Pierwsza rocznica, czyli kilka powodów, dla których warto pisać

pierwsza rocznica

Ostatnio trochę się zakręciłem i rozleniwiłem… Nie, nie jestem z tego powodu dumny. Zatrzymała się realizacja przynajmniej dwóch interesujących, perspektywicznych projektów… A w blogowej chronologii powstała też półtoramiesięczna wyrwa.

No i odnośnie bloga: stała się rzecz straszna, a mianowicie przegapiłem pierwszą rocznicę jego powstania! 28 sierpnia 2015 roku pojawił się bowiem na nim mój pierwszy artykuł – Welcome To My World. A dzisiaj mamy już 2 września 2016…

No trudno. Stało się. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, tzn. przegapionym świętem, chcę się skupić na korzyściach, jakie w ciągu tego roku stały się moim udziałem dzięki pisaniu.

Bartuś, przyjacielu, czytaj uważnie. Pamiętasz, jak jakiś czas temu zadałeś mi pytanie, co ja mam z tego blogowania?

1. Doświadczenie

To chyba najbardziej oczywista korzyść. Chociaż w ciągu tych 365 dni powstało tylko 30 artykułów (2,5 na miesiąc. Średnia miała wynosić 4… A 31 tekst opublikowałem już po rocznicy), to i tak zdecydowanie poprawiły się moje umiejętności pisarskie. Takiego artykułu, jak ten któryś z pierwszych, na pewno bym już dzisiaj nie napisał. Poza tym odnosząc się do pisarskiego skilla:

2. Nowa praca

Gdy zaczynałem tworzyć poSZTUKOwanego, robiłem w fabryce (jedną rzecz tu wtrącę poza tematem, żeby nie wyszło, że narzekam: sporo się wtedy nauczyłem, np. odporności na stres, gdy czas pomyka, a rzeczy do zrobienia przybywa).

Od prawie pięciu miesięcy pracuję: biurko, komputer, kawka, świetna atmosfera i „witaminki E”, którymi w postaci chipsów raczy nas Damian (dzisiaj – zamiast chrupek – były ciastka kokosanki). Wiem, że w osiągnięciu tego pomogło mi na pewno doświadczenie (patrz punkt wyżej) zdobyte w pisaniu (oprócz tworzenia bloga i jeżdżenia „rydwanem” w fabryce, dorabiałem bowiem też trochę jako copywriter). Nie mogę również nie wspomnieć tu oczywiście o znajomości HTML-a i CSS-a, które także w obecnej pracy są mi niezbędne (za nie dzięki składam Piotrkowi K. i pr0d1r2’owi).

A rozmowa kwalifikacyjna do tej pracy? Najlepsza, na jakiejkolwiek byłem.

(I słówko wyjaśnienia, żeby nikt się nie poczuł urażony: dla mnie „robota” to coś, gdzie chodzi się bez przyjemności, raczej z przymusu. Natomiast „praca” jest czymś, co wykonuje się z chęcią i gdzie idzie się z radością. Tak więc ktoś może czuć zupełnie odwrotnie niż ja: siedzenie osiem godzin za biurkiem będzie dla niego karą, a bieganie po hali czymś idealnym).

praca za biurkiem
to nie jestem ja, chociaż też pracuję przed komputerem i mam wąsy

3. Kontakty w radio

Pierwszą osobą, która zaczęła obserwować mojego bloga i śledzić w ten sposób moje pisanie, jest Ola pracująca w radiowej Trójce. Tak więc dzięki blogowaniu mam teraz znajomą na Myśliwieckiej w Warszawie i artykuł o przekleństwach w muzyce (bez pomocy Oli by nie powstał). Dzięki wielkie!

4. Skupienie na sobie wzroku mistrza

Pamiętacie mój artykuł o Ambiancé – powstającym najdłuższym filmie wszechczasów, reżyserowanym przez szwedzkiego artystę, Andersa Weberga? Za tekst ten w komentarzu pod nim podziękował mi sam reżyser, właśnie Weberg. Z głową w chmurach chodziłem przez kilka dni!

Tak na szybko

Te cztery rzeczy to coś, co tak na szybko przychodzi mi do głowy w temacie korzyści odniesionych z blogowania.

O czym warto jeszcze wspomnieć?

Swoimi tekstami w pewnych środowiskach wzbudziłem całkiem sporo kontrowersji. Np. artykułem o Kurcie Cobainie i o tym, czego możemy się od niego nauczyć. Polecam. Według mnie daje do myślenia.

Czytaliście książkę „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga? Mojemu Idealnemu Czytelnikowi – mojej żonie Marcie – nie podoba się tylko jeden z do tej pory napisanych przeze mnie artykułów: ten o Lanie del Rey. Polecam. Mnie się podoba.

I jeszcze o prędkości: niektóre teksty napisałem szybko. Na przykład relacja z koncertu Kabanosa powstała w 2 i pół godziny. Nad innymi posiedziałem dłużej: wspomniany już tekst o przekleństwach w piosenkach kształtował się przez 6 miesięcy…

czas pisania
pisanie najczęściej zabiera jednak sporo czasu…

Perspektywy

Przewidywania na przyszłość? Muszę wprowadzić w życie rady Kinga ze wspomnianej wyżej książki, przeczytanej (na czytniku) na gdańskiej plaży podczas ostatnich wakacji: pisać, pisać, pisać. Codziennie. I czytać, czytać, czytać. Codziennie. A wtedy – gorąco w to wierzę – nie będzie już na moim blogu tak długich odstępów pomiędzy kolejnymi artykułami.

Trzymajcie się, poSZTUKOwany.

Bluzgać (nie) każdy może

brzydkie słowa

Stare dobre czasy?

palenie młodych

Osoby mające już trochę więcej lat opowiadają, że kiedyś było to wręcz nie do pomyślenia, by młoda osoba paliła papierosy. Gdyby jednak jakiejś to się zdarzyło, to na widok kogoś dorosłego od razu wyrzuciłaby fajkę lub schowała ją do kieszeni: prędzej przypaliłaby sobie dłoń lub ubranie, niż pozwoliła się z nią zobaczyć.

Czasy współczesne wyglądają jednak trochę inaczej. Inaczej nie znaczy lepiej… Bywa bowiem, że dla niektórych osób dziesięć albo jedenaście wiosen nie jest już wiekiem, w którym zaczynają palić. One w tym wieku już palenie rzucają…

szewc

Podobnie ma się rzecz z przeklinaniem. Kiedyś była to domena „zarezerwowana” dla marginesu społecznego i szewców („klnie jak szewc” – utarło się porzekadło). A niechby tylko spróbował przekląć ktoś postrzegany jako kulturalny…

Dzisiaj wulgaryzmy są jednak na porządku dziennym. Z ich używaniem najmniejszego problemu nie mają już nawet ani dzieci, ani kobiety, do których takie słowa pasują jak kwiatek do kożucha (nie lubię tego przysłowia, ale pasuje tutaj wręcz idealnie).

Ot, taka sytuacja sprzed kilknastu dni: na trawniku przed blokiem, w którym mieszkam, bawi się dwóch chłopców. Mogą mieć po około 10 lat. Ci mali fani „Gwiezdnych Wojen” walczą sobie na plastikowe miecze świetlne. Przechodzę jakieś 50 metrów dalej i wyraźnie słyszę słowotok jednego z nich: „K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!! K#%@$!!!

Mistrz Yoda

Hmm, całą gwiezdną sagę oglądałem uważnie i jakoś nie przypominam sobie, by padło w niej chociaż jedno słowo określające najstarszy zawód świata lub jakiekolwiek inne przekleństwo. Skąd więc tego typu wyraz pojawił się w umyśle i ustach 10-latka? I to w takim niczym nieuzasadnionym słowotoku? Bo nie słyszałem, żeby coś mu się stało, albo żeby się ze sobą pokłócili. Po prostu sobie przeklinał…

Yoda zachwycony niekoniecznie byłby chyba…

OK, zostawiam już w spokoju przyszłość narodu. Niech się bawią, przecież to dzieci…

Definicja

A czym tak w ogóle jest wulgaryzm? Kilka razy w tym tekście już to słowo padło, warto więc lepiej mu się przyjrzeć.

Według Słownika Języka Polskiego: WULGARYZM to – wyraz lub wyrażenie będące dosadnym, ordynarnym określeniem zjawisk, które można nazwać, używając słów neutralnych stylistycznie.

Natomiast Wolna encyklopedia internetowa Wikipedia mówi tak: WULGARYZM to – wyraz, wyrażenie lub zwrot uznawany przez użytkowników danego języka jako nieprzyzwoity, ordynarny. Używanie wulgaryzmów uważane jest za przejaw wywyższania się i świadczy o bardzo niskiej kulturze osobistej.

Wulgaryzmy dzieli się na m.in. następujące grupy (wg Wikipedii):

  • przekleństwa, czyli słowa używane w celu rozładowania napięcia występującego z powodu uniesienia emocjonalnego lub docierających negatywnych bodźców;
  • używane w celu świadomego obrażania drugiej osoby lub grupy ludzi;
  • używane w celu wyrażenia lekceważenia czegoś lub kogoś;
  • humorystyczne osobliwości słowne, nawyki, natręctwa, „słowa-przecinki”;
  • funkcja estetyczna, artystyczna, abstrakcyjny humor, artyzm słowny, np. turpizm, wywoływanie szoku estetycznego itd.

W tym artykule słów wulgaryzm i przekleństwo używam zamiennie.

Dlaczego ten temat w ogóle przyszedł mi do głowy?

Po co tyle piszę tu o tych wulgaryzmach? Czyżbym nie miał lepszego tematu?

Przyznaję się bez bicia i innych tortur: od jakiegoś czasu nie słucham radia (nie licząc grającej w pracy internetowej stacji RMF 3. Grają tam naprawdę dobre utwory. Ale dla mnie bardziej jest to playlista, niż stacja z prawdziwego zdarzenia). Kiedyś radio grało u mnie w pokoju codziennie, a obecnie, jeśli już mi się to słuchanie zdarzy, jest to raczej obcowanie chwilowe i przypadkowe.

Miałem słuchać także na potrzeby tego artykułu, jednak coś nie poszło zgodnie z planem…

The Strumbellas - Spirits

Zresztą chyba pogrążyłem się w jakimś upodobaniu tego, co już znam. Zamiast poznawać nowości (i w sensie nowości na rynku, i tego, co już ma swoje lata, ale czego jeszcze nigdy nie słyszałem), ja wciąż tkwię sobie w moim sprawdzonym i osłuchanym bajorku (z małymi, rzadkimi wyjątkami: przesłuchiwane ostatnio namiętnie płyty zespołów The Strumbellas i X Ambassadors: kawałki „Spirits” i „Renegades” lecą na okrągło…). Dobrze byłoby coś z tą stagnacją zrobić, chociaż niewątpliwie swoje plusy też ma…

I tu wreszcie docieram do sedna tego, dlaczego w ogóle przyszedł mi do głowy tytułowy temat: tym razem także moje obcowanie z radiem było przypadkowe. Było to dnia 31 grudnia 2015 roku. Wieża u znajomych była włączona, więc sobie płynącej z niej muzyki słuchałem. Zegar pokazywał kilka minut po godzinie siedemnastej. A w radiu zagrali pewien utwór…

Winnie-the-Pooh

Obcowanie drugie: ta sama (komercyjna) stacja radiowa. Poniedziałek, 18 stycznia. Dzień raczej „zwykły”, chyba że ktoś z was obchodzi przypadający wtedy Dzień Kubusia Puchatka… Dochodziła godzina 16-sta. W radiu zagrali ten sam utwór co wtedy. Oto on:

The Offspring – Why Don’t You Get a Job

Znacie? Co za pytanie… Pewnie, że tak. Kto by przecież nie znał lub chociaż nie kojarzył tej amerykańskiej grupy… Utwór – wydany w roku 1998 na kultowej płycie „Americana” – też łatwo wpada w ucho i pozostaje w głowie na długo. U niektórych budząc nieodparte wrażenie, że już coś takiego kiedyś słyszeli… A potem przychodzi im na myśl „Obla-di obla-da” Beatlesów… Ale nie o (domniemanych) plagiatach tu będzie.

Szybkie spojrzenie na tekst

W utworze padają następujące słowa:

My friend’s got a girlfriend
Man he hates that b*tch

oraz

My friend’s got a boyfriend
Man she hates that d*ck

A teraz po polsku

Nic dziwnego, że szukając tłumaczenia tego utworu na stronie tekstowo.pl, jako pierwszy przywitał mnie przygaszony ekran i ostrzeżenie: Tekst lub teledysk może zawierać wulgaryzmy bądź treści erotyczne i jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich. Masz ukończone 18 lat?

W sumie The Offspring to nie Luciano Pavarotti ani nie Irena Santor, więc obecność przekleństw w tekście piosenki nie powinna mnie dziwić.

Dziwi mnie za to jedna rzecz: jaka jest różnica pomiędzy przekleństwem w języku polskim a angielskim (lub jakimkolwiek innym)? Dlaczego słowo o dokładnie tym samym znaczeniu wyśpiewane w mowie Miłosza i Słowackiego zostanie wycięte lub „wypikane”, a w języku chociażby Shakespeare’a pozostawione bez cenzury?

Przecież społeczeństwo coraz lepiej szwargocze w obcych narzeczach. Dla wielu angielski jest drugim językiem, dlaczego więc wulgaryzm w nim wypowiedziany ma nie razić?

Ech… Gdzie podziały się te czasy, gdy za wulgarne uznawane było określenie: „Gwiżdżę na to”?

Pytanie drugie

Dobrze, że artykuł ten przez pewien czas „dojrzewał”, bo nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie: skąd w ogóle pochodzi przyzwolenie na stosowanie przekleństw (i robienie różnych dziwnych rzeczy) przez artystów?

Czyżby samo stwierdzenie, że „tworzę sztukę”, może być wystarczającym argumentem usprawiedliwiającym wiele różnych podejrzanych i nierzadko szokujących zachowań?

Śmiertelnicy kontra artyści

Porównajmy reakcje otoczenia na używanie słów wulgarnych:

W Polsce artykuł 141 Kodeksu wykroczeń mówi: Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze ograniczenia wolności, grzywny do 1500 złotych albo karze nagany.

Zaraz po tym na Wikipedii w komentarzu podano: (Co zwykle nie dotyczy działań artystycznych; przepis dotyczy także Internetu).

No i jest tak rzeczywiście. Gdybym ja – zwykły szary człowiek – przeklął na ulicy, przechodzący obok ludzie (chociaż sami używający takich słów) mogliby uznać mnie za kogoś o braku kultury. A przechodzący obok policjant mógłby życzliwie wypisać mi mandat.

2Pac - Tupac Amaru Shakur

A teraz wyobraźmy sobie, co dzieje się w zamkniętej przestrzeni, np. klubu, gdzie występuje jakiś artysta. Jego co drugim słowem może być przekleństwo, ale tłum będzie śpiewał razem z nim. Nikt nie powie: „Hej, dlaczego przeklinasz? To nie jest kulturalne”. Uzna się raczej, że jako artysta trafnie komentuje otaczającą rzeczywistość.

Krótko mówiąc: ja przeklinam – ja płacę karę, przeklina artysta – płacą jemu nagrodę (bo przecież nagrodą są wpływy z biletów). Dlaczego pięcioliterowe słowo na „K” określające panią sprzedającą swoje ciało i czteroliterowe słowo na „Ch” określające męski narząd rozrodczy wypowiedziane normalnym głosem jest wulgarne, a wyśpiewane z dodatkiem lecącej muzyki jest już formą sztuki?

Myślę, że ta sprawa – kwestia „co wolno wojewodzie”: co uchodzi artystom, a wśród szarych ludzi uważane jest za złe – godna jest omówienia w osobnym artykule. To naprawdę szeroki temat. Tutaj chciałbym skupić się tylko na pierwszej kwestii: używania wulgaryzmów w muzyce i dopuszczania tego do emisji w radiu.

Cenzura w eterze?

Jak więc to jest z tymi wulgaryzmami w mediach? O pomoc w rozwikłaniu tej zagadki zwróciłem się do kogoś, kto ze studiem, radiem, eterem i artystami ma do czynienia codziennie – do Oli Budki z Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Czyżbym przeprowadził pierwszy w życiu wywiad?

Złożone pytanie, z jakim – po wyjaśnieniu kontekstu – zwróciłem się do Oli, brzmi(ało): Od czego zależy „wypikanie słów brzydkich i wulgarnych”? Czy jest ich jakaś skala, ranking: to słowo jest przekleństwem mniej, a to bardziej? Coś mi się kojarzy, że kiedyś wycięte było słowo „f*ck” z kawałka „American Idiot” Green Day’a. Czy może zależy to po prostu od danej stacji radiowej?

No i czegóż się dowiedziałem?

W grę wchodzą trzy główne kwestie:

  1. rodzaj radia: prywatne czy publiczne;
  2. pora emisji;
  3. rodzaj emisji.

No to po kolei:

  1. Rodzaj radia:

    Przede wszystkim zależy to od stacji – czy jest to radio publiczne czy prywatne. KRRiT (Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – przyp. poSZTUKOwanego) nakłada na stacje radiowe misję, a jednym z elementów misji jest szerzenie i propagowanie języka polskiego, dbanie o poprawność itp. Z drugiej strony KRRiT odgrywa rolę obserwatora również w mediach prywatnych, przedłuża i wydaje koncesje, dlatego też w przypadku naruszeń może wydać swoją opinię. Istnieje również Rada Etyki Mediów, która jest kontrolerem mediów – wydaje orzeczenia także w kwestii zawartości przekazu medialnego. A jeśli ten byłby przepełniony wulgaryzmami, REM na pewno by się do tego odniosła, co nie wpłynęłoby dobrze na wizerunek danej stacji.

    W sumie dobrze, że jest ktoś, kto czuwa nad tym wszystkim – dzięki temu słuchanie radia może nas odprężać i dostarczać rozrywki, a nie bombardować uszy bluzgami.

  2. Pora emisji:

    Bardzo ważną kwestią jest też troska o dzieci, które nie powinny mieć możliwości dostępu do niewłaściwych, nieprzeznaczonych dla nich treści.

    Jeśli wulgaryzmy w piosenkach się pojawiają, to na pewno nie w godzinach porannych, porannych programach, w programach publicystycznych itp. Godz. 16-18 – do tej pory takie treści nie powinny się pojawiać.

  3. Rodzaj audycji:

    Własnymi prawami rządzą się za to audycje autorskie. Zamiast (często) oklepanej playlisty, prowadzący przedstawiają wtedy wybrane przez siebie utwory. Ta dowolność może się przełożyć na to, że jakieś niecenzuralne słowo się w prezentowanym kawałku przemknie.

Jest jednak jeszcze jedna ważna rzecz, którą podkreśliła Ola – szacunek do słuchacza: Trójka to inny świat, to radio, gdzie obowiązuje stara szkoła radiowa, gdzie do słuchacza z reguły nie powinno się mówić na „ty” i to on – a nie prowadzący – jest najważniejszy. Więc z tego szacunku wulgaryzmów powinno się unikać.

Tak więc na przykład jedno z najpopularniejszych polskich pięcioliterowych słów, występujące także w utworze „Beksa” Artura Rojka, zostało w Liście Przebojów „wypikane”. To samo słowo, tyle że w liczbie mnogiej, również zostało wycięte i niewyemitowane w czasie transmisji koncertu z okazji dziesięciolecia wydania płyty „Piła tango” przez zespół Strachy na Lachy, jaki odbył się w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie (wyraz ten występuje w utworze „List do Che”). A – przyznam – nasłuchiwałem przy tym kawałku wyjątkowo uważnie. Właśnie po to, by wychwycić to jedno słowo: „wypikają czy nie?”.

Po polsku nie mówimy brzydko…

Ok, więc większość brzydkich słów w śpiewanych po polsku utworach jest „wypikiwanych”. Większość – o tym szerzej za chwilę. Co więc z wulgaryzmami w języku obcym? Zdaniem Oli Budki i jeszcze innych osób, z którymi o tym rozmawiałem, takie słowa są po prostu „mniej rażące”. Hmm, gdyby co drugie słowo w utworze zawierało przekleństwo, wyemitowane w 99% by nie było. Ale jedno czy dwa „czteroliterowe na f, s lub d” krzywdy najwidoczniej nikomu nie czynią. (BTW. Chcecie poczytać o „bluzgowych” rekordach w muzyce? Po skończeniu mojego artykułu przeczytajcie jeszcze ten: Fuck Buttons: krótka historia przekleństw w muzyce).

Wcześniej wspomniałem, że przecież coraz więcej osób zna języki obce, a angielski stał się dla nich drugim językiem. Ale rzeczywiście coś w tym jest: gdy widzimy (np. w tekście) lub słyszymy (np. w piosence) przekleństwo w języku innym niż nasz, wulgaryzm jakby tracił na mocy. Jakby nie był już bluzgiem.

… chociaż i z polskimi słowami nieparlamentarnymi są wyjątki

Nie wszystkie polskie słowa „nie do końca ładne” są jednak „wypikane” (taka na przykład „suka” występująca w utworze „Bądź duży” Natalii Nykiel). Pozwala to jednak później wyraźnie zobaczyć, jak przekłada się to na dzieci: pewna kilkuletnia dziewczynka usłyszała właśnie te słowa – „nie umiem być suką” – w radiu w czasie jazdy samochodem. Utkwiły w jej główce i później w czasie zabawy je sobie podśpiewywała… (Może to tłumaczyłoby też zachowanie moich młodocianych sąsiadów walczących na miecze świetlne?).

Brains, brains, gimme some brains…

No i co? Niech ktoś teraz spróbuje powiedzieć, że muzyka (i teksty utworów) nie wywierają żadnego wpływu na umysły…

Wszystko to, co wchodzi do naszych głów, oddziałuje na nas bardziej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Oczywiście jest to całkowicie prywatną sprawą, jakiej muzyki słuchamy. Warto jednak pamiętać, że to, co do naszego umysłu się dostanie, na pewno też w jakiejś formie z niego wyjdzie. Oby było to jak najlepsze…

Bluzgać (nie) każdy może…

Gdybym więc spróbował jednym zdaniem podsumować ten artykuł i odpowiedzieć na postawione pytanie: „jak to jest, że przekleństwa w języku obcym są jednak dopuszczane do emisji w radiu”?

Wychodzi na to, że wulgaryzmy wypowiadane w obcej mowie – mimo tego, że wciąż pozostają przekleństwami – są przez nasze uszy jednak słabiej wyłapywane i mniej rażą…

Może to właśnie teraz jest ten czas na zrealizowanie mojego dawnego pomysłu na własną stację radiową…?

***

Jeśli czytaliście artykuł na komputerze, to najeżdżaliście też kursorem na obrazki? Pojawiają się wtedy ich opisy…

Zaproszenie na rejs pod czarną banderą

Cierpicie na chorobę morską, a podróż tramwajem wodnym z Gdańska na Hel przebiega wam z głową wystawioną daleko poza barierkę? Nie umiecie pływać lub jedyny opanowany przez was styl to warszawski? Nieważne: ten rejs, zaplanowany na najbliższą niedzielę (14 lutego), jest odpowiedni dla każdego.

Łajba

Na swój pokład nie zabierze was jednak ani „Parostatek” Krzysia Krawczyka, ani „Żółta łódź podwodna” czterech żuczków z Liverpoolu. Popłyniecie zaś statkiem „Piła tango” – w towarzystwie doborowej załogi złożonej z członków zespołu Strachy na Lachy, dowodzonej przez kapitana Grabaża, czyli Krzysztofa Grabowskiego.

Powód rejsu

Niedawno, bo siódmego listopada, „Pile tango” – drugiemu studyjnemu albumowi tego zespołu – stuknęło równe dziesięć lat. Z tej okazji Strachy otrzymały zaproszenie, by czternastego lutego, czyli w najbliższą niedzielę, w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 w Warszawie, odbyć muzyczny rejs pod czarną banderą.

Program podróży

Strachy na Lachy zagrają całą płytę „Piła tango”, czyli następujące utwory:

  1. „Strachy na Lachy”
  2. „Dzień dobry, kocham Cię”
  3. „Jedna taka szansa na 100”
  4. „Moralne salto”
  5. „Niecodzienny szczon”
  6. „Co się stało z Magdą K.?”
  7. „Piła tango”
  8. „Czarny chleb i czarna kawa”
  9. „List do Che”
  10. „Zimne dziady listopady”
  11. „Na pogrzeb króla”

Czy będzie coś jeszcze? To się okaże…

Podsumowując:

14 lutego – najbliższa niedziela, godzina 20:05, Program Trzeci Polskiego Radia (w Częstochowie to 91,7 MHz): Strachy na Lachy grają „Piłę tango”.

Włączycie radioodbiorniki?

***

Autorem zdjęcia tytułowego jest Sławomir Nakoneczny.

***

Częstotliwości „Trójki” dostępne pod tym linkiem.