami.

  2. Pora emisji:

    Bardzo ważną kwestią jest też troska o dzieci, które nie powinny mieć możliwości dostępu do niewłaściwych, nieprzeznaczonych dla nich treści.

    Jeśli wulgaryzmy w piosenkach się pojawiają, to na pewno nie w godzinach porannych, porannych programach, w programach publicystycznych itp. Godz. 16-18 – do tej pory takie treści nie powinny się pojawiać.

  3. Rodzaj audycji:

    Własnymi prawami rządzą się za to audycje autorskie. Zamiast (często) oklepanej playlisty, prowadzący przedstawiają wtedy wybrane przez siebie utwory. Ta dowolność może się przełożyć na to, że jakieś niecenzuralne słowo się w prezentowanym kawałku przemknie.

Jest jednak jeszcze jedna ważna rzecz, którą podkreśliła Ola – szacunek do słuchacza: Trójka to inny świat, to radio, gdzie obowiązuje stara szkoła radiowa, gdzie do słuchacza z reguły nie powinno się mówić na „ty” i to on – a nie prowadzący – jest najważniejszy. Więc z tego szacunku wulgaryzmów powinno się unikać.

Tak więc na przykład jedno z najpopularniejszych polskich pięcioliterowych słów, występujące także w utworze „Beksa” Artura Rojka, zostało w Liście Przebojów „wypikane”. To samo słowo, tyle że w liczbie mnogiej, również zostało wycięte i niewyemitowane w czasie transmisji koncertu z okazji dziesięciolecia wydania płyty „Piła tango” przez zespół Strachy na Lachy, jaki odbył się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie (wyraz ten występuje w utworze „List do Che”). A – przyznam – nasłuchiwałem przy tym kawałku wyjątkowo uważnie. Właśnie po to, by wychwycić to jedno słowo: „wypikają czy nie?”.

Po polsku nie mówimy brzydko…

Ok, więc większość brzydkich słów w śpiewanych po polsku utworach jest „wypikiwanych”. Większość – o tym szerzej za chwilę. Co więc z wulgaryzmami w języku obcym? Zdaniem Oli Budki i jeszcze innych osób, z którymi o tym rozmawiałem, takie słowa są po prostu „mniej rażące”. Hmm, gdyby co drugie słowo w utworze zawierało przekleństwo, wyemitowane w 99% by nie było. Ale jedno czy dwa „czteroliterowe na f, s lub d” krzywdy najwidoczniej nikomu nie czynią. (BTW. Chcecie poczytać o „bluzgowych” rekordach w muzyce? Po skończeniu mojego artykułu przeczytajcie jeszcze ten: Fuck Buttons: krótka historia przekleństw w muzyce).

Wcześniej wspomniałem, że przecież coraz więcej osób zna języki obce, a angielski stał się dla nich drugim językiem. Ale rzeczywiście coś w tym jest: gdy widzimy (np. w tekście) lub słyszymy (np. w piosence) przekleństwo w języku innym niż nasz, wulgaryzm jakby tracił na mocy. Jakby nie był już bluzgiem.

… chociaż i z polskimi słowami nieparlamentarnymi są wyjątki

Nie wszystkie polskie słowa „nie do końca ładne” są jednak „wypikane” (taka na przykład „suka” występująca w utworze „Bądź duży” Natalii Nykiel). Pozwala to jednak później wyraźnie zobaczyć, jak przekłada się to na dzieci: pewna kilkuletnia dziewczynka usłyszała właśnie te słowa – „nie umiem być suką” – w radiu w czasie jazdy samochodem. Utkwiły w jej główce i później w czasie zabawy je sobie podśpiewywała… (Może to tłumaczyłoby też zachowanie moich młodocianych sąsiadów walczących na miecze świetlne?).

Brains, brains, gimme some brains…

No i co? Niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że muzyka (i teksty utworów) nie wywierają żadnego wpływu na umysły…

Wszystko to, co wchodzi do naszych głów, oddziałuje na nas bardziej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Oczywiście jest to całkowicie prywatną sprawą, jakiej muzyki słuchamy. Warto jednak pamiętać, że to, co do naszego umysłu się dostanie, na pewno też w jakiejś formie z niego wyjdzie. Oby było to jak najlepsze…

Bluzgać (nie) każdy może…

Gdybym więc spróbował jednym zdaniem podsumować ten artykuł i odpowiedzieć na postawione pytanie: „jak to jest, że przekleństwa w języku obcym są jednak dopuszczane do emisji w radiu”?

Wychodzi na to, że wulgaryzmy wypowiadane w obcej mowie – mimo tego, że wciąż pozostają przekleństwami – są przez nasze uszy jednak słabiej wyłapywane i mniej rażą…

Może to właśnie teraz jest ten czas na zrealizowanie mojego dawnego pomysłu na własną stację radiową…?

***

Jeśli czytaliście artykuł na komputerze, to najeżdżaliście też kursorem na obrazki? Pojawiają się wtedy ich opisy…

Pora na Skubasa

Czasami tak mam: spędzę sporo czasu nad jakimś tekstem, wprowadzę poprawki, otaguję go, wybiorę zdjęcie tytułowe… I pozostaje mi już tylko kliknąć „Opublikuj”. Ale nie klikam…

Bo jeszcze coś mi nie gra… Coś mi nie pasuje… Czegoś mi brakuje…

A potem tracę wenę do danego tematu i artykuł wędruje sobie na bok.

A może powinienem napisać: „odkładam, by dojrzał”…?

I tak było z niniejszym tekstem o Skubasie. Ale swoje odleżał (do pół roku – PÓŁ ROKU!!! – brakło kilku dni), dojrzał, przyszła wena i nowy pomysł. I oto jest gotowy!

Ludzie, ludziki i ludziska, oto przyszła pora na Skubasa!

O Skubasie

Skubas, czyli Radosław Skubaja, to pochodzący z Lublina polski piosenkarz, gitarzysta i kompozytor. W roku 2012 wydał swój debiutancki album: „Wilczełyko”. Na stronie wytwórni Kayax napisano o tym tak: „Wilczełyko” to pierwszy autorski projekt muzyczny Skubasa, wokalisty o wyjątkowej, bardzo charakterystycznej barwie głosu. Do tej pory znany głównie z kooperacji ze Smolikiem (pod pseudonimem Sqbass) tym razem zaskakuje w zupełnie nowej odsłonie. Muzyka to niezwykle klimatyczne, akustyczne gitarowe brzmienia o lekko folkowym, grunge’owym charakterze. Skubas w swoich autorskich kompozycjach łączy brudne, gitarowe riffy z melancholijnym wokalem, tworząc nostalgiczne, melodyjne piosenki. W produkcji postawił przede wszystkim na atmosferę i przestrzeń. „Wilczełyko” wypełnia lukę na polskiej scenie muzycznej i jest swoistym powrotem do prostoty i autentyczności.

Skubas - Wilczełyko

A co o Skubasie i jego dziele sądzę ja?

Jak chyba większości z tych, którzy spotkali się z jego twórczością, spodobał mi się przede wszystkim utwór „Linoskoczek” (chyba jedyny promowany przez media. Chyba, bo już teraz nie pamiętam. Było to tak dawno temu, że mogę się mylić). No i zacząłem wałkować tenże album, swoje szczególne sympatie i wyrazy uznania kierując w stronę właśnie „Linoskoczka” oraz utworu „Nie pytaj”. Płytę miałem w samochodzie i słuchałem, słuchałem, słuchałem. Nie zwracałem zbytniej uwagi na formę i treść, ale raczej na to, że mi się podoba… Ot, tak po prostu i banalnie: „fajna muzyka”. Ciekawe porównania i aranżacje zauważam dopiero teraz – słuchając tego „po latach”.

Dorosłem… I do twórczości Skubasa, i tak ogólnie.

Chyba coś przegapiłem

Niedługo po wydaniu tej płyty (przypominam: w roku 2012), powstała piosenka nosząca tytuł „Nie mam dla ciebie miłości”. Odkryłem ją jednak dopiero stosunkowo niedawno. Na osi czasu fakt ten można by umiejscowić gdzieś między trzecim a czwartym kwartałem roku 2015.

Jeśli dobrze łączą mi w głowie styki, to pierwsze jej wysłuchanie nie wprawiło mnie w zachwyt lub chociażby jakiekolwiek głębiej uzasadnione uznanie. Jednakże w tym momencie – z pełną świadomością – mówię: jak dla mnie, to jedna z naprawdę nielicznych genialnych piosenek o miłości, jakie powstały w ostatnich latach. Inne, które przychodzą mi teraz do głowy, to „This I Love” Guns N’ Roses, o której pisałem w grudniu ubiegłego roku, a także „Gdybym” Voo Voo, o której artykuł jest w fazie dojrzewania…

Co wpływa na taką moją ocenę: uznania „Nie mam dla ciebie miłości” za jeden z lepszych utworów?

Kilka słów „za”

Słuchając tego utworu Skubasa, w mojej głowie rysuje się tylko jeden obraz. I nie jest to wcale jakieś tandetne romansidło, jakaś południowoamerykańska telenowela lub wynalazek próbujący ją naśladować.

Oto mężczyzna i kobieta. Ona go kocha, a on dobrze o tym wie. Jednakże jego uczucia do niej są zgoła całkowicie inne. Parafrazując: ‚on nie ma dla niej miłości’, nie kocha jej, traktuje ją bardziej jak zwykłą koleżankę. Nie kryje tego, wręcz otwarcie o tym jej mówi, nie pozostawiając jej już żadnych złudzeń:

Jeśli chcesz, możesz przyjść, kupić wino, zostać na noc
Nie przytulę Cię potem, odwrócę, rzucę „dobranoc”
Jeśli chcesz, możesz przyjść, zdjąć bluzkę, zostać do rana
Nie odprowadzę Cię potem, do drzwi trafisz sama

Jeśli chcesz, troszcz się o mnie, tylko pozbądź się złudzeń
Nie zacznę Cię kochać, choć przy Tobie się budzę
Jeśli chcesz, to dbaj o mnie, bądź zawsze pod ręką
Jeśli pójdę z inną, nie mów – serce Ci pękło

… jeśli mogę zacytować tu w całości obie zwrotki utworu.

I gdzie tutaj ta miłość? Dopowiada to refren:

Nie mam dla Ciebie miłości, ktoś tu był przed Tobą
Nie ma we mnie miłości, odchodząc zabrała ją ze sobą

Mężczyzna ten tak bardzo kocha kobietę nieobecną już w jego życiu (śmierć? rozwód? rozstanie?), że nie jest w stanie pokochać już nikogo innego. Widać w tym niesamowite oddanie, przywiązanie, tęsknotę, żal, ból spowodowany stratą.

Mnie to porusza. Bo czyż nie jest to bardziej życiowe, niż wszystkie te cukierkowe historie?

Klip do utworu

Nie mogę oczywiście pominąć klipu, jaki powstał do tego utworu, a który wyreżyserował Maciej Bieliński.

Sprawy techniczne pominę, bo po prostu na tym się nie znam. (Gdybym chciał je opisać, musiałbym zwrócić się o pomoc do kumpla Czarka). Bez gdybania (i pomocy) mogę za to napisać o moich wrażeniach.

Klip porusza mnie na równi ze słowami utworu i idealnie też do niego pasuje, chociaż nie przedstawia wydarzeń z tekstu dosłownie. Głównym bohaterem jest tutaj postać grana przez wybitnego polskiego boksera, medalistę olimpijskiego i wielokrotnego Mistrza Polski – pana Krzysztofa Kosedowskiego.

Budzi się on rano do kolejnego dnia. Pacierz, poranna kawa, ćwiczenia, wyszykowanie się (do tego momentu jest sam, w domu brak kobiety) i wyjście do klubu, w którym trenuje młodych adeptów boksu. Po drodze mija przywiązanego do drzewa psa. Dzieli się z nim swoim skromnym śniadaniem. Wracając z treningu podejmuje decyzję: zabiera psa ze sobą, być może nawet ratując mu w ten sposób życie…

Nie wiem jak was, ale cierpienie zwierząt porusza mnie o wiele bardziej niż cierpienie ludzi. Czy jest to normalne? Nie chcę wiedzieć i nie chcę się w to zagłębiać. Może jest tak po prostu dlatego, że zwierzęta są od nas, ludzi, o wiele bardziej bezbronne i o wiele łatwiej wyrządzić im krzywdę – krzywdę, której w przeciwieństwie do człowieka, nie są w stanie sobie w żaden sposób wytłumaczyć.

Kosedowski

Paradoksalnie, najbardziej poruszającym mnie momentem teledysku nie jest scena, gdy ukazany jest pies przywiązany do drzewa. Najbardziej porusza mnie moment, gdy pan Krzysztof niesie tego biednego, brudnego, zlęknionego psa na rękach. Napisałbym, że dla mnie to chwila, w której zespalają się dwie cierpiące dusze (w sumie trzy: pana Krzysztofa, psa i podmiotu lirycznego). Ale tak nie napiszę, bo – jak dla mnie – brzmi to jakoś dziwnie, zbyt podniośle i sztucznie… I te emocje widoczne wtedy na twarzy bohatera – zwykłego, prostego człowieka.

Ostatnie przemyślenie

Bardzo się cieszę, że dnia 25 czerwca roku bieżącego Skubas wystąpi w Częstochowie „na Frytce”, czyli podczas VI edycji Częstochowskiego Festiwalu Kultury Niezależnej Frytka OFF. Nareszcie go zobaczę i posłucham na żywo. Sprawdzę, czy „w realu” jest tak samo przekonujący i trafiający do uczuć, a potem się z wami tym podzielę na łamach tego bloga.

I mam nadzieję, że relacja z tego wydarzenia pojawi się tutaj już kolejnego dnia, a nie po pół roku…

***

I co bardzo, bardzo, baaardzo ważne: będę „na Frytce” choćby grzmiało i ziemia się rozstępowała. Tym bardziej, że tego samego dnia, na tymże właśnie festiwalu, zagra też Voo Voo… Aaa, kolejne spotkanie z Waglem!!!

***

Autorką zdjęcia tytułowego jest Anna Tomczyńska. Pobrałem je z profilu Skubasa na stronie wydawnictwa muzycznego Kayax.

Lounge – mój prywatny teleport do Nowego Jorku

Nowy Jork

Grubo ponad rok temu opublikowałem na moim poprzednim blogu pewien artykuł. Jego tytuł najprawdopodobniej brzmiał tak: „Moje miejsca na ziemi”. Najprawdopodobniej, bo nie jestem w stanie już go sobie dokładnie przypomnieć. Czego on dotyczył? Opisałem w nim kilka lokalizacji, w jakich chciałbym pędzić swój żywot.

I co ostało się z tych – bądź co bądź – marzeń?

Nie będę się specjalnie rozpisywał nad miejscami, które już mnie zbytnio nie pociągają. Skoncentruję się zaś na tym jednym – nie tylko wciąż, ale też i coraz bardziej żywym w moim umyśle.

Uwaga, uwaga, oto przed wami:

Nowy Jork

Najpierw puśćcie sobie podkład do artykułu…

… i dopiero teraz kontynuujcie czytanie.

Nigdy nie byłem ani w tym mieście, ani w żadnym innym na amerykańskiej ziemi. Ba, nigdy nie przekroczyłem nawet granic europejskiego kontynentu.

Nic więc dziwnego, że jedno z moich marzeń przedstawia się tak:

Żyję w Nowym Jorku lub w jakimś innym wielkim amerykańskim mieście. Mieszkam w apartamencie na którymś z wysokich pięter w drapaczu chmur. I oto stoję sobie w minimalistycznie urządzonym pokoju. Konkretnie: w sypialni. Znajduje się w niej tylko parę mebli: łóżko, dwa fotele, mała szafka i stolik, niższy nawet od tego tak zwanego kawowego. Oświetlenie główne jest wyłączone. Na niebiesko świecą się tylko dekoracyjne LEDy umieszczone gdzieś w okolicach zagłówka łóżka.

Ja zaś stoję sobie przy samym oknie – takim „ciągnącym się” od podłogi aż po sufit (zresztą apartament ten byłby w wieżowcu mieszkaniem narożnym, więc dwie ściany tego pokoju byłyby całkiem przeszklone). Rolety w tych potężnych oknach są całkowicie podniesione.

Piszę po raz trzeci: i tak stoję w tym oknie, trzymając w dłoni kieliszek z drinkiem (w takiej sytuacji obowiązkowo Metropolitan). No i patrzę sobie na późno-wieczorne (ewentualnie wczesno-nocne) miasto cały czas tętniące życiem. W wielu oknach w innych budynkach świecą się już lampy, po ulicach ciągną się jeszcze smugi świateł licznych samochodów. (Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu tytułowym. Ze wszystkich obejrzanych jakoś to najbardziej pasuje mi do mojego wyobrażenia).

Gdzieś z dołu dociera powoli cichnący gwar metropolii. Jednakże do moich uszu dobiegają głównie dźwięki jednego z ciekawszych rodzajów muzyki: wspomnianej w tytule – i mam nadzieję, że i lecącej właśnie w tle – muzyki lounge.

Czuję, że cały świat żyje własnym życiem, a ja jestem gdzieś ponad tym wszystkim – spokojny, wyciszony, patrzący na przerażające piękno cywilizacji, tego dziwnego ludzkiego tworu.

Troszkę teorii, by – choć na chwilę – zejść na ziemię…

Muzyka lounge (co w języku angielskim oznacza po prostu „wypoczynek”) to, według definicji, zbiorcze określenie wywodzących się z jazzu stylów muzyki easy listening popularnych w USA w połowie XX wieku, kojarzonych z holami, barami lub kasynami hoteli, gdzie muzyka ta była (i często nadal jest) wykonywana w celu wytworzenia specyficznej atmosfery.

Dziękuję ci, ciociu Wikipedio. Sam nie ująłbym tego lepiej…

Lounge a ja

Uwielbiam ten styl. To mój prywatny teleport… Przebywając w moim mieszkaniu, zwłaszcza gdy na zewnątrz robi się już ciemno, w wyszukiwarce na YouTubie wpisuję najczęściej coś w stylu: luxury lounge, metropolitan luxury lounge, night lounge, night chillout. Cudowne są zwłaszcza sety zawierające w swojej nazwie te dwa słowa: „New York”…

Minimalistyczne, niezagracone drobiazgami mieszkanie w Częstochowie (choć mój pokój – moja artystyczna pracownia – trochę odbiega od tego opisu…), na zewnątrz już ciemno, w moich uszach luxury lounge, a moja dusza przenosi się na 50-te piętro nowojorskiego drapacza… W dole widzę sznury aut, światła w oknach innych wieżowców, a w dłoni trzymam kieliszek z drinkiem Metropolitan… Ale to już znacie.

Ach, potężną mają siłę marzenia wsparte dźwiękami… Choć czasami bywa też tak, że nawet nie muszę włączać tej muzyki. Zarówno ona, jak i moje marzenia są bowiem tak silne, że wystarczy mi tylko o niej (lub o nich) pomyśleć, a już przenoszę się myślami do Nowego Jorku…

Praca domowa

Podobno zadawanie dzieciom w szkołach prac domowych jest sprzeczne z prawem, więc moje zadanie jest „dla chętnych”:

W jaki sposób wam muzyka pomaga marzyć? Gdzie was wtedy przenosi?

Odpowiedzi w formie pisemnej umieszczajcie w komentarzach pod artykułem.

A ja, jak wrócę z Nowego Jorku, to je przeczytam i na nie odpowiem…

Z Chińskiej Demokracji została mi tylko miłość

Chińska Demokracja

Jeśli zaintrygował was tytuł tego artykułu lub wydał wam się on absurdalny, to bardzo dobrze. Takie było moje zamierzenie – zaciekawić was już od samego początku. I tu powinien pojawić się emotikon średnik + nawias. Że niby do was mrugam oczkiem. Ale ponieważ prowadzę mój blog na poważnie, żadnych emotikonów tu nie będzie. Zresztą ja zawsze jestem poważny. Spójrzcie tylko na moje zdjęcie po prawej stronie…

OK, dopiero początek artykułu, a ja już zbaczam z tematu. No cóż, tak po prostu mam. Wybaczcie.

Nim jednak przejdę do sedna tego artykułu, potrzebne wam będzie…

… najpierw trochę historii

Dawno, dawno temu, to znaczy w III, IV i V wieku naszej ery, po zakończeniu walk w Okresie Trzech Królestw, Chinami rządziła dynastia Jin.

Ale przecież to już wiecie. Dlatego przyda wam się…

… historia trochę późniejsza

Nie tak dawno temu, to znaczy w roku 1985, czyli gdy mnie na świecie jeszcze nie było (ani w wersji prenatalnej, ani poprenatalnej – to słowo wymyśliłem…), już od 23 lat hasał sobie po świecie pewien gość. Na imię mu było William Bruce Bailey Jr. Nie kojarzycie? To może rozpoznacie po pseudonimie: Axl Rose. Teraz już wiecie? To super.

W tymże właśnie roku 1985 razem z kilkoma kumplami założył zespół znany jako Guns N’ Roses.

Po kilku przetasowaniach w składzie, grupa wyruszyła w niezorganizowaną trasę koncertową. Szybko zaczęła zdobywać popularność, a jej pierwszy album „Appetite for Destruction” z 1987 roku (zawierający takie utwory jak: „Welcome to the Jungle”, „Sweet Child O’ Mine” czy „Paradise City”), sprzedał się – jak do tej pory – w nakładzie 28 milionów egzemplarzy na całym świecie. Tym samym jest najlepiej sprzedającym się debiutanckim album w historii muzyki.

Co więcej: Guns N’ Roses – występując jako support – zaczęli wręcz przyćmiewać występy swoich bardziej znanych kolegów, sami wyrastając na uwielbianych idoli.

W międzyczasie nie obyło się – jak to często bywa w muzyce rockowej – bez skandali. A to w listopadzie 1987 roku podczas koncertu w Atlancie Axl pobił ochroniarza i został za sceną aresztowany przez policję… Innym znów razem – to znaczy w sierpniu 1988 na angielskim festiwalu Monsters of Rock – dwóch fanów poniosło śmierć w pogo… A po wydaniu w listopadzie roku 1988 albumu „G N’ R Lies” zespół oskarżono o szerzenie homofobii i rasizmu (wszystkiemu winna treść utworu „One in a Million”)…

A potem nadszedł rok 1991. Przyniósł on dwa kultowe albumy: „Use Your Illusion I” i „Use Your Illusion II”. Wydano je tego samego dnia, czyli 17 sierpnia. Łącznie zawierają one 30 utworów, w tym takie klasyki jak: „November Rain” (sam teledysk do utworu kosztował ponad 1,5 miliona dolarów), „Don’t Cry”, „Estranged” oraz „Knockin’ on Heaven’s Door” (cover utworu Boba Dylana).

Dwa lata później, czyli w roku 1993, Pistolety i Róże wydały swój kolejny album: „The Spaghetti Incident?”. Znajduje się na nim 12 (a z ukrytym utworem – 13) coverów piosenek innych wykonawców, w tym między innymi zespołów Nazareth, The Misfits oraz T.Rex.

Pistolety się zacięły, a róże straciły kolce i zwiędły

A potem? Długo, długo nic. Dla fanów nastało ciężkich piętnaście lat bez żadnej nowości. Ale jak tu tworzyć nowy materiał, gdy skład się ciągle zmieniał? A to ktoś odszedł z grupy sam, a to kogoś usunięto, a to ktoś przybył z nową wizją i sposobem grania… W 2004 roku wytwórnia płytowa, z którą związany jest zespół, wydała tylko album „Greatest Hits” (tak przy okazji: krążek pokrył się potrójną platyną), chociaż trochę ocierając łzy kapiące z oczu fanów.

I tylko Axl niestrudzenie zapowiadał, że w Chinach wreszcie zapanuje demokracja…

No i chińska demokracja stała się faktem

I wreszcie! Rok 2008. Miesiąc listopad. Nagrywany w trudach i przez wiele lat (od 1994 do 2007 roku) szósty album amerykańskiej grupy hardrockowej Guns N’ Roses stał się rzeczywistością. Na światło dzienne i ku uciesze uszu fanów wypuszczona została płyta „Chinese Democracy”.

Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, jednym album się spodobał, a innym nie. (Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryłem…)

Moja ocena chińskiej demokracji

A ja? No cóż. Słyszałem oczywiście o opóźnieniach związanych z wydaniem tego albumu. Czytałem, że wiele osób kpi sobie z Axla i tej niemocy. Ale gdy w końcu album wydano, musiało minąć siedem lat (!!!), żebym go wysłuchał. Nie ukrywam: Guns N’ Roses to nie Depeche Mode, żebym na złamanie karku pobiegł do sklepu w dniu premiery, by zakupić świeżutki, jeszcze cieplutki album…

I jak z tymi wrażeniami?

Po jednokrotnym wysłuchaniu utworów tak od A do Z (to znaczy od pierwszego do ostatniego, a nie w kolejności alfabetycznej) stwierdzam, co następuje: w tym momencie nie kojarzę z tego albumu żadnego utworu oprócz jednego. Zgodnie z tytułem niniejszego artykułu pozostała mi tylko miłość, czyli trzynasty kawałek z płyty: „This I Love”.

„This I Love”

Adresatką tego utworu jest najprawdopodobniej Erin Everly, czyli była żona wokalisty. Jak podają niektóre źródła, zostawiła ona Rose’a dla bogatego biznesmena. Nie mam jednak zamiaru oceniać tutaj postępowania żadnego z nich – ani Axla, ani Erin. Bo po prostu tego nie da się obiektywnie zrobić. Pisząc ten artykuł zapoznałem się bowiem z wieloma materiałami i po tym mogę stwierdzić tylko jedno: zarówno Axl, jak i jego życie, są zakręcone jak słoiki na zimę (ha! ha! ha!) lub – jak kto woli – zakręcone jak chińskie dzień dobry (a w tytule chińska demokracja. Kapujecie to powiązanie?), szalone, pokręcone i egoistyczne. I nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe… (Wybaczcie po raz drugi – blog miał być apolityczny). To znaczy chciałem po prostu napisać, że w życiu Pana Axla działo się wiele rzeczy, których ocena wcale nie jest taka prosta i oczywista.

Coś mi się wydaje, że powyższy akapit troszkę zamotałem. Nie? Ale dla pewności – zgodnie ze znaną już moją praktyką – zacznę go jeszcze raz.

Adresatką tego utworu jest najprawdopodobniej Erin Everly, czyli była żona wokalisty. Była („ex”), bo delikatnie mówiąc, w ich wspólnym życiu bywało różnie. Bardzo różnie…

Po kilku latach spotykania się z Erin, Axl się jej oświadczył. Oczywiście się zgodziła. Oczywiście, bo jak tu powiedzieć „nie” chłopakowi, który z bronią w ręku grozi, że w razie odmowy popełni samobójstwo… Po szybkim ślubie (ach, urok Las Vegas) też wcale nie było różowo (jak na przykład w bajce albo na koniec południowoamerykańskiej telenoweli): pozwy o rozwód, pobicia, poronienie… Ale czy to wszystko to wina Axla? Wspomniane czarne zapewne nie jest do końca czarne, a białe nie jest takie białe… Jak to zwykle bywa, wina pewnie leży po obu stronach. Ale mnie tam nie było, kończę więc te wywody, zanim zapędzę się za daleko.

Hmm, ten akapit też coś jakiś taki pogmatwany… Nieważne, piszę dalej.

Jedno jest pewne: utwór „This I Love” Axlowi się udał. To przepiękna ballada pełna bólu, cierpienia i straconej miłości. Przy każdym jej słuchaniu – czy tym pierwszym, czy którymś z rzędu – zawsze czuję w środku jakieś ukłucie.

I ten głos Axla, gdy śpiewa:

So if she’s somewhere near me
I hope to God she hears me
There’s no one else
Could ever make me feel
I’m so alive
I hoped she’d never leave me
Please God you must believe me
I’ve searched the universe
And found myself
Within’ her eyes

Życie państwa Rose potoczyło się tak, a nie inaczej. Ale cóż: ta miłość gdzieś w sercu Axla pozostała. Dobrze, że jej nie stłumił. Dobrze, chociażby dla nas, bo teraz możemy delektować uszy tym cudownym utworem.

I na koniec jeszcze jedno: czyżby Axl żałował swoich błędów, jakie popełnił w związku z Erin? Przynajmniej ja właśnie tak odbieram słowa kończące ten utwór:

And now it seems that I
Gave up my ghost of pride
I’ll never say goodbye

Ostatnie wnioski po spotkaniu z chińską demokracją

Panie Axl – chociaż i tak pewnie tego nie przeczytasz – to do pana (ale wy nie czujcie się skrępowani. To list otwarty, więc też śmiało możecie się z nim zapoznać):

Piszę po imieniu i bez ogródek – mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe – ale szczerość to podstawa. Nie znam wszystkich twoich utworów. Jedynymi płytami, które w całości przesłuchałem od początku do końca są „Appetite for Destruction” (słuchałem dopiero w czasie pisania tego artykułu) i „Chinese Democracy”. Nie ze wszystkimi twoimi piosenkami się zgadzam, nie we wszystkich podobają mi się słowa. Ale ten jeden utwór – „This I Love” – chociaż jego powstanie wiąże się dla ciebie z wieloma bolesnymi przeżyciami i wspomnieniami, już na zawsze pozostanie w moim umyśle. Będę do niego wracał, bo dla mnie jest po prostu genialny. Życzę też, by nigdy nie brakło ci weny. I żeby fani nie musieli czekać na następny album kolejnych piętnastu lat. A od urzeczywistnienia chińskiej demokracji minęło już siedem… Pisz więc, pisz. Twórz i komponuj. I niech świat jeszcze nie jeden raz usłyszy muzykę Guns N’ Roses.

Pozdrawiam,
poSZTUKOwany

***

Żeby wam nie było smutno, was też pozdrawiam. Strzała. I do następnego artykułu.

Lana

Drugi dzień z rzędu płynie mi leniwie w towarzystwie Lany…

Spokojnie, nie dzieje się nic złego, nie musicie powiadamiać mojej żony. Ona zresztą dobrze o wszystkim wie i nie ma nic przeciwko.

Uspokoję was po raz drugi: nie, nie jesteśmy patologiczną rodziną. No bo przecież cóż może być złego w słuchaniu muzyki? Tak, tak, wspomnianą Laną jest oczywiście Lana Del Rey.

A któż to jest ta Lana?

Lana Del Rey, a właściwie Elizabeth Woolridge Grant, urodziła się 30 lat temu w Nowym Jorku. Jest autorką tekstów, modelką, ale też przede wszystkim wokalistką. Jeśli wierzyć Wikipedii, style muzyczne, w których się obraca, to indie pop, alternatywny pop/rock, chamber pop i sadcore.

To oczywiście gwoli formalności i ścisłości, bo wydaje mi się niemożliwe, żebyście nigdy jej ani o niej nie słyszeli. No chyba że mieszkacie na jakiejś odludnej wyspie lub w dżungli i nie macie kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale wtedy nie macie też raczej dostępu do Internetu. Czyli nie możecie przeczytać też tego artykułu… OK, ten akapit robi się bezsensowny, więc zacznę go jeszcze raz.

To oczywiście gwoli formalności i ścisłości, bo wydaje mi się niemożliwe, żebyście nigdy jej ani o niej nie słyszeli. Jeśli tylko słuchacie radia, to na pewno się na nią (już nie jeden raz) natknęliście. „Video Games”, „Summertime Sadness”, „Born to Die”, „Blue Jeans”… Grają to w radiu. Więc na sto procent słyszeliście, tylko może po prostu nie kojarzycie. (Choć i tak wydaje mi się to niemożliwe).

Pierwsze spotkanie

Jeśli pamięć mnie nie myli, pierwszy raz z Laną spotkałem się na początku roku 2012. Usłyszałem wtedy refren wymienionego przed chwilą utworu „Video Games”.

Czy mnie zauroczył, zainteresował? Spodobał mi się czy nie? A może przeszedłem obok niego obojętnie? To było prawie cztery lata temu. Mam prawo nie pamiętać…

Kolejne spotkania

Jakoś tak się stało, że w którymś momencie do mojego telefonu trafiły dwa albumy Lany: „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” z 2010 roku i „Born to Die” z roku 2012.

Raz częściej, raz rzadziej, ale jednak zawsze do nich wracałem. Z tego pierwszego albumu moją szczególną sympatię zyskał pozytywnie mi się kojarzący utwór „Queen of the Gas Station”, natomiast z drugiego podniosły „National Anthem” oraz pełen miłości i tęsknoty „Lucky Ones”.

Tu i teraz

A jak sytuacja wygląda w tym momencie? Tak jak rozpocząłem ten artykuł: „Drugi dzień z rzędu płynie mi leniwie w towarzystwie Lany…”.

Wczoraj i dzisiaj, niemal przez cały czas, z głośników dobiega jej głos. Tylko przez chwilę zmieniliśmy z moją Martą repertuar na The Cure. Bo tak przy okazji: 20 PAŹDZIERNIKA 2016 ROKU GRAJĄ W ŁÓDZKIEJ ATLAS ARENIE!!! TRZEBA JECHAĆ KONIECZNIE – TEGO NIE MOŻNA PRZEGAPIĆ!!! AAA!!! Tym bardziej, że – jak stwierdził jeden z kumpli – Robert Smith (wokalista) może długo już nie pożyć… To co, też jedziecie? Tylko jak przez was braknie nam biletów, to inaczej sobie porozmawiamy…

Wracając do Lany. Jak już zacząłem: Wczoraj i dzisiaj, niemal przez cały czas, z głośników dobiega jej głos. Przewijają się oczywiście utwory ze wspomnianych już albumów. Ale nadrabiam też zaległości. W 2014 roku wokalistka wydała bowiem album „Ultraviolence”, a we wrześniu roku obecnego (czyli 2015 – uprzejmie przypominam, jeśli zapomnieliście) „Honeymoon”.

Tym razem moje szczególne uznanie zyskały utwory „West Coast” i „High by the Beach” (odpowiednio z pierwszego i drugiego nadrabianego albumu).

Dlaczego Lana?

Dobrze mi się słucha Lany. Odpowiada mi jej głos i styl śpiewania. Jest w nim coś hipnotyzującego, urzekającego, uspokajającego, ale momentami też zadziornego. Jakaś nostalgia, głęboka tęsknota za czymś, czego nie potrafię ani określić, ani nazwać. Mnóstwo w nim również innych odczuć: miłości, oddania, pożądania, ale też i bólu.

Czuję, że idealnie pasuje on do mojego aktualnego nastroju. Tak bardzo mu odpowiada, że ani nie wprawia mnie w lepszy humor, ani mnie nie dołuje. Po prostu utrzymuje go w obecnym stanie. Tak więc myślę, że czeka mnie jeszcze parę dni z Laną, dopóki nastrój „samoistnie” lub za jakąś inną przyczyną nie ulegnie zmianie.

Perspektywy na przyszłość

A potem? Potem przy różnych okazjach znów będę do niej wracał. Czasami na krócej, czasami na dłużej. Bo o Lanie nie da się tak łatwo i szybko zapomnieć.

A wy?

Mam nadzieję, że wasze zdanie na temat zarówno Lany, jak i jej muzyki jest takie samo jak moje lub podobne. A jeśli nie jest ono jeszcze sprecyzowane, to dajcie jej szansę i również spędźcie z nią trochę czasu.

***

W nazwie albumu „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” nie popełniłem literówki. Trzecia część pseudonimu artystki rzeczywiście brzmiała z początku „Ray”, a nie „Rey”. Przyznajcie się: zauważyliście to w ogóle, gdy czytaliście artykuł?

Laszuraburej i laszuraba

Już za niecałe dwa tygodnie Częstochowę nawiedzi prawdziwy polski produkt: cienka, sucha, pomarszczona kiełbasa.

?! ?! ?!

Mówiąc bardziej zrozumiale: 28 listopada na scenie częstochowskiego klubu Teatr from Poland wystąpi Kabanos – „zespół taki sam jak żaden”.

Jak wyraźnie widać to na zdjęciu tytułowym, bilety dla siebie i kumpli już mam. No bo jak można by przegapić tak wyjątkowe wydarzenie?

O kiełbasie oficjalnie

Nie znacie tego zespołu? No to najwyższy czas go poznać. Mnóstwo informacji przynosi oczywiście jego oficjalna strona i zamieszczona tam pełna, bogata biografia. Licznych nowości i ciekawostek dostarcza też nowiutki i świeżutki wywiad. Jak skończycie czytać mój artykuł, zajrzyjcie też pod te linki i poczytajcie.

Tymczasem ja, żeby nie przepisywać z powyższych stron, napiszę coś zupełnie od siebie.

Coś zupełnie od siebie, czyli o kiełbasie mniej oficjalnie

Jak dla mnie, najlepszym opisem działalności Kabanosa jest utwór pochodzący z najnowszej (wydanej 15 września 2015 roku) płyty zespołu, zatytułowanej „Balonowy Album”. Kawałek ten nosi tytuł „Moja piosenka”. Zenek Kupatasa (to pseudonim, nie prawdziwe nazwisko) – wokalista i lider Kabanosa – śpiewa tam:

Moja piosenka
Nie musi się podobać
Nie musi opowiadać
Nie musi się sprzedawać
Nasza piosenka
Nie musi mieć trzech minut
Nie muszą grać jej w radiu
Nie musi mieć sensu

To całkowita prawda: Kabanos od samego początku, czyli od sierpnia roku 1997 (miejsce urodzenia: ulica Sikorskiego 3, Piaseczno), konsekwentnie podąża swoją własną ścieżką. Niezależnie od tego, czy komuś się to podoba, czy też nie, gra po prostu to, co w danej chwili chce. Bez względu na reakcję otoczenia…

Ogromnym ułatwieniem jest tutaj na pewno to, że jeden z muzyków kiełbasy – Witalis Witasroka – ma salę prób, a drugi – Fons (Ildefons Walikogut) – ma studio nagrań. Dzięki temu przez cały czas Kabanos pozostaje poza wszelkimi wpływami z zewnątrz i związanymi z tym zależnościami. Ciężko mi jest bowiem sobie wyobrazić, żeby jakieś poważne wydawnictwo zdecydowało się wydać np. utwór opowiadający o przygotowywaniu zupy kalafiorowej…

I tym chłopaki z Kabanosa naprawdę mi imponują: robią to, co chcą – nie oglądają się na innych, nie zastanawiają, czy ktoś nie będzie się z nich śmiał. I – jak podkreślili to w wywiadzie, do którego link wkleiłem kilka akapitów wcześniej – dzięki temu pozostają naprawdę szczerzy.

Mnie czasami zdarza się napisać jakiś tekst: czy to piosenkę, czy wiersz. Ale później ląduje on w szufladzie lub w koszu. Tymczasem naprawdę przydałoby mi się tutaj takie kabanosowe podejście: po prostu podzielić się radosną twórczością ze światem. Jak się komuś spodoba – to super. Jeśli nie – to trudno. To przecież moje własne teksty i już.

No i ta wspomniana niezależność – chłopaki pokazali, że nawet bez jakichkolwiek funduszy i wsparcia można zrobić coś ciekawego. Jeśli kiedyś w końcu napiszę książkę i odważę się ją wydać, to zrobię to własnym sumptem. DIY. A co!

Prezentacja

To co, jeszcze parę kawałków Kabanosa. Bo słowa słowami, ale najlepiej niech chłopaki zaprezentują się sami:

Ostatnie pytanie

I jak? Widzimy się 28 listopada w klubie Teatr from Poland? Bilety na koncert jeszcze są…

***

Tytuł artykułu zaczerpnąłem z tekstu utworu „Moja piosenka”. Wg mnie idealnie oddaje on bowiem inność Kabanosa…

***

Aha, no i spodziewajcie się kolejnego artykułu o Kabanosie. Oczywiście z relacją z koncertu.

Wybory w roku 2015

Wybory do sejmu i senatu już za kilkadziesiąt godzin. Nic więc dziwnego, że uśmiechniętych twarzy i pełnych obietnic haseł spoglądających z plakatów rozwieszonych na słupach, znakach, latarniach, płotach, billboardach i na czym tylko się da, przybywa jak grzybów po deszczu. Albo korzystając z terminologii matematycznej (o której już zapomniałem, a którą przypomniał mi H. P. Lovecraft w jednym ze swoich opowiadań): ich ilość „potęguje się raczej w postępie geometrycznym niż arytmetycznym”.

Jednakże na którą partię i kandydata/kandydatkę pójdziecie głosować oraz czy w ogóle wybierzecie się do lokali wyborczych, to już wasza sprawa. Ja tymczasem ze swojej strony chcę w tym artykule przedstawić wam partię, na którą od dawna z powodzeniem stawiam i która jeszcze mnie nie zawiodła. „Jest taka?” – zapytacie? Ano jest.

Partia, którą mam na myśli, powstała w Warszawie w 1995 roku. Założyli ją Lesław Strybel oraz Arkus. Nazwali ją natomiast po prostu… Partia.

Zdziwieni? Nie znacie takiej? No to wyjaśniam: artykuł ten dotyczy zespołu muzycznego o takiej właśnie nazwie – „Partia”. O polityce pisać bowiem ani dzisiaj, ani jutro, ani w przyszłości nie będę – do tego tematu jest mi naprawdę daleko. Ale ponieważ całkiem dobrze używa mi się tego politycznego słownictwa, korzystając z niego chcę poprowadzić cały ten artykuł.

Nazwa

Jak nazywa się zespół Partia? „Yyy, Partia?” Brawo! Jak zdołałem ustalić, o dziwo nie ma ona jednak zbyt wiele wspólnego z polityką. Lesław przyznaje bowiem, że ta – podobnie jak piłka nożna – po prostu go nie interesuje.

Początki

Lata ’90 w muzyce? Zdominowane przez pop, muzykę elektroniczną i hip-hop. Jak w jednym z wywiadów przyznał Lesław: „falami eteru rządziły Varius Manx i Wilki, a alternatywna młodzież gustowała w przeideologizowanym punk rocku oraz reggae”. W takim właśnie czasie na warszawskim Żoliborzu pojawili się Lesław i Arkus – poszukujący pomysłu na życie fascynaci muzyki, przyjaciele od najmłodszych lat, a od siódmego roku życia także bracia krwi (żyły podcięli sobie cyrklem…).

Orientacja polityczna, tzn. muzyczna

Jakiego rodzaju muzykę zaprezentowała światu Partia? Ciężką do określenia jednym słowem mieszankę rock’n’rolla – przede wszystkim jego pierwotnej wersji, czyli rockabilly – rocka i punku.

Program

O czym śpiewa zespół z Żoliborza? W ich utworach przewija się nie tylko wątek warszawski („Warszawa i ja”, „Światła miasta”, „Żoliborz – Mokotów”). Pisząc teksty, Lesław często sięga po tematy, których inni unikają lub które ignorują, np. niedookreśloną osobowość. Kreuje też postaci życiowych outsiderów, samotnych i nierozumianych przez otaczających ich ludzi („Adam West”).

Dokonania

Generalnie rzecz biorąc, dorobek Partii obejmuje cztery albumy studyjne:

  • Partia
    – z 1998 roku, zawierający 12 utworów (w tym najbardziej znany: „Warszawa i ja”);
  • Dziewczyny kontra chłopcy
    – z roku 1999, 11 utworów (w tym „Kieszonkowiec Darek”, „Chciałbym umrzeć jak James Dean”, „Adam West”);
  • Żoliborz – Mokotów
    – z roku 2001, 10 utworów (genialne „Światła miasta”);
  • Szminka i krew
    – z roku 2002, 14 utworów (w tym dwa nowe rewelacyjne: „Powietrze” i „Nieprzytomna z bólu”. Resztę stanowią covery i nagrania koncertowe).

Natomiast biorąc rzecz mniej generalnie, na konto Partii należy zaliczyć sześć albumów. O piątym przeczytacie w podpunkcie Zwolennicy. Szóstym jest natomiast album zatytułowany „Umrzeć jak James Dean (The Best Of)”, w wersji na płycie CD zawierającym 16 utworów.

Koniec

W 2002 roku Lesław oraz Arkus po raz pierwszy wystąpili ze swoim nowym projektem noszącym nazwę „Komety”. Miało to miejsce w filmie „Głośniej od bomb” wyreżyserowanym przez Przemysława Wojcieszka. Rok później, czyli gdy w kalendarzach dominujące miejsce zajmował już napis „2003”, Partia została oficjalnie rozwiązana. I jak w innym wywiadzie stwierdził sam Lesław, zespół ten już nigdy nie będzie reaktywowany (chociaż skład Komet co do nogi pokrywa się z ostatnim składem Partii…). Jak przyznał lider, w ten sposób legenda będzie ciągle żywa. Podsumował to też z uśmiechem, mówiąc: „Atrakcyjność Partii polega na tym, że ten zespół już nigdy nie zagra”.

Zwolennicy

Za „życia” zespół nie cieszył się jakąś ogromną popularnością (warto wspomnieć, że na początku mieli ogromne problemy ze znalezieniem wydawcy: „granie na gitarach jest niemodne, bo młodzież słucha hip-hopu i techno”). Rzecz zmieniła się natomiast już po jego rozwiązaniu. O silnym wpływie, jaki wciąż wywiera na fanów i cały muzyczny świat, niech świadczy fakt, że w 2005 roku (czyli dwa lata po zakończeniu działalności) nagrana została płyta „Tribute to Partia”.

Zawiera ona 24 utwory zespołu wykonane przez innych artystów, m.in. Pustki („Powietrze”), happysad („Oskar Hell”), Muchy („Nieprzytomna z bólu”) oraz The Analogs („Światła miasta”).

Prezentacja

Jako wyborcy wolicie bardziej czyny niż słowa? Poniżej prezentuję więc listę moich ulubionych piosenek Partii wraz z linkami odsyłającymi do serwisu YouTube. Przesłuchajcie, pokontemplujcie, w sercach i umysłach oceńcie. Jeśli się spodobają (lub nie), dajcie o tym znać w komentarzach. Przekonajcie się, że na tę Partię warto stawiać, bo nigdy nie zawiedzie (tak przynajmniej jest w moim przypadku).

(Uwaga: wklejam linki zamiast filmów, żeby nie obciążać waszych łączy internetowych. Bo może ktoś z was czyta ten artykuł na smartfonie lub tablecie, jadąc akurat autobusem albo korzystając z wolnej chwili w pracy. Po co więc zabierać cenny transfer na ładowanie wideo? Zniechęcicie się i później nie będziecie chcieli czytać moich kolejnych artykułów).

Moje ulubione kawałki Partii:

***

Większość tego artykułu powstała w czasie mojej wędrówki po mieście. Jak tym razem (o poprzednim piszę tutaj) poradziłem sobie z oporną aplikacją? Zamiast w edytorze WordPressa, pisałem w Notatkach. Potem tylko to skopiowałem. Ha! Geniusz!

***

W artykule tym powołuję się na dwa wywiady. Pierwszy z nich znajdziecie pod tym adresem, a drugi tutaj.

Pidżama, Pidżama

Pidżama Porno

17 października o godzinie 20:00 pojawiłem się (razem z żoną i znajomymi) w łódzkim klubie „Wytwórnia”. Okazja wyśmienita, gdyż w ramach swojej jesiennej trasy koncertowej wystąpiła tam legenda polskiej muzyki (punk)rockowej – zespół Pidżama Porno.

Próbowałem dokumentować to wydarzenie – żeby były zdjęcia (lub chociaż jakieś jedno): do niniejszego artykułu, „na fejsika” i na Instagrama… No ale w warunkach koncertowo-bojowych, tzn. przy ogólnie niewielkim oświetleniu, a za to mocno oświetlonej scenie i reflektorach przeczesujących widownię oraz konieczności zoomowania (nie stałem blisko muzyków), nawet 8 megapikseli okazało się niewystarczające. Chyba że po prostu nie umiem robić zdjęć… Jakby nie było, musi wam wystarczyć moja relacja słowna i setlista, którą na bieżąco skrupulatnie notowałem. A jeśli już tak bardzo chcecie tych zdjęć, to poszukajcie ich sobie w internetach sami. Mnie się nie chce szukać…

Setlista (kursywą w nawiasach podaję nazwy albumów, z których pochodzi dany utwór):

  1. Nocny gość (Marchef w butonierce)
  2. Ach co za dzień (Futurista)
  3. Kocięta i szczenięta (Futurista)
  4. Taksówki w poprzek czasu (Marchef w butonierce)
  5. Grudniowy blues o Bukareszcie (Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy)
  6. 28 (One love) (Złodzieje zapalniczek)
  7. Goszka (Styropian)
  8. Dłoń, która podpisała papier (Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy)
  9. Idą brunatni (Marchef w butonierce)
  10. Kotów kat ma oczy zielone (Bułgarskie centrum)
  11. Do nieba wzięci (Styropian)
  12. Marchef w butonierce (Marchef w butonierce)
  13. Film o końcu świata (Futurista)
  14. Chłopcy idą na wojnę (Marchef w butonierce)
  15. Ulice jak stygmaty (Futurista)
  16. Bułgarskie centrum (Bułgarskie centrum)
  17. Wirtualni chłopcy (Bułgarskie centrum)
  18. Ezoteryczny Poznań (Złodzieje zapalniczek)

Bisy:

  1. Noc jak noc (Marchef w butonierce)
  2. Brudna forsa (Marchef w butonierce)
  3. Twoja generacja (Marchef w butonierce)

Drugie bisy:

  1. Droga na Brześć (Bułgarskie centrum)
  2. Pasażer (Ulice jak stygmaty)

Wrażenia i przemyślenia

Pidżama, jak to Pidżama. Nudno, smutno, bez polotu.

Żartuję oczywiście („ha! ha! ha! Cudowny żart, boki zrywać!”).

Wyłapując (już po koncercie) głosy z tłumu w przeważającej części słyszałem, że koncert był świetny. I do tej opinii się podłączam – mnie również bardzo się on podobał. Chociaż – szczerze powiedziawszy – był to mój pierwszy koncert Pidżamy w życiu. Nie mam więc możliwości porównać go z żadnym innym. (Mieliśmy już z żoną kupione bilety na koncert w Katowicach w marcu 2015. Jednakże dopadła nas choroba i w ostatniej chwili musieliśmy je odsprzedać. A znajomi nie zachorowali i pojechali…).

Jakie jeszcze komentarze dotarły do mnie z tłumu? Komuś nie podobała się aranżacja jednego z utworów (przeglądam setlistę z góry na dół, z dołu do góry i na wyrywki, ale za nic w świecie nie mogę skojarzyć, o który to kawałek chodzi). Ktoś inny jeszcze stwierdził, że Grabaż nie nadąża za melodią i po prostu nie ma już siły śpiewać. W sumie trochę w tym racji jest: Grabaż ma już przecież 50 lat, a od ponad trzydziestu występuje na scenie (oczywiście nie non stop. Robi sobie przerwy na posiłki i codzienne życie). Nie ma się co dziwić, że część sił już go opuściła i po prostu nie jest już w stanie ani śpiewać, ani skakać po scenie z wigorem godnym dwudziestolatka.

Nevermind. Najważniejsze, że – podkreślę to jeszcze raz – mnie się bardzo podobało. Tym bardziej, że zagrali też kawałki, na które najbardziej liczyłem: „Wirtualni chłopcy”, „Kocięta i szczenięta” oraz „Twoja generacja”. Gdyby zagrali jeszcze utwory „Outsider”, „Egzystencjalny paw” oraz „Tom Petty spotyka Debbie Harry”, byłoby już idealnie… No ale z drugiej strony nie można mieć przecież wszystkiego.

Miejscówka

I jeszcze słówko o klubie „Wytwórnia”. Mnóstwo miejsca, dzięki czemu nawet te tłumy – jak to na Pidżamie – spokojnie się pomieściły. Także powietrze było praktycznie cały czas świeżutkie (na pochwałę zasługuje tu dobra wentylacja, zakaz palenia oraz to, że nie staliśmy pod samą sceną, gdzie często tańczono pogo i uprawiano crowd surfing). Dopiero pod sam koniec do nosów na chwilę dobiegła mało przyjemna woń wydzielana przez spoconego fana przeciskającego się przez tłum…

Ostateczny wniosek

Ech, pojechałbym na Pidżamę ponownie… W sumie nic straconego: łódzki koncert był dopiero piątym podczas tej trasy koncertowej. W kolejce jest jeszcze jedenaście. Hmm, może się gdzieś znowu wybiorę…

Z przewagą na „może”, bo musi mi jeszcze zostać gotówka na bilet na koncert Kabanosa 28 listopada w częstochowskim TfP. Ale o tym już może innym razem.

***

W skrócie o zespole: Pidżama Porno powstała w grudniu 1987 roku z inicjatywy ówczesnych studentów poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza – Krzysztofa Grabowskiego i Andrzeja Kozakiewicza. W ciągu swojej bogatej, prawie trzydziestoletniej działalności nagrali:

  • siedem albumów studyjnych: „Ulice jak stygmaty” (1989), „Futurista” (1990), „Złodzieje zapalniczek” (1997), „Styropian” (1998), „Ulice jak stygmaty – absolutne rarytasy” (1999), „Marchef w butonierce” (2001), „Bułgarskie Centrum” (2004);
  • jeden minialbum: „Zamiast burzy” (1994);
  • dwa albumy koncertowe: „Koncertówka part 1” (2002), „Koncertówka 2. Drugi szczyt” (2003);
  • trzy DVD: „Finalista” (2007), „Dwadzieścia” (2008), „Breżniew… ujrzałem śmierć na scenie” (2012).

Obecny skład zespołu to Krzysztof „Grabaż” Grabowski, Andrzej „Kozak” Kozakiewicz oraz Rafał „Kuzyn” Piotrowiak. W czasie koncertów wspierają ich Longin Bartkowiak oraz Mariusz Nalepa.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Sławomir Nakoneczny.

Welcome To My World

Shame

„Kiedy byłem / Kiedy byłem małym chłopcem, hej”, praktycznie w każdą sobotę rano oglądałem w telewizji Polsat programy z piosenkami disco polo. „Yeti, Yeti w górach ma swój dom” niestety jakoś trwale się zakodowało w którymś z zakątków umysłu. Czasami się stamtąd wyłania i kaleczy mój mózg. Mając może siedem, osiem lat miałem co prawda świadomość istnienia na przykład takiego zespołu jak Dżem. Wiedziałem nawet, że mają oni utwór zatytułowany „Czerwony jak cegła”. Właśnie: tylko wiedziałem. Ale żebym znał chociaż odrobinę więcej tekstu, niż sam początek refrenu: „Czerwony jak cegła”. Serio! Trzy słowa! Tylko tyle! No szkoda…

A co z lekcjami muzyki w szkole podstawowej? Grałem tam na dętym instrumencie muzycznym z grupy drewnianych, a mianowicie na flecie prostym. Pisząc, że grałem, mam na myśli oczywiście nieudolne próby wydmuchania gamy.

Na keybordzie Casio, który też gdzieś się w międzyczasie przewinął, nie opanowałem nawet odwiecznego szlagieru „Wlazł kotek na płotek”.

A gitara elektryczna, którą kupiłem w (chyba) 2007 roku? Leży sobie cichutko i spokojnie u góry na szafie. Jej głównym celem istnienia jest obecnie zbieranie kurzu oraz przeszkadzanie mi w czasie przenoszenia tegoż właśnie mebla. Choć z drugiej strony nie jest też wcale tak źle. Mogę się tu bowiem pochwalić większymi osiągnięciami niż w przypadku fletu i keybordu. Kojarzycie ten grany na (bodajże) pianinie wstęp z piosenki „Nemo” zespołu Nightwish? No to umiem go wyszarpać na strunach. Pod warunkiem, że czysto w nie trafię…

Enjoy the Silence

Pamiętam takie wydarzenie z mojego życia: początek nauki w gimnazjum (czyli dawno temu i w odległej galaktyce). Pierwsze zajęcia (prawdopodobnie godzina wychowawcza): przedstawiamy się, mówimy coś o sobie i swoich zainteresowaniach. Ogólnie rzecz biorąc – pierdoły. Na przekór kolegom, którzy mówili, jakiej muzyki słuchają (np. grunge’u w wykonaniu Nirvany – Robert K., pozdrawiam), ja dumnie podkreśliłem, że muzyki nie słucham.

Tak naprawdę było! W pewnym momencie muzyka stała się dla mnie całkowicie obca. Cieszyłem się raczej z życia w ciszy.

New Life

Jakiś czas po tych gimnazjalnych wyznaniach dostałem (od rodziców, nie kolegów) wieżę firmy Panasonic. Radio, odtwarzacz płyt CD i kaset magnetofonowych zamknięte w jednej obudowie. No i powoli zacząłem znowu słuchać. Tym razem kawałków promowanych przez radiowych didżejów. I jakichś innych wybranych przez siebie piosenek, które na płycie CD wypalili mi życzliwi koledzy dysponujący nagrywarką. Co prawda nie było to już disco polo, jednak i tak wolałbym o tych koszmarkach nie pamiętać…

Nastał jednak rok 2005. Brytyjski zespół Depeche Mode (tak, to ci goście z tytułowego zdjęcia) wydał wtedy swój jedenasty studyjny album „Playing the Angel”. Całkowitym przypadkiem usłyszałem pierwszych 30 sekund utworu „Precious”. To wystarczyło, by moja przygoda z muzyką zaczęła się na dobre.

Just Can’t Get Enough

Od tych wydarzeń (z roku 2005) minęło już dziesięć lat, a ja ciągle nie mam dość ani Depeche Mode, ani muzyki samej w sobie. Co więcej, miłość do tego zespołu – mimo upływu czasu – wcale nie osłabła. Chociaż zapalonym depeszowcem nie jestem, też mogę się pochwalić drobną kolekcją, w skład której wchodzą:

  • album „Delta Machine” (rok 2013, wersja Deluxe Edition);
  • singiel „Heaven” z powyższego;
  • koszulka;
  • kubek, który dostałem w prezencie od żony (widnieje na nim okładka mojego ulubionego albumu: „Songs of Faith and Devotion” z 1993 roku).

Przy okazji taka ciekawostka: dlaczego przez pewien czas nosiłem baki i chodziłem w czarnej, skórzanej kurtce? Wystarczającą odpowiedzią niech będą oczywiście dwa słowa: Depeche Mode.

Co jakiś czas – rzecz jasna – zmienia się to, czego słucham. Ciągle jednak oscyluje to w granicach muzyki rockowej. Nirvana, Foo Fighters, Red Hot Chili Peppers, AC/DC, Radiohead, Pidżama Porno, Coma, Farben Lehre, Kabanos (polecam zwłaszcza „Klocki”), Myslovitz (w składzie z Arturem Rojkiem, ale tego chyba nie muszę dodawać)… Czasami dojdzie do tego trochę trance’u (idealny do słuchania w czasie programowania i sprzątania – bo nie rozprasza), chillout’u albo lounge’u.

W pewnym momencie (czyli po przeczytaniu „Maszyny różnicowej” autorstwa W. Gibsona i B. Sterlinga) przeżyłem też poważną fascynację steampunkiem. Słuchałem więc namiętnie amerykańskiego zespołu Abney Park. Swoją drogą – mają rewelacyjne kawałki, np. „Airship Pirate”. I ten genialny refren w tym właśnie utworze: „With a crew of drunken pilots / We’re the only airship pirates / We’re full of hot air and we’re starting to rise / We’re the terror of the skies, but a danger to ourselves now”.

Albo miłość do reprezentantów Mysłowickiej Sceny Niezależnej: Delons, Negatyw, Generał Stilwell, Penny Lane, Gutierez. Ach, wspomnienia…

I oczywiście cudowny Scatman John. Ale mogę go słuchać tylko wtedy, gdy jestem w domu sam. Żona go nie cierpi i tego nie ukrywa: „Wyłącz to!!!”…

Soothe My Soul

No cóż, wciąż szukam czegoś nowego. Czegoś, co znowu mnie zauroczy i zawładnie moim muzycznym sercem. Dobra muzyka jest bowiem takim pięknym ukojeniem, zarówno tłem, jak i treścią życia… Chlip, chlip, będę płakał…

Goodnight Lovers

Dość, wystarczy już tych uzewnętrznień i bełkotliwych pseudopoezji.

Niech ten tekst – moja muzyczna i życiowa historia – będzie odpowiednim wstępem do dalszych artykułów i rozważań na temat szeroko rozumianej sztuki. W tej bowiem dziedzinie mam jeszcze całkiem sporo do przekazania.

***

Jak wam się podoba taka wersja pierwszego artykułu na moim blogu, swoistego „Hello, World!”? Nie chciałem was zanudzać tekstem typu: „Nazywam się tak i tak, mam lat tyle a tyle, lubię to i to, a będę pisał o tym i o tym, więc zapraszam. Miłej lektury”. Bleee… Tego typu formułkę znajdziecie po kliknięciu przycisku menu. Jeśli jeszcze tego nie odkryliście, jest to ten guziczek u góry po prawej – tak, tak, te trzy poziome kreseczki w kwadraciku.

***

Zdjęcie tytułowe pochodzi z oficjalnej strony zespołu Depeche Mode: depechemode.com. Mam nadzieję, że chłopaki się nie pogniewają, że użyłem go na moim blogu.

Natomiast w charakterze tytułu tego artykułu oraz śródtytułów wykorzystałem oczywiście nazwy utworów tejże właśnie basildońskiej grupy.