Zestarzałem się szybciej niż The Cure…

The Cure w Atlas Arenie

Dzień, w którym osiągnę wiek będący jednym z warunków niezbędnych do starania się o członkostwo w słynnym Klubie 27, zrzeszającym wiele sławnych osobistości, jeszcze półtora miesiąca przede mną. Ale i tak od 20 października czułem się wyjątkowo staro…

(Uwaga: artykuł pisany tak, jakby wciąż był czwartek, 20 października 2016).

Kjurzy…

Wesoły autobus

Świadomie rezygnując z przywilejów, jakie daje bycie pasażerem, zasiadam za sterami wesołego autobusu, by pomimo deszczowej pogody poprowadzić pozytywnie nastawioną, pięcioosobową gromadkę asfaltową szosą wprost do Łodzi. Okazja całkiem zacna: pierwszy od ośmiu lat koncert zespołu The Cure w Polsce. Bilety na to wydarzenie posiadamy już od roku… Oprócz kumpla, który na co dzień para się filmowaniem. Ten swoją przepustkę kupuje spontanicznie w dniu imprezy…

Pozostawiamy pojazd na stacji Lukoil (miejsce przy krawężniku, Al. Adama Mickiewicza 2, Łódź – gorąco polecam) i udajemy się w pieszą, kilometrową wędrówkę do Atlas Areny. Mijając przedsiębiorczych koników machających tekturkami z napisem „Sprzedam bilet” oraz zdesperowanych fanów machających tekturkami z napisem „Kupię bilet”, docieramy do celu.

Niczym do Koloseum, wkraczamy na arenę, tzn. do Areny. I tak jak gladiatorzy dumnie wymachujący mieczami, tak my z biletami w dłoniach udajemy się w poszukiwaniu szatni, w której byłyby jeszcze jakieś wolne miejsca na nasz chroniący przed zimnem i deszczem przyodziewek. Znajdujemy takowe i pozostawiamy obciążające nas puchowe zbroje, oczywiście płacąc haracz w wysokości 2 polskich złotych od łebka. Eee, chciałem napisać: uiszczając stosowną opłatę…

Schodzimy na dół, na płytę. Wysłuchujemy tego, co ma do zaproponowania support. Oczywiście nie w całości, bo się na niego najzwyczajniej w świecie spóźniamy. Wiadomo: podróż niemalże prosto z pracy, trudne warunki na drodze, standardowo zakorkowana Łódź itd.

WC

Chwilę przed 20:30 – planowaną godziną rozpoczęcia najważniejszego występu, jaki tego wieczora (wieczoru?) odbywa się w Polsce – czujemy wołanie natury. Tatusia oszukasz, mamusię oszukasz, kolegów oszukasz, ale życia nie oszukasz… I z powrotem po schodach na górę, by oddać się poszukiwaniu stosownego miejsca. Ha, jest! Trzeba jeszcze tylko zejść innymi schodami na dół i grzecznie odstać swoje w kolejce. Ale udaje się: ważący parę litrów mniej odnotowujemy powrót na płytę jeszcze przed wydobyciem się z głośników pierwszych dźwięków utworów. W przeciwieństwie do widowni, która już wydaje okrzyki uwielbienia, chociaż scena jeszcze spowita mrokiem…

Zaczyna się…

Kilkakrotnie zmieniamy miejsce: a to dźwięk nie jest idealny, a to gorąco, a to nie widać… Wreszcie znajdujemy swój kawałek podłogi i już na spokojnie pogrążamy się w muzycznym transie.

Dziadzieję?

Sam koncert i moje wrażenia z nim związane są godne osobnego artykułu (ale czy takowy powstanie, nie obiecuję). Przeskoczmy więc w czasie do momentu, w którym zaczynam odczuwać gwałtowne posunięcie się w latach…

Oto bowiem na scenie gra zespół The Cure (powstały w roku 1976 w brytyjskim Crawley. Lider – natapirowany Robert Smith, lat 57 [ur. 21.04.1959] – mógłby być moim ojcem).

Kjurzy, znani z dawania długich koncertów, i tym razem nie zawodzą: grają, grają i grają. 2 godziny i 40 minut… Przy „standardowym” czasie – półtorej do dwóch godzin – jaki na koncerty przeznaczają najczęściej inne zespoły, prawie trzy godziny tego muzycznego spektaklu wydają się długością wręcz kosmiczną. A chłopaki ciągle dają radę…

A na widowni jest Bartosz aka poSZTUKOwany (powstały [choć odpowiedniejsze byłoby słowo „urodzony”] 14 lat później niż zespół i 31 lat później niż Smith). I nie może już wytrzymać. Ok, The Cure nie są moim ulubionym zespołem. Wielu ich piosenek nie znam. Do tego dochodzi jakieś całodniowe zmęczenie. No i zaczynam już stąpać z jednej owłosionej nóżki na drugą równie owłosioną nóżkę.

Ale litości… W tym wieku nudzić się już koncertem? Naprawdę dziadzieję?

Cure znaczy „lekarstwo, kuracja, uzdrowienie”

(Wróćmy już do właściwego czasu, tj. 23 listopada 2016 – to właśnie dzisiaj piszę ten tekst).

Na szczęście Robert Smith i spółka ostatecznie okazali się dla mnie – zgodnie z nazwą swojego zespołu – skutecznym lekarstwem. Oni plus pewna osoba (tak: to Ty, mój kumplu wstający codziennie o zabójczej dla 99,99% ludzi godzinie), dali mi skutecznego kopa w tyłek i zmotywowali do działania.

Minął miesiąc, zdziadzienie minęło. I oby już nigdy się nie pojawiło. Będę się o to starał ze wszystkich sił.

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Travelbay. Wykonał je podczas koncertu zespołu The Cure w łódzkiej Atlas Arenie 20 października 2016. Umieścił je w darmowych zasobach Wikipedii, skąd je pobrałem.

Moje zdziadzienie spowodowało, że nie zrobiłem nawet jednego zdjęcia…

***

I jeszcze jedno: nie mam najmniejszego zamiaru wstępować do Klubu 27 (chociaż towarzystwo miałbym tam wyborne: Kurt, Amy, Jim, Janis, Jimi…). To wyjaśnienie na wypadek, gdyby ktoś opacznie zinterpretował wstęp do tego artykułu.

Jaki tu spokój, na na na na….

Cisza w lesie...

Zawarty w tytule cytat z piosenki zespołu Stauros to jedyne słowa, jakie przychodzą mi do głowy, gdy wchodzę na mojego bloga. Poprzedni artykuł pojawił się bowiem niemal dwa miesiące temu!!!

Wstyd… Wstyd… Wstyd…

Trochę weny dopadło mnie dzisiaj: odkurzyłem podłogi, zmieniłem delegację domeny znajomego na nowy serwer, pogrzebałem trochę przy stronie drugiego, teraz skrobię kilka zdań.

Może winne temu wszystkiemu jest to, że nie piszę tak jak Stephen King, czyli codziennie? Może za mało czytam? Może za szybko się zniechęcam, gdy w trakcie pisania zaczyna mi brakować słów lub pomysłów na kolejne linijki?

Muszę po raz kolejny przeczytać książkę mistrza literatury grozy, z którą zapoznałem się w czasie wakacyjnego plażowania: „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. To podstawowa pozycja dla każdego, kto chce pisać i tworzyć w ogóle. Po raz kolejny przeczytać, tym razem zrobić notatki i napisać o tym artykuł. Taki, który zachęci was do zapoznania się z tym pamiętniko-poradnikiem oraz pomoże mi ugruntować zdobytą wiedzę.

Tymczasem…

… jest czego żałować

Minęły niemal dwa miesiące i obok przemknęło tyle tematów, w których śmiało mógłbym się wypowiedzieć… Jakie na przykład? M.in. 25 rocznica wydania albumu „Nevermind” przez Nirvanę, wydanie albumu przez Comę, koncert Kabanosa w częstochowskim TfP, koncert legendarnej grupy The Cure w łódzkiej Atlas Arenie… Chociaż może nic straconego i o Comie oraz Kjurach jeszcze artykuły powstaną. Wszak ich zaczątki już są i biedne oraz prawie zapomniane kurzą się w odmętach szkiców w moim wordpressowskim kokpicie.

Nikt się nie bawi?

Na zakończenie tych mało uporządkowanych wywodów jeszcze jeden kawałek, który ostatnio chodzi po mojej głowie (a o którym artykuł raczej nie powstanie. A może jednak?). Przed wami lekka, przyjemna i humorystyczna „Lola” autorstwa brytyjskiego zespołu The Kinks z roku 1970:

I niech kawałek ten zwiastuje nową jakość na poSZTUKOwanym. Wszak właśnie dzięki niemu – jak podaje Wikipedia – „zespół [The Kinks, przyp. autora], po chwilowym załamaniu popularności, odzyskał rynek brytyjski i amerykański”.

Dobranoc.

Lana

Drugi dzień z rzędu płynie mi leniwie w towarzystwie Lany…

Spokojnie, nie dzieje się nic złego, nie musicie powiadamiać mojej żony. Ona zresztą dobrze o wszystkim wie i nie ma nic przeciwko.

Uspokoję was po raz drugi: nie, nie jesteśmy patologiczną rodziną. No bo przecież cóż może być złego w słuchaniu muzyki? Tak, tak, wspomnianą Laną jest oczywiście Lana Del Rey.

A któż to jest ta Lana?

Lana Del Rey, a właściwie Elizabeth Woolridge Grant, urodziła się 30 lat temu w Nowym Jorku. Jest autorką tekstów, modelką, ale też przede wszystkim wokalistką. Jeśli wierzyć Wikipedii, style muzyczne, w których się obraca, to indie pop, alternatywny pop/rock, chamber pop i sadcore.

To oczywiście gwoli formalności i ścisłości, bo wydaje mi się niemożliwe, żebyście nigdy jej ani o niej nie słyszeli. No chyba że mieszkacie na jakiejś odludnej wyspie lub w dżungli i nie macie kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale wtedy nie macie też raczej dostępu do Internetu. Czyli nie możecie przeczytać też tego artykułu… OK, ten akapit robi się bezsensowny, więc zacznę go jeszcze raz.

To oczywiście gwoli formalności i ścisłości, bo wydaje mi się niemożliwe, żebyście nigdy jej ani o niej nie słyszeli. Jeśli tylko słuchacie radia, to na pewno się na nią (już nie jeden raz) natknęliście. „Video Games”, „Summertime Sadness”, „Born to Die”, „Blue Jeans”… Grają to w radiu. Więc na sto procent słyszeliście, tylko może po prostu nie kojarzycie. (Choć i tak wydaje mi się to niemożliwe).

Pierwsze spotkanie

Jeśli pamięć mnie nie myli, pierwszy raz z Laną spotkałem się na początku roku 2012. Usłyszałem wtedy refren wymienionego przed chwilą utworu „Video Games”.

Czy mnie zauroczył, zainteresował? Spodobał mi się czy nie? A może przeszedłem obok niego obojętnie? To było prawie cztery lata temu. Mam prawo nie pamiętać…

Kolejne spotkania

Jakoś tak się stało, że w którymś momencie do mojego telefonu trafiły dwa albumy Lany: „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” z 2010 roku i „Born to Die” z roku 2012.

Raz częściej, raz rzadziej, ale jednak zawsze do nich wracałem. Z tego pierwszego albumu moją szczególną sympatię zyskał pozytywnie mi się kojarzący utwór „Queen of the Gas Station”, natomiast z drugiego podniosły „National Anthem” oraz pełen miłości i tęsknoty „Lucky Ones”.

Tu i teraz

A jak sytuacja wygląda w tym momencie? Tak jak rozpocząłem ten artykuł: „Drugi dzień z rzędu płynie mi leniwie w towarzystwie Lany…”.

Wczoraj i dzisiaj, niemal przez cały czas, z głośników dobiega jej głos. Tylko przez chwilę zmieniliśmy z moją Martą repertuar na The Cure. Bo tak przy okazji: 20 PAŹDZIERNIKA 2016 ROKU GRAJĄ W ŁÓDZKIEJ ATLAS ARENIE!!! TRZEBA JECHAĆ KONIECZNIE – TEGO NIE MOŻNA PRZEGAPIĆ!!! AAA!!! Tym bardziej, że – jak stwierdził jeden z kumpli – Robert Smith (wokalista) może długo już nie pożyć… To co, też jedziecie? Tylko jak przez was braknie nam biletów, to inaczej sobie porozmawiamy…

Wracając do Lany. Jak już zacząłem: Wczoraj i dzisiaj, niemal przez cały czas, z głośników dobiega jej głos. Przewijają się oczywiście utwory ze wspomnianych już albumów. Ale nadrabiam też zaległości. W 2014 roku wokalistka wydała bowiem album „Ultraviolence”, a we wrześniu roku obecnego (czyli 2015 – uprzejmie przypominam, jeśli zapomnieliście) „Honeymoon”.

Tym razem moje szczególne uznanie zyskały utwory „West Coast” i „High by the Beach” (odpowiednio z pierwszego i drugiego nadrabianego albumu).

Dlaczego Lana?

Dobrze mi się słucha Lany. Odpowiada mi jej głos i styl śpiewania. Jest w nim coś hipnotyzującego, urzekającego, uspokajającego, ale momentami też zadziornego. Jakaś nostalgia, głęboka tęsknota za czymś, czego nie potrafię ani określić, ani nazwać. Mnóstwo w nim również innych odczuć: miłości, oddania, pożądania, ale też i bólu.

Czuję, że idealnie pasuje on do mojego aktualnego nastroju. Tak bardzo mu odpowiada, że ani nie wprawia mnie w lepszy humor, ani mnie nie dołuje. Po prostu utrzymuje go w obecnym stanie. Tak więc myślę, że czeka mnie jeszcze parę dni z Laną, dopóki nastrój „samoistnie” lub za jakąś inną przyczyną nie ulegnie zmianie.

Perspektywy na przyszłość

A potem? Potem przy różnych okazjach znów będę do niej wracał. Czasami na krócej, czasami na dłużej. Bo o Lanie nie da się tak łatwo i szybko zapomnieć.

A wy?

Mam nadzieję, że wasze zdanie na temat zarówno Lany, jak i jej muzyki jest takie samo jak moje lub podobne. A jeśli nie jest ono jeszcze sprecyzowane, to dajcie jej szansę i również spędźcie z nią trochę czasu.

***

W nazwie albumu „Lana Del Ray A.K.A. Lizzy Grant” nie popełniłem literówki. Trzecia część pseudonimu artystki rzeczywiście brzmiała z początku „Ray”, a nie „Rey”. Przyznajcie się: zauważyliście to w ogóle, gdy czytaliście artykuł?