Czytając z kundelkiem w dłoni

Czytając z kundelkiem w dłoni

Z głośników płyną dźwięki kolejnych utworów pochodzących z albumu „Once More with Feeling” zespołu Placebo… W kuflu skrzy się „ciemny, gęsty, konkretnie dymiony Koźlak w stylu bamberskim”, czyli wędzone piwo „jak w dym” od browaru PINTA… A przede mną ekran z pustym miejscem, które zaraz przyjdzie mi zapełnić znakami kolejnego artykułu – już piętnastego na moim blogu…

Od opublikowania moich poprzednich wypocin – Czy zachowałbym się tak jak Kurt? – mijają już dwa tygodnie. Najwyższy więc czas, by przedstawić wam coś nowego. Dzisiaj jest to artykuł, który obiecałem wam już jakiś czas temu – w zakończeniu tekstu „Wszystko powinno być za darmo / Książki, teatr i płyty” z 11 września 2015 roku.

A więc oto i on: zapowiedziany artykuł o e-bookach i czytnikach.

Czytnik w życiu codziennym

Na początku roku 2015 postanowiłem sobie, że nabędę czytnik e-booków. Mój cel zrealizowałem w sumie bardzo szybko – po (chyba nawet niecałych) dwóch miesiącach trzymałem już w rękach urządzenie Amazon Kindle (w sprowadzeniu go ze Stanów Zjednoczonych pomógł mi mój znajomy. Zapytacie: „a nie łatwiej było po prostu pójść do sklepu w Polsce, tylko go tak przez ocean ciągnąć?” Może i było łatwiej, ale ściągnięcie go ze Stanów wyszło zdecydowanie taniej…).

Z moim „kundelkiem” zaprzyjaźniłem się bardzo szybko. A kiedy z niego korzystam? Najczęściej robię to w autobusie – jadąc do pracy lub z niej wracając. Myślę, że to najlepsze wykorzystanie tych spędzonych w podróży czterdziestu minut. Ponieważ mój czytnik nie ma podświetlanego (albo nadświetlanego) ekranu, czytam tylko wtedy, gdy jest widno: zimą jest to albo jadąc na drugą zmianę, albo wracając ze zmiany pierwszej. Latem – gdy dzień jest dłuższy – dojdzie jeszcze czytanie rano, czyli przed godziną szóstą. Czytanie po nocce nie wchodzi w grę: zasypiam tuż za bramą zakładu i budzę się w momencie, gdy trzeba już wysiadać…

Zdarza mi się też zabierać czytnik ze sobą wtedy, gdy wiem, że będę musiał gdzieś dłużej poczekać. Czyli na przykład udając się do urzędu lub przychodni.

Plusy i minusy?

Ponieważ korzystam z niego już prawie rok, śmiało mogę dokonać konkretnej, popartej doświadczeniem oceny. Pierwotnie planowałem wypisać w formie listy kilka zalet czytników, a potem dla równowagi i sprawiedliwości wymienić (w takiej samej formie) kilka ich wad. Ale zmieniłem ten zamiar: postanowiłem informacje te przedstawić trochę inaczej. Zafunduję wam po prostu rozbudowany opis kilku rzeczy i spraw, na które najbardziej zwróciłem uwagę.

Poręczność

To chyba największa zaleta czytników sześciocalowych, czyli takich jak ten, który posiadam ja (na rynku dostępne są też większe modele – mające na przykład osiem lub dziesięć cali). Jak przed chwilą wspomniałem, czytam głównie w autobusie. Na moim Kindlu przeczytałem całą „Trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego. Ciężko byłoby mi za każdym razem taszczyć gruby tom. Tymczasem czytnik, mający niewielkie wymiary – mniej więcej 17 na 12 cm (z etui ciut więcej) – jest bardzo poręczny. Bez problemu mogę więc spakować go do torby między bułki a czyste skarpetki. I mieści o wiele więcej, niż jeden tom książki (o tym poniżej).

Pojemność

Jak byście zareagowali, gdybyście się dowiedzieli, że wasz sprzęt elektroniczny ma 4 GB pojemności? Gdyby chodziło tu o tablet albo o smartfona, wasza negatywna lub wykpiwająca reakcja byłaby całkiem normalna: kilka aplikacji, trochę zdjęć i miejsca już brak. Natomiast w wypadku czytnika 4 GB (czasem 2 GB + możliwość „wtyknięcia” karty pamięci) to mnóstwo miejsca: nawet opasłe tomy – czyli także i wspomniana „Trylogia husycka” – zajmują bowiem zaledwie po kilka megabajtów.

To rewelacyjna wiadomość dla wszystkich bibliofilów wyjeżdżających na wakacje lub w jakąś inną podróż, na przykład służbową. Po co zrywać kręgosłup dźwigając kilogramy papieru, skoro można schować – nawet i do kieszeni – urządzenie ważące nieco ponad 200 gramów…

Gdzie „to coś”?!

Tutaj mogą zaprotestować osoby, które wolą tradycyjne książki ze względu na „to coś”. Ci, którzy uwielbiają upajać się zapachem papieru (a może kleju? To niewybredny żart oczywiście…) i wyczuwać go pod palcami, w przypadku czytnika srodze się zawiodą. Plastik bowiem ani trochę nie pachnie tak jak „spilśniona na sicie masa włóknista pochodzenia organicznego o gramaturze od 28 do 200 g/m²” (ten jakże mądrze wyglądający tekst pochodzi z Wikipedii).

Akurat te „braki” mnie osobiście nie przeszkadzają. Chociaż jest jednak coś, co w tej kwestii także i w moim odczuciu bardziej przemawia za papierową wersją: zgromadzona w biblioteczce spora kolekcja pięknie oprawionych i zadbanych książek wygląda naprawdę majestatycznie (tak, to właściwe słowo określające ten cudowny widok).

Podkreślanie i zaznaczanie

Mówię otwarcie: nie przepadam za pisaniem po książkach. Nie mogę też znieść zagiętych rogów i poplamionych stronic. Dlatego czytając „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulza (prezent od żony), założyłem sobie zeszyt, do którego przepisywałem ciekawe i interesujące mnie fragmenty. Mało wygodne, prawda? Tymczasem w czytniku nie mam z tym najmniejszego problemu: zaznaczam taki interesujący mnie tekst po prostu przejeżdżając po nim palcem. Chcę później do niego wrócić? Ależ proszę bardzo – wszystko odbywa się sprawnie i komfortowo (pod warunkiem posiadania czytnika z ekranem dotykowym. Troszkę ciężej wygląda zaznaczanie – i ogólnie samo korzystanie – w przypadku modelu posiadającego fizyczną klawiaturę). Z tego udogodnienia skorzystałem pisząc dla was artykuł Trylogia husycka – cytaty wybrane.

Nie rozprasza

Ktoś z was może powiedzieć: „ale po co wydawać pieniądze na czytnik, skoro w tej samej cenie można kupić już jakiś tablet – urządzenie posiadające o wiele więcej funkcji i możliwości?”. No niby racja. Ale właśnie dzięki temu, że czytnik umożliwia tylko czytanie książek, po prostu nie ma jak się rozproszyć! Nie kuszą ani wyskakujące powiadomienia z twarzoksiążki, ani przychodzące e-maile czy wiadomości. Korzystanie z czytnika to obcowanie tylko pomiędzy czytelnikiem a tekstem – tak jak przy wersji tradycyjnej. No dobra, na moim Kindlu jest jeszcze zainstalowana przeglądarka internetowa. Ale jest ona na tyle prymitywna, że korzystanie za jej pośrednictwem z Internetu nie jest wygodne. Zresztą jaki sens ma oglądanie śmiesznych zdjęć kotów w kilku odcieniach szarości…

Bateria

Smartfony i tablety stały się już nieodłączną częścią naszego życia. Równie istotne znaczenie mają jednak… ładowarki. Mnogość możliwości i stopień korzystania ze współczesnych urządzeń sprawiają, że trzeba je ładować w zasadzie codziennie. Nic dziwnego, że niektórzy z nas z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy telefon (swoją wielkością i ciężarem przypominający cegłę lub bloczek Ytong) ładowało się raz na dwa tygodnie…

Także i przy korzystaniu z czytnika nie obejdzie się bez ładowarki. Ale ponieważ w ich wyświetlaczach zastosowana jest zupełnie inna technologia – E Ink – energia pobierana jest tylko podczas samej zmiany strony (wyświetlanego obrazu). Co ile więc „karmię” mojego „kundelka”? Mniej więcej raz na dwa tygodnie.

Gdzie jest najbliższa księgarnia? Czyli słów kilka o dostępności e-booków

Chcesz poczytać książkę? Idziesz do księgarni lub antykwariatu i kupujesz. Albo wchodzisz na stronę internetową i zamawiasz. Nie chcesz wydawać pieniędzy? Udajesz się do biblioteki bądź nabywasz ją za pośrednictwem bookcrossingu.

A jeśli chcesz pozyskać e-booki na swój czytnik? Korzystasz z internetowego sklepu oferującego takowe pozycje lub za darmo pobierasz je z odpowiedniej strony (mam tu na myśli oczywiście legalne serwisy, takie jak na przykład Wolne Lektury, a nie torrenty…).

Podsumowanie

W tym momencie jest to już chyba wszystko, co przyszło mi do głowy na temat czytników. Jeśli jeszcze coś kiedyś mi się przypomni, to – kto wie – może powstanie jakiś sequel tego artykułu.

Tymczasem jeszcze tylko sprawdzę ten tekst od początku do końca, ustawię odpowiednie kategorie, właściwie otaguję, dodam jakieś zdjęcie tytułowe, opublikuję, link wrzucę na twarzoksiążkę, trochę się ogarnę, przebiorę w piżamkę, umyję ząbki i pójdę spać. Tym bardziej, że za oknem już ciemno, piwo dawno mi się skończyło, a płyta Placebo leci już trzeci albo czwarty raz…

***

Placebo – rockowo-alternatywny zespół muzyczny założony w 1994 roku w Londynie.

„Once More with Feeling – Singles 1996-2004” – kompilacja zawierająca najważniejsze single zespołu Placebo, wydana 25 października 2004 roku.

***

„jak w dym” – ciekawy w smaku dymiony Koźlak od browaru PINTA. Ekstrakt: 16,5% wag.; IBU (goryczka): 28; Alkohol: 6,9% obj.

***

Słodki ten piesek na zdjęciu tytułowym, prawda? Foto – przyznaję się – gwizdnąłem z jakiejś strony z tapetami…

Reklamy

Trylogia husycka – cytaty wybrane

W moim poprzednim artykule – „Powrót z wojny” – zapowiedziałem powstanie tekstu z wybranymi cytatami z „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego.

Tak więc bez wdawania się w długie wstępy, umieszczam poniżej garść wybranych fragmentów, które szczególnie mi się spodobały. Z jedną tylko uwagą: moje poczucie humoru może być (i zapewne jest) trochę inne niż wasze. Zresztą nie wszystkie poniższe cytaty mają charakter satyryczny.

Narrenturm, wstęp:

Nie sprawdziły się mroczne proroctwa chiliastów, przepowiadających nadejście Końca dość precyzyjnie – na rok mianowicie 1420, miesiąc luty, poniedziałek po świętej Scholastyce. Ale cóż – minął poniedziałek, przyszedł wtorek, a po nim środa – i nic. Nie nastały Dni Kary i Pomsty, poprzedzające nadejście Królestwa Bożego.

(…)

Koniec świata nie nastąpił. Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.

Ale i tak było wesoło.

Narrenturm, rozdział 9:

Warto pamiętać, że Szarlej jest demerytem, czyli księdzem, który w odosobnieniu odbywa pokutę za złamanie prawa kanonicznego:

Oczy Szarleja, zielone jak szkło butelki, były bardzo dziwne. Gdy się w nie spojrzało, dłoń machinalnie sprawdzała, czy sakiewka jest na miejscu, a pierścień na palcu. Myśl z niepokojem biegła ku pozostawionym w domu żonie i córkach, a wiara w cnotę niewieścią obnażała całą swą naiwność. Nagle traciło się wszelkie nadzieje na zwrot pożyczonych pieniędzy, pięć asów w talii do pikiety przestawało dziwić, autentyczna pieczęć pod dokumentem zaczynała wyglądać cholernie nieautentycznie, a drogo kupionemu koniowi zaczynało dziwnie rzęzić w płucach. To właśnie się czuło, gdy patrzyło się w butelkowo zielone oczy Szarleja.

Boży bojownicy, rozdział 2:

Reinmar i Samson Miodek po „przesłuchaniu” Jana Smirzyckiego:

– Bywaj, Samsonie. Aha, zapomniałem ci podziękować. Za telepatycznie przekazywane sugestie. To dzięki nim tak gładko poszło nam ze Smirzyckim.

Samson spojrzał na niego, a jego kretyńskie oblicze rozjaśnił nagle szeroki kretyński uśmiech.

– Poszło gładko – powiedział – dzięki twemu sprytowi i inteligencji. Ja mało pomogłem, niczym się nie przysłużyłem, jeśli nie liczyć rzucenia w Smirzyckiego beczką. Co się zaś tyczy sugestii, to żadnych ci nie dawałem. Telepatycznie ponaglałem cię tylko, prosiłem, byś się spieszył. Bo okropnie chciało mi się sikać.

Boży bojownicy, rozdział 6:

Huncleder i jego szulerzy, Szarlej, Manfred von Salm, Istvan Szeczy, Amadej Bata, Habart Mol oraz kaznodzieja grają w kości. Huncleder oszukuje:

– To był – uśmiechnął się Huncleder ospowatym półgębkiem – tylko żarcik. Taki mały żarcik tylko.

– W samej rzeczy – Szarlej zrewanżował się uśmiechem. – Mały, ale gustowny. I ucieszny. Raz w Norymberdze byłem świadkiem, jak za taki sam żarcik przy grze na pieniądze połamano kosterze obie ręce. Na kamiennym progu, za pomocą kowalskiego młota. Uśmialiśmy się, powiadam wam, do rozpuku.

Boży bojownicy, rozdział 8:

Szarlej próbuje dogryźć pewnej starej, przechwalającej się babie:

Nie widziałaś ty, starko, króla w życiu. Chyba że Heroda na jasełkach.

Boży bojownicy, rozdział 10:

Zdanie czarodzieja Telesmy na temat amuletów i ich poręczności:

Twierdzenie, że im masa amuletu znaczniejsza, tym większa jego moc, było truizmem, do tego truizmem wielce kłopotliwym. Sama natura czarodziejskich periaptów żądała wszak, by były poręczne. Talizman miał sens, gdy można go było nosić przy sobie – w kieszeni, za pazuchą, na palcu. Co z tego, mawiał Telesma, że sprasowany i ususzony bocian pozwala bezproblemowo czytać w cudzych myślach? Że zmumifikowana trupia noga niezawodnie chroni przed urokami? Gdzie to nosić? Na sznurku na szyi? Głupio się wygląda.

Boży bojownicy, rozdział 21:

Wstęp do rozdziału:

Rozdział dwudziesty pierwszy, w którym różne osoby – z różnych perspektyw – obserwują, jak też poczyna sobie historia. A historia, zerwawszy się z łańcucha, poczyna sobie jak cholera. I pokazuje, co potrafi.

O składzie osobowym ekipy husyckich agitatorów i ich zadaniach:

Razem jechali Drosselbart jako agitator, Rzehors jako pomocnik agitatora, Reynevan jako pomocnik pomocnika, Szarlej jako pomocnik Reynevana, Berengar Tauler jako zbytek łaski i Samson jako Samson.

Boży bojownicy, rozdział 24:

O broni, amunicji i prochu:

Stabilny i łatwo zapalny granulat otrzymywano poprzez zraszanie mielonego prochu ludzkim moczem, przy czym najlepsze efekty dawał mocz ludzi dużo i często pijących. Nie dziwota tedy, że proch wytwarzany w Polsce cieszył się na rynku zasłużenie dobrą renomą, a polskie młyny prochowe zasłużoną sławą.

Boży bojownicy, rozdział 25:

Rozmowa Reynevana i Brazdy z Klinsztejna w husyckim obozie:

– Mieliśmy jeszcze jednego księdza, ale niemocny był, słabował. Zmarło mu się. Pod Dusznikami go pochowalim. Będzie dwie niedziele temu.

– Zostaliście… – Reynevan odchrząknął. – Zostaliśmy więc bez pociechy duchowej?

– Jest wódka.

Lux perpetua, rozdział 2:

Rozmowa Reynevana i Allerdingsa na poważny temat:

– Jako żywo. A wiesz, co jest paradoksem?

– Nie wiem.

– To, że szkodząc kanonikowi, biskup szkodzi sam sobie. Otto Beess był we wrocławskiej kapitule praktycznie jedynym wciąż popierającym biskupa w kwestii nieograniczonej władzy papieża; reszta prałatów i kanoników coraz otwarciej deklaruje koncyliaryzm. Biskup intrygami pozbywa się stronników, marnie się to może dla niego skończyć. Sobór w Bazylei coraz bliżej. Wiele zmian może ten sobór przynieść… Czy ty mnie słuchasz? Co tam robisz?

– But czyszczę. W gówno wdepnąłem.

Lux perpetua, rozdział 10:

Biskup ma nową kochankę, Klaudynę Haunoldównę. Przybywa do niego – jak zwykle z poufnymi sprawami – Pomurnik:

Pomurnik wiedział, że można było przy niej spokojnie mówić o wszystkim. Nadzwyczajną urodę i nieprzeciętne walory ciała natura zrównoważyła u Klaudyny niedoborami. Głównie w mózgu.

Lux perpetua, rozdział 12:

Rixa Cartafila de Fonseca do Reynevana:

Staniemy na nocleg w Rogoźnicy, „Pod Bocianem”, tam jest bezpiecznie, a pchły występują w ilościach rozsądnych i akceptowalnych.

Reynevan i Rixa przekomarzają się, które z nich jest groźniejsze i bardziej przeklęte:

– Ja miałbym się lękać? – Reynevan z poważną miną włączył się do gry. – Ja? Ja jestem jeszcze lepszy. Jestem czarnoksiężnikiem, znam artes prohibitae. Mam to we krwi, cały na wskroś jestem przesycony straszliwą czarną magią. Gdy sikam, nad strugą moczu pojawia się tęcza.

Lux perpetua, rozdział 17:

Reynevan, Szarlej, Samson i Rixa siedzą mocno strapieni na skraju pogorzeliska:

– Paskudna rzecz – odezwała się wśród milczenia Rixa. – Paskudna rzecz, wojna w zimie. Der böse Krieg, jak na to mówią. Latem, jak chałupę spalą, to chociaż las pożywi, liściowie przed chłodem uchroni, z pól da się coś zebrać… A zimą to wyrok. Prowadzenia wojny zimą powinno się zakazać.

– Jestem za – kiwnął głową Szarlej. – Nienawidzę srać na mrozie.

Lux perpetua, rozdział 20:

Rozmowa Biedrzycha i Reynevana, który wraca do swoich kompanów po wyzdrowieniu:

– To dobrze. Gdzie jest Szarlej?

– Tam – Biedrzych wskazał na dalekie łuny. – Zajmuje się obniżaniem ekonomicznej pozycji księstwa raciborskiego. Awansował. Dowodzi oddziałem specjalnego przeznaczenia. Nazywają ich Podpalaczami.

Andrzej Sapkowski wielkim pisarzem jest

Zaprezentowałem tutaj tylko część z wielu fragmentów, które mi się spodobały. Po więcej odsyłam już do książki – poznajcie je sami i sami się przekonajcie o pisarskim kunszcie autora – Andrzeja Sapkowskiego (to ten pan ze zdjęcia tytułowego) – i jego niesamowitym poczuciu humoru.

A może któryś z powyższych cytatów spodobał się również wam? Albo też czytaliście „Trylogię husycką” i jakiś jeszcze inny fragment zwrócił waszą uwagę? Pod artykułem jest możliwość zostawienia komentarza. Skorzystajcie z niej, zapraszam. Wystarczy, że podacie tylko swój adres e-mailowy (nie będzie później widoczny) oraz imię lub pseudonim, pod jakim ma być widoczny wasz post.

***

Żeby później nie było: nie jestem autorem zdjęcia tytułowego. Pochodzi ono z tej strony, a w znalezieniu go pomógł mi Wujek Google.

Powrót z wojny

Kilka dni temu (a dokładniej: w sobotę) zakończyłem pochłanianie ostatniego tomu „Trylogii husyckiej” Andrzeja Sapkowskiego. W miejscu tym chciałbym bardzo serdecznie podziękować przeziębieniu i spowodowaną przez nie koniecznością siedzenia w domu. Gdyby nie taki „przyspieszacz”, pewnie zeszłoby mi jeszcze trochę czasu, nim dotarłbym do końca tej powieści. A tak, w ciągu dwóch dni przeczytałem 2/3 książki.

Dzięki temu już teraz mogę podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami, wnioskami i przemyśleniami. Takimi jeszcze świeżutkimi – „na gorąco” – i takimi już odstanymi. Wszak te trzy fantastyczno-historyczne powieści: „Narrenturm” (czyli: Wieża błaznów), „Boży bojownicy” i „Lux perpetua” (czyli: Światłość wiekuista), to naprawdę konkretne tomy: zarówno pod względem objętości jak i treści, przeczytanie ich trwało więc trochę dłużej niż przyswojenie sobie „Naszej szkapy” czy nawet „Lalki”.

Wnioski i wrażenia, przemyślenia i spostrzeżenia

Nie bez kozery powiem: powieść Andrzeja Sapkowskiego to najlepsza lekcja historii, jaką kiedykolwiek dane mi było odebrać.

Całe tło historyczne i mnóstwo szczegółów, takich jak nazwiska władców, królów, duchownych, przywódców wojskowych, stronnictw, a także dat, wydarzeń, bitew i sposobu ich prowadzenia jest zgodnych ze stanem faktycznym: wojny husyckie w XV wieku, Jan Žižka, Prokop Wielki zwany Gołym, Konrad IV Starszy (oleśnicki) – biskup wrocławski, Jan Ziębicki, Sierotki, bitwa pod Starym Wielisławiem, Tabor… Nie mówiąc już o nazwach geograficznych i miejscach – te bez problemu można odnaleźć na mapach i wśród źródeł historycznych, np. Zamek Troski (zbudowany na dwóch skałach, zwanych Baba i Panna. Jego ruiny można dzisiaj oglądać w tzw. Czeskim Raju). To właśnie z tej książki, a nie z lekcji w szkole, po raz pierwszy dowiedziałem się o wojnach husyckich! I to od razu z tyloma szczegółami.

Andrzej Sapkowski rewelacyjnie odtwarza też realia epoki: obyczaje, zachowania, język postaci. Co prawda zdarza się, że pewne sprawy trochę przeinacza albo przyspiesza. Chociażby jeden z bohaterów – Szarlej – posługuje się praską strzelbą, tzw. „rucznicą zdradną”, czyli krótką, noszoną w ukryciu (np. pod płaszczem) bronią. Tymczasem w rzeczywistości strzelb takich zaczęto używać dopiero jakieś 70 lat później, niż ma to miejsce w powieści.

Jednakże do wszystkich takich historycznych i chronologicznych „przekrętów” autor „przyznaje się” w przypisach i dodatkach kończących każdy tom trylogii. Zresztą przypisy te stanowią naprawdę bogate źródło informacji dodatkowych, a także zawierają wyjaśnienia wielu obcojęzycznych (zwłaszcza czeskich i łacińskich) słów i tekstów występujących w powieści. Oczywiście nie wszystkich, czym Sapkowski daje możliwość wykazania się czytelnikowi, jeśli ten chce zdobyć więcej informacji.

Wracając do takich historycznych „przekrętów” – gdyby nie przypisy, 99% (szacowanie to nie jest poparte badaniami) czytelników, w tym i ja, nawet by się nie domyśliło takich niezgodności.

Oczywiście wiele postaci (w tym główny bohater – Reinmar z Bielawy – oraz jego towarzysze: demeryt Szarlej i Samson Miodek), wątków i wydarzeń zrodziło się w głowie autora i zostało przez niego dodanych. To jasne jak słońce, wszak „Trylogia husycka” nie jest biografią, dokumentem czy ścisłą relacją historyczną. Do głowy przychodzi mi tu porównanie jej  z „Potopem” Henryka Sienkiewicza. Niby także opisuje on wydarzenia historyczne, ale czy na pewno Andrzej „Babinicz” Kmicic był na Jasnej Górze i brał udział w obronie klasztoru? Jednakże nawet wielu kronikarzy opisując prawdziwe wydarzenia i historie też mocno naściemniało, mnóstwo rzeczy – zwłaszcza bohaterskich sukcesów – podkoloryzowało, a o wielu – głównie porażkach – „niechcący” zapomniało. Dlaczego więc od powieści fantastycznej mielibyśmy wymagać całkowitej zgodności z faktami?

Mało historyczny w trylogii Sapkowskiego jest za to wątek magiczny. Trzeba jednak przyznać, że dodaje on powieści niesamowitego kolorytu i ani trochę nie przeszkadza. A opis egzorcyzmów, jakie odprawiali Reinmar i Szarlej? Jedna z najgenialniejszych scen książki!

Ale ciekawe były nie tylko egzorcyzmy. W całej trylogii nie było ani jednego fragmentu, który mógłbym określić mianem nudnego. Co więcej, większość książki czytałem z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać jak dana sytuacja się rozwinie i jak zakończy. A gdy dotarłem już do samiuteńkiego końca serii, pierwszą myślą było: „To już?!” Nie, nie dlatego, że historia nagle urwała się niewyjaśniona. Dlatego, że chciałoby się więcej takich genialnych motywów, opisów i fragmentów.

No i jeszcze znajdujące się na początku każdego rozdziału krótkie streszczenie tego, co będzie się w nim działo. Mistrzostwo przez wielkie, pogrubione M!

The best of

W czasie czytania wiele z takich tekstów, które najbardziej mi się spodobały, sobie zaznaczałem (sporym ułatwieniem było to, że trylogię czytałem na moim Kindlu. Wystarczyło więc przycisnąć paluszkiem na początku interesującego fragmentu, przeciągnąć nim na jego koniec, tam zwolnić wciśnięcie i kliknąć na słówko „Highlight” w menu, które wyskakiwało na ekranie). Teraz bez problemu mogę powrócić do tych fragmentów i czytać je do woli, napawając oczy i umysł genialnymi, błyskotliwymi i niesamowicie śmiesznymi tekstami. A tych naprawdę nie brakowało. Częścią z nich podzielę się z wami w osobnym artykule. Częścią, nie wszystkimi, żeby jeszcze bardziej zachęcić was do zapoznania się z tą powieścią. 

To już jest koniec

I jak? Czujecie się choć trochę zachęceni do przeczytania tej książki? Jeśli tak, to mam jeszcze jedną uwagę: charakterystyczne dla twórczości Sapkowskiego jest używanie przekleństw. Jeśli uważacie, że będą was one razić, to nie bierzcie się za lekturę. Chociaż z drugiej strony nie ma ich też zbyt wiele. Pytacie może, czy naprawdę była konieczność używania ich w książce? Odpowiadam: Spróbujcie wyobrazić sobie XV-wiecznego rycerza, dowódcę wojskowego lub przestępcę, który, np. opatrywany w warunkach polowych, mówi: „Ach, ten nicpoń mnie skaleczył. Bardzo mnie boli. Czy może pan, Panie Medyku, mnie opatrzeć i podać coś na uśmierzenie tego bólu? Bardzo Pana o to proszę, bo długo tak już niestety nie wytrzymam…”.

To co, przeczytacie?

Wypożyczcie z biblioteki, pożyczcie od znajomego, kupcie w księgarni lub zamówcie przez Internet albo ściągnijcie w formie e-booka na swoje tablety, smartfony, czytniki bądź komputery. I niech te coraz dłuższe jesienne wieczory płyną wam w towarzystwie Reinmara z Bielawy, jego towarzyszy i XV-wiecznej historii.

***

Zdjęcie tytułowe przedstawia namalowany w 1562 roku obraz Piotra Bruegla Starszego, malarza niderlandzkiego, zatytułowany „Triumf śmierci”. Trzy fragmenty tego obrazu znajdują się na okładkach książek wchodzących w skład trylogii.

***

Tomku N., serdeczne dzięki za polecenie mi tej książki.

***

Nie, nie pomyliłem się – tam rzeczywiście ma być słowo „demeryt”, nie „emeryt”. Dla wszystkich tych, którym nie chce się sprawdzać znaczenia, podaję je tutaj. Demeryt (lub: demeryta) – ksiądz skazany na pokutę w odosobnieniu za wykroczenie przeciwko prawu kanonicznemu.

***

Jak napisałem powyżej, trylogię czytałem na Kindlu. Ale przyznaję – taka książka pięknie by się prezentowała na półce. Tak więc jeśli ktoś z was chciałby dać mi jakiś prezent, to już wie, co może kupić…